środa, 14 lipca 2021

UCZTA BALTAZARA

Co kryje się pod enigmatycznym hasłem "Belshazzar's Feast" i tajemnicznym tagiem "WOTW"? Tego (jeszcze) nie wiemy. Spekulacje, podsycane przez sam zespół licznymi wskazówkami, nabierają rumieńców z dnia na dzień. I nawet jeśli aktualnie nic nie jest pewne, wiemy jedno: Iron Maiden marketingowo już wygrało.

Zanim postaram się zebrać - ku potomności! - fakty, związane z "Belshazzar's Feast", chciałem zwrócić uwagę na kilka aspektów pobocznych. Po pierwsze, użytkownicy oficjalnego Fan Clubu Iron Maiden, zdążyli już napisać 7,500 postów na temat domniemanej-nowej płyty. Nowe posty pojawiały się średnio co 2,5 minuty a ze względu na ograniczenia forum, trzeba było zakładać kolejne rozdziały tematu. Po drugie, zagadkowy plakat "Belshazzar's Feast" w krótkim czasie zaczął żyć własnym życiem. Dziwnym trafem, był on dostępny w całkiem niezłej jakości w internecie i bardzo szybko zaczął być powielany. Mało tego, plakaty formatu A4, drukowane chałupniczo przez fanów, zaczęły ozdabiać słupy, mury i inne nośniki w miastach na całym świecie: Londynie, Belgradzie, Santiago, Miami czy Buenos Aires. 

FAKTY


Przejdźmy teraz do "faktów". Pierwsze jawne wskazówki że coś rusza się w temacie, pojawiły się 29 czerwca, podczas telewizyjnego wywiadu stacji NBC z wokalistą Maiden, Brucem Dickinsonem. Choć wywiad dotyczył brexitu i ogólnej sytuacji gospodarczej, prowadząca nie omieszkała zapytać Bruce'a, co z nowym albumem Iron Maiden. Bruce odpowiedział: "Niebawem wszystko będzie jasne. Niestety, teraz nie mogę Ci nic powiedzieć, ale odpowiedź jest na wprost Twoich oczu. O nie, powiedziałem za dużo, o nie!" - kajał się wokalista. Co było "na wprost oczu" dziennikarki i telewidzów? Koszulka z napisem "Belshazzar's Feast", grafiką przypominającą wieżę, czaszkami i kilkoma napisami. "Man or Beast - Heaven or Hell - Live Forever - 15/07" - czytaliśmy na koszulce Bruce'a. Zaraz po wywiadzie, na twitterze zawrzało. Użytkownik podpisujący się jako Daniel (konto bels_feast), zamieścił plakat z grafiką identyczną jak koszulka Dickinsona. Daniel utrzymywał, że motyw ten go prześladuje i że widuje go w różnych miejscach. Do zabawy momentalnie włączyli się fani Iron Maiden, którzy dokopali się do kolejnych źródeł z motywem "Uczty Baltazara". Widniał on na plakacie za zdjęciem ekipy rowerowej, w której był również manager zespołu, Rod Smalwood, oraz - ponownie - na koszulce Franka Turnera, który udzielał wywiadu telewizji festiwalu Download. Była również druga poszlaka. Tajemniczy tag "WOTW", który pierwszy raz pojawił się na plakacie trasy "Legacy of the Beast Tour 2022". Wobec motywu "Uczty Baltazara", zaczynał on mieć konkretne znaczenie. Tak samo jak liczba 17, która również zaczęła towarzyszyć kolejnym publikacjom związanym z zespołem. 

MITY


Na tym etapie, w internecie rozgorzały spekulacje. I zaczęły tworzyć się rozmaite teorie. Zresztą, management sam chyba wciągnął się w grę z fanami, bo prócz kolejnych "wskazówek", pojawiać zaczęły się również przerabiane okładki płyt Iron Maiden, w które wkomponowane były motywy z plakatu, oraz zawiłe i zagadkowe wiersze, które publikował Daniel na swoim twitterze. Sam Dickinson również dolał oliwy do ognia, publikując krótki film z "Zaproszeniem Na Ucztę". Znamienne, że film nagrany był w tym samym miejscu w którym udzielił wywiadu NBC, w sali koncertowej Shepherd's Bush Empire w Londynie. Fani rozbudowywali teorie, które w pewnym momencie zaczęły przybierać wręcz absurdalne rozmiary. Oto tylko niektóre z pomysłów cóż takiego szykuje nam Iron Maiden w najbliższym czasie:

- Ekskluzywny live-stream - czyli koncert bez publiczności, zagrany na żywo w internecie przez zespół. Teoretycznie - spoko, praktycznie - niewykonalne. Ze względu na trwające obostrzenia dotyczące podróżowania, niemożliwe wydaje się zebranie zespołu w jednym miejscu na krótki okres czasu; 

- Specjalny występ akustyczny lub orkiestrowy w Shepherd's Bush, podczas którego Maiden miałoby zagrać wyłącznie zapomniane i nigdy nie grane kawałki takie jak "Alexander the Great" czy "Only The Good Die Young";

- Składanka ze zremasterowanymi kawałkami Ironów podsumowująca ich działalność - tu pewnie trop pochodzi od producenta Kevina Shirleya, który od jakiegoś czasu na swoim instagramie opowiada o technologii Dolby Atmos;

- Ekskluzywna seria koncertówek z dawnych lat w formie fanowskiego boxu - to generalnie miało by sens, bo legenda głosi że w archiwach Maiden jest cała masa zarejestrowanych koncertów które tylko czekają na publikację; inna sprawa że hype i cała akcja raczej nie zostałaby zrobiona z aż takim rozmachem gdyby chodziło jedynie o kilka koncertów z epoki;

- Re-recording pierwszej płyty - tu fani zwracali uwagę na historyczne obiekty przy których pojawiały się wskazówki, takie jak puby Ruskin Arms oraz Cart & Horses, oraz przejście przy Abbey Road. Ale znów, choć poszlaki były, to jak miało by się to do kwestii "Uczty Baltazara"?


NOWY ALBUM (?)


Najpewniej jednak chodzi o nowy, studyjny album. Wskazuje na to kilka motywów które powtarzają się co jakiś czas. Po pierwsze, w jednym z wierszy od Daniela, pojawiła się kwestia "apple by the river", która po krótkim śledztwie, zawiodła fanów do Guillaeme Tell studios, znajdującym się w malowniczej dzielnicy Paryża, tuż nad Sekwaną. Wspomniany Kevin Shirley praktycznie we wszystkich swoich instagramowych vlogach, niby to ukradkiem, pokazywał znany plakat. Po drugie - siedemnastka. Póki co, Maiden wydało 16 studyjnych albumów. Numer 17 wskazuje więc bez wątpliwości na siedemnastą płytę. Po trzecie: WOTW. Czym jest "WOTW" i dlaczego konotuje się go z motywem "Uczty Baltazara"? Uczta Baltazara to wydarzenie opisane w Biblii, w księdze... Daniela. Król Babilonu, Baltazar wyprawił wystawną ucztę, podczas której do konsumpcji użył naczyń zrabowanych z Jerozolimskiej świątyni Jahwe. Podczas uczty, nagle, ukazała się ręka która napisała na ścianie słowa "Mane. Tekel. Fares.". Napis na ścianie miał być proroctwem rychłej śmierci króla i upadku Babilonu. Fani Maiden szybko wpadli na trop, że tajemnicze WOTW to nic innego jak skrót od wyrażenia "Writing On The Wall" ("Napis Na Ścianie"). To z kolei, jakby tego wszystkiego było mało, doprowadziło ich do... Rembrandta. 

Rembrandt van Rijn to legendarny, barokowy malarz, który zilustrował kluczową sytuację z Uczty Baltazara. Znamienne, że holenderski malarz urodził się dokładnie 15 lipca 1606 roku. 15/07 to cyfry które można spotkać na plakacie "Belshazzar's Feast". 

Maidenowska opowieść o Uczcie Baltazara zapewne będzie miała swoją piękną kontynuację w nadchodzacych dniach. Niemniej jednak jej fenomen już teraz daje o sobie znać. Motyw "Belshazzar's Feast" stał się swego rodzaju viralem, nad którym zespół w pewnym momencie stracił pełną kontrolę, bo content zaczęli tworzyć fani, przyjaciele zespołu i inni mniej lub bardziej powiązani z tematem. Kiedy płyta już się ukaże i będziemy mogli zatopić się w - w to akurat nie wątpię - wspaniałych dźwiękach nowej muzyki od naszego ulubionego zespołu, na pewno będziemy wspominać tę akcję z rozrzewnieniem. 

Jaki będzie nowy album Maiden? Chciałbym wierzyć Bruce'owi Dickinonowi, który podczas naszej krótkiej pogawędki w Rzeszowie, 5 lat temu, zapewnił mnie, że nowy album, na złość wszystkim malkontentom, będzie jeszcze bardziej epicki i dłuższy od "The Book Of Souls". Jutro na pewno wiele zagadek będzie rozwiązanych. A ten artykuł, zostanie, jako świadectwo ekscytacji i oczekiwania na ponowną Ucztę Baltazara. 

wtorek, 15 czerwca 2021

WEHIKUŁ CZASU

Gypsy's Kiss - mówi to Państwu coś? Dla fanów Maiden to nazwa wręcz mityczna. Pierwszy band Steve'a Harrisa. Szczyt drzewa genealogicznego Iron Maiden. Miejsce, w którym wszystko się zaczęło. I to nic, że nikt nigdy nie słyszał ani dźwięku tej legendarnej formacji. I to nic że w sumie nie wiadomo, co ten zespół w ogóle grał. Ba, nawet nie wiadomo czy był dobry. Czy byłoby czego posłuchać? W końcu tworzyli go 17-letni gówniarze a kapela rozpadła się po zaledwie dwóch latach istnienia. Ale, hej! Mamy 2021 rok. I wiecie co? Gypsy's Kiss gra znów. Od 3 lat, więc ich kariera to już nie 2 lata, a 5 lat. Co prawda basistą nie jest rzecz jasna Harris, ale wszystko ciągnie i spaja nadal ten sam gość: David Smith. Gitarzysta, główny kompozytor, wokalista. Ten sam, który właśnie ze Steve'm, mając 17 lat, w 1973 założył swój pierwszy zespół, będąc pod wpływem Deep Purple, UFO czy Wishbone Ash. Przez prawie 50 lat muzyka Gypsy's Kiss istniała jedynie w sferze wyobrażeń fanów Maiden, natomiast teraz nabrała realnych kształtów. W 2019 i 2020 Panowie wydali 2 single a za chwilę, bo 30 czerwca 2021 ukaże się debiutancki album formacji, zatytułowany "74'". 10 hard rockowych numerów, które swoim istnieniem uzupełniają piękną i nieśmiertelną historię rocka. To nie jest jakiś tam album jakiegoś tam, kolejnego, hard rockowego zespołu z Londynu. To zaginiony diament, brakujący element w dziejach brytyjskiego heavy metalu. Chwała dzisiejszym czasom, że takie rzeczy są możliwe. Że dziś bez trudu można odkurzyć kawał historii, uwiecznić ją. I to, że pomimo dystansu, można o tej historii porozmawiać z jej twórcami. Tak, zgadliście. Dotarłem do Davida Smitha i złożyłem mu niemoralną propozycję wywiadu. I wiecie co? Zgodził się z wielką chęcią. Rozmawialiśmy więc o teraźniejszości ale poruszyliśmy też kilka wątków z rockowej prehistorii. Kolejny, inspirujący wywiad blogowy stał się faktem! Zapraszam do lektury.

WMOI: Cześć David! Na początek powiedz mi jakie to uczucie wydawać debiutancki album po niemal 50 latach od założenia zespołu?

David Smith: Och, to wspaniała sprawa. Jestem mega dumny. Jesteśmy bardzo zadowoleni z materiału który nagraliśmy a od osób które już słyszały tę płytę, docierają do nas słowa uznania. Wiesz, w sumie w 2019 roku wypuściliśmy kilka nowych nagrań, ale pełny album to jednak coś innego. Świetne uczucie, naprawdę.

WMOI: Przyjmij więc również i moje gratulacje, bo “74” to naprawdę solidny kawał rockowego grania! Wydaje się, że atmosfera podczas nagrań była świetna!

DS: Szczerze mówiąc, COVID trochę pokrzyżował nasze plany (i w sumie nie tylko nasze) i koniec końców album nagraliśmy między Sierpniem 2019 a Majem 2021, podczas 4 różnych sesji, z których każda trwała jakieś 3-4 dni. Oczywiście graliśmy intensywne próby zanim zdecydowaliśmy się na nagrania, ale wyprawa do Pearce Farm Studio, do naszego kumpla i producenta, Iana Turnera, to było świetne doświadczenie. Fajnie wspominam też dzień w którym nasi starzy kumple, Terry Wapram i Paul Sears, wpadli do nas z wizytą - mieliśmy dużo radochy!

WMOI: Pierwsze single które wydaliście chwilę po waszym reunion, były kawałkami z przeszłości które postanowiliście odświeżyć. Jak to się ma w przypadku nowego albumu? Wykopaliście jakieś perełki z dawnych lat czy to całkiem nowe rzeczy?

DS: No tak, EP “Heat Crazed Vole: Re-Tailed” to faktycznie swego rodzaju wehikuł czasu, bo to materiał który napisaliśmy około 1973-74 roku. Po prostu wiele osób prosiło nas o to żeby te kawałki uwiecznić, więc to zrobiliśmy. Dodaliśmy do nich dwa całkiem nowe numery i okazało się, że spotkały się one z równie entuzjastycznym przyjęciem. Nowy album to całkiem nowe kawałki które napisałem na przestrzeni ostatnich dwóch lat wspólnie z Jonathanem Morleyem a swój kamyczek do ogródka dorzucili też Ross Hunter i Fraser Marr. 

Fot. Originalny skład Gypsy's: Paul Sears, Bob
Verschoyle, David Smith, Steve Harris

WMOI: Otwierający płytę “Take Me Down” to klasyczny hard rockowy banger, bardzo dynamiczny, motoryczny, miejscami znajomo galopujący. Gitary natomiast grają trochę w stylu UFO czy wczesnego Judas Priest...

DS: Dzięki! Wiesz, nasze inspiracje to generalnie klasyka lat 70-tych, trochę glam rocka i odrobina progresu. Chcieliśmy też dodać na tym albumie nowoczesnych wpływów. Zawsze byliśmy wielkimi fanami UFO - pierwszy raz widziałem ich razem ze Stevem Harrisem jakoś w 1975, gdzieś w Londynie. Bardzo mi schlebia kiedy ktoś porównuje moje kawałki do UFO, serio. Natomiast “Take Me Down” to taki numer który w moim odczuciu jest najbliżej Iron Maiden jak może być, choć oczywiście trzyma się stylu Gypsy’s Kiss. Tekstowo to taka teologiczna refleksja wokół jednego roku życia w pandemicznym zamknięciu.  

WMOI: Drugi numer z kolei jest trochę “purpurowo” zabarwiony, jesli tak moge powiedzieć - pewnie to przez te wszędobylskie klawisze! Nie myśl że oskarżam Was tu o jakieś kopiowanie, ale ten charakterystyczny klimat rocka lat 70-tych jest u Was bardzo wyraźny, a zarazem wydaje się być bardzo naturalny. 

DS: No wiesz, jesteśmy też oczywiście fanami Deep Purple, ich sound, sound ich klawiszy na pewno miał na nas wpływ. Bardzo lubię ten numer, zwłaszcza że chcieliśmy zawrzeć w nim trochę kontrastów akustyczno-elektrycznych. Sądzę też że fajnie wyszły tu moje wokale, jestem bardzo zadowolony z roboty jaką tu wykonałem.

WMOI: Jednym z numerów na który zwróciłem szczególną uwagę jest nieco filozoficzny “My Own Holy Grail”...

DS: Ten numer kojarzy mi się trochę z wczesnym AC/DC. I tak, masz rację, to dość refleksyjny i filozoficzny kawałek jeśli chodzi o tekst, jest w nim sporo osobistych odniesień.

WMOI: Uwielbiam też “Traveller”, w którym urzekają mnie Wasze pomysły na gitarowe harmonie. Są niesamowite! Dużo słyszę w tym klimatów z “Argus” Wishbone Ash.

DS: Hmmm, akurat “Traveller” to kawałek który miał nawiązywać do brzmienia takiego starego brytyjskiego bandu jak Big Country. Ale tak, masz rację z tym Wishbone Ash. “Argus” to mój absolutny top 10, te wszystkie gitarowe zagrywki z tej płyty były dla mnie i w sumie dla Steve’a Harrisa też, wielka inspiracją, elementarzem hard rockowej gry na dwie gitary. 

WMOI: Wiesz co? W sumie nie tylko gitary elektryczne przypominają mi o kapeli braci Turner. Wasze gitary akustyczne też robią robotę, zwłaszcza w przypadku gdy w sumie nie gracie ballad a mimo to akustyki wciąż mają swoje miejsce.

DS: W sumie to masa rockowych zespołów używa akustycznych gitar w swoich kawałkach. Osobiście uwielbiam akustyki i bardzo lubię używać ich podczas nagrań, dodają kawałkom tej specyficznej przestrzeni.

Fot. Gypsy's Kiss przed pubem "Cart & Horses" w Londynie.
WMOI: David, powiedz mi co oznacza tytuł albumu: “74”? Z tego co kojarzę, Gypsy’s Kiss powstało w 1973 roku, a jestem prawie pewien, że w tytule chodzi jednak o rok.

DS: Tak, masz rację. Musisz wiedzieć że Gypsy’s Kiss zostało założone jako Influence przeze mnie i Steve’a Harrisa kiedy opuściliśmy szkołę w Leyton, we Wschodnim Londynie, czyli w 1973 roku. W 1974 roku natomiast dołączył do nas Paul Sears i wtedy zmieniliśmy nazwę na Gypsy’s Kiss. Pierwszy koncert zagraliśmy podczas talent show dla Track Records w Poplar na początku 1974 a pierwszy “płatny” gig odbył się chwilę później, w lecie, w legendarnym już pubie “Cart & Horses”. Więc jak widzisz to ten 1974 rok jest dla nas jednak najbardziej kluczowy, stąd też tytuł płyty.

WMOI: David, wspomniałeś że w studiu mieliście gości. Jednym z nich był Terry Wapram, gitarzysta zespołu Buffalo Fish, który miał również epizod w Iron Maiden, dokładnie w 1977 roku. Jak doszło do Waszej współpracy?

DS: Terry to świetny kumpel i wspaniały gitarzysta. Jestem jego wielbicielem, z resztą Terry już parę razy pojawiał się z nami na scenie podczas koncertów. Dlatego też postanowiłem zaprosić go do nagrania kilku partii na nasz album. Czułem że “The Man For All Seasons” to idealny kawałek dla niego, by mógł pokazać swoje umiejętności. Nagrał 5 różnych solówek i powiem Ci szczerze, że gdybym mógł, wszystkie z nich zamieściłbym na płycie, bo wszystkie były wspaniałe! Nie umieliśmy wybrać najlepszej, więc zostawiliśmy to naszemu producentowi.

WMOI: Drugim gościem na płycie jest wspomniany już przez Ciebie Paul Sears, oryginalny bębniarz Gypsy’s Kiss który również miał swój epizod w Maiden. Pytanie dlaczego Paul jest tylko gościem na płycie swoje macierzystego zespołu?

DS: Paul to mój wielki przyjaciel od ponad 47 lat. Nagrał wspaniałe bębny do “Traveller”, zrobił naprawdę kawał dobrej roboty. Paul wycofał się z grania już jakiś czas temu, ale kiedy zapytałem go czy chciałby z nami nagrać kawałek, powiedzmy jako swego rodzaju pożegnanie z graniem, zgodził się bez wahania. Paul był świetny i spędziliśmy naprawdę piękny dzień w studiu. Kto wie, może Paul zdecyduje się jednak jeszcze kiedyś wystąpić z nami gościnnie na scenie? Byłoby ekstra!

WMOI: Dobra, skoro już dotknęliśmy trochę przeszłości, pozwól że trochę o niej porozmawiamy. W 2018 Gypsy’s Kiss reaktywowało się na potrzeby koncertu na Burr Fest, ale z tego co wiem, ten koncert zagraliście z oryginalnym wokalistą, Bobem Verschoylem. Bob jednak nie kontynuuje swojej przygody z Gypsy’s Kiss a wokalistą formacji jesteś Ty. Opowiesz jak do tego doszło?

DS: Wiesz, na przestrzeni lat wiele osób pytało mnie o możliwość reaktywacji Gypsy’s Kiss ale ja czułem, że ten temat powinien jednak pozostać jako element historii. Jednak w 2018 roku, kiedy odezwał się do nas Andy Halloway, organizator Burr Fest, nieoczekiwanie pomyślałem: “hej, a czemu nie?” Paul Sears nie mógł wtedy z nami zagrać, ale Bob powiedział że może to zrobić, więc na szybko dobrałem kolejnych muzyków, z czego dwóch z nich, Jonathan Morley i Ross Hunter zostali już z nami i grają do dziś. Reakcja fanów podczas tego koncertu była niesamowita! Szybko więc zdecydowałem, że trzeba ten wątek kontynuować. Zaangażowanie Boba było jednak pomyślane jako jednorazowy temat, zrobił świetną robotę podczas tego koncertu, ale nie planował nic ponad to. Niemniej w tym momencie trzeba jasno powiedzieć, że tak naprawdę to ja byłem oryginalnym wokalistą Gypsy’s Kiss, kiedy Bob dołączył do nas w 1974 roku, ja chciałem wówczas skoncentrować się na grze na gitarze i z chęcią oddałem miejsce za mikrofonem. 

WMOI: A co z Timem Evansem? Nie był zainteresowany ponowną grą?

DS: Tim mieszka teraz w Nowej Zelandii. Wysłał nam niedawno piękną wiadomość kiedy skończyliśmy nagrania, gratulował nam. To świetny kumpel, wspaniały facet.

WMOI: Jestem pełen uznania, że mimo okoliczności, zdecydowałeś się jednak podjąć temat reaktywacji Gypsy’s Kiss i wprowadzić plan w życie. 

DS: Tak. Wydaje mi się że wcześniej byłem trochę samolubny, myślałem tylko o sobie, nie biorąc pod uwagę innych osób, fanów, którzy przecież dali nam naprawdę ogromne wsparcie podczas naszego powrotu. Z perspektywy czasu cieszę się że w końcu dojrzałem i zmieniłem zdanie.

WMOI: Gypsy’s Kiss to zespół który jest znany przez pryzmat “pierwszego zespołu Steve’a Harrisa”, który potem zbudował legendę Iron Maiden. Jak wspominasz czasy kiedy Steve był w kapeli i dopiero zaczynaliście swoją muzyczną przygodę?

DS: Steve i ja dorastaliśmy żyjąc w zasięgu 1 km jeden od drugiego, chodziliśmy razem do szkoły. Razem kibicowaliśmy West Hamowi i pasjami pochłanialiśmy kolejne rockowe płyty. Nieuniknione było, że za chwilę założymy wspólnie kapelę, co w końcu zrobiliśmy. Docelowo Steve chciał być perkusistą, ale kiedy założyliśmy zespół, zaczął grać na basie. Był bardzo zdolnym uczniem, był cholernie ambitny i pojętny. Ja, Steve i Paul Sears chodziliśmy na masę różnych koncertów, widzieliśmy naprawdę dużo świetnych kapel w latach 70-tych! Steve’a zawsze wyróżniała jego ciężka praca, pewna etyka w stosunku do muzyki, gość miał po prostu naturalne predyspozycje do zostania gwiazdą rocka, choć z drugiej strony, był zawsze bardzo spokojną, wyważoną osobą, która niesamowicie denerwowała się przed koncertami.

WMOI: Dlaczego Wasze drogi się rozeszły?

DS: Nie było żadnych animozji między nami, po prostu każdy poszedł w swoją stronę. Byliśmy młodzi, ja i Paul byliśmy niezłymi imprezowiczami, Steve taki nie był. To był jego poświęcenie i dzięki temu poświęceniu Maiden odniósł spektakularny sukces, na który my nigdy byśmy nie zapracowali.

WMOI: No właśnie, Steve to nie tylko świetny basista, ale też wspaniały kompozytor i “mózg operacyjny”. Przejawiał już takie cechy charakteru w latach 70-tych?

DS: O tak, nawet jeśli ja pisałem całą muzykę dla Gypsy’s Kiss, to wiedziałem że Steve ma ogromny dar komponowania i w pewnym momencie to eksploduje. Nie pomyliłem się.

WMOI: Z tego co kojarze, w 2013 roku oryginalny skład Gypsy’s Kiss miał okazję spotkać się ponownie. Jak wspominasz tamten meeting?

DS: Tak było! Spotkaliśmy się jakoś przed Świętami Bożego Narodzenia w 2013 roku, podczas koncertu mojego ówczesnego zespołu, The Front Covers. Wspaniały wieczór. Spotykamy się od tamtego czasu na koncertach Maiden i British Lion, rozmawiamy przez telefon - ostatnio gadaliśmy kilka tygodni temu, kiedy nasza płyta była już w fazie miksów. Steve to naprawdę świetny gość. Wiesz, dla mnie on zawsze będzie tym długowłosym dzieciakiem ze szkoły z którym założyłem mój pierwszy zespół!

WMOI: David, to teraz tak szczerze i bez ściemy: istnieją jakieś nagrania Gypsy’s Kiss z lat 70-tych?

DS: Tak, istnieją. Ale ani ja ani Paul nie jesteśmy w ich posiadaniu. Steve je ma!

WMOI: Cholera, a już myślałem że kolejnym krokiem będzie próba namówienia Ciebie żebyś mi je wysłał (śmiech). Gypsy’s Kiss zakończyło działalność w 1975 roku. Co porabiałeś przez te wszystkie lata, bo chyba nie odwiesiłeś gitary na kołek?

DS: Nie, cały czas byłem aktywny i grałem z różnymi kapelami, wiesz jak jest: covery, trochę popu i soulu, grałem nawet country. Miałem wspaniałe muzyczne życie. Po cichu nagrałem nawet dwa solowe albumy!

WMOI: Wiesz co jest dla mnie niesamowite? Że Iron Maiden stało się tak ogromne, że ich fani docierają do historii takich bandów jak Gypsy’s Kiss i wciąż chcą je poznawać po tych wszystkich latach. 

DS: Tak, fani Maiden to prawdziwi rockowi maniacy, kochają swój ulubiony band bezgranicznie i uwielbiają odkrywać historię. Nie znam chyba bardziej zaangażowanych fanów od fanów Maiden! Uwielbiam ten klimat. Na przykład pub “Cart & Horses” w Londynie zrzesza wielu z nich, co jest świetne, bo to miejsce jest dla mnie szczególne w moim życiu. Chodziłem tam na koncerty już w 1971 roku a potem miałem na tyle szczęścia, żeby zagrać tam jeden z pierwszych koncertów w 1974 roku. Potem po reaktywacji Gypsy’s Kiss zagrałem tam chyba ze trzy czy cztery razy i nie mogę się doczekać aż pub zostanie ponownie otwarty, żeby znów stanąć na tamtejszej scenie! 

WMOI: David, jestem pewien że jest jeszcze masa niesamowitych historii do opowiedzenia, ale myślę że jak na pierwszy wywiad Gypsy’s Kiss dla polskiej braci, powiedziane zostało już naprawdę wiele. Ostatnie słowa do Polskich fanów zostawiam Tobie. Dzięki za wywiad!

DS: Polska znana jest w UK i w zasadzie na całym świecie jako dom dla rocka. Jestem naprawdę bardzo wdzięczny za każde wsparcie dla Gypsy’s Kiss płynące z Polski i szczerze, bardzo bym chciał zagrać kiedyś koncert na Polskiej ziemi. Dziękuje Wam bardzo!


środa, 12 sierpnia 2020

Spoilery, Bahamy i Taśmy z krypty

Steve "Loopy" Newhouse to gość, który był świadkiem narodzin legendy, ba, zaryzykuje stwierdzenie, że nawet pomógł jej się narodzić. Kiedy zaczynał swoją pracę w Iron Maiden, był jednym z dwóch członków ekipy technicznej zespołu - drugim był kierowca, Vic Vella. Do Maiden zrekrutował go w 1979 roku ówczesny wokalista formacji, Paul Di'Anno. Loopy wyleciał z pracy w 1984 roku, podczas "World Slavery Tour", po małej scysji z perkusistą, Nicko McBrainem. Nie tak dawno temu ukazała się książka "Loopyworld: The Iron Maiden Years", która jest zbiorem wspomnień Steve'a z lat jego bytności w Maiden. Jako że to naprawdę interesująca pozycja, uznałem to za świetny pretekst do porozmawiania z Loopym. Niestety, nawet najlepszy łamacz szyfrów nie wyciągnąłby zbyt wiele z tego wesołego kombatanta - Newhouse kluczył i wymigiwał się od wielu odpowiedzi, tłumacząc się obawą zaspoilerowania historii z książki. Być może też dlatego, dość długo zbierałem się do publikacji tego wywiadu, który mógłby być w moim mniemaniu znacznie ciekawszy niż koniec końców jest. Tak czy inaczej, zapraszam Was do przeczytania tego, co miał mi do powiedzenia Loopy, wierząc że ten krótki wywiad pozwoli Wam sięgnąć po jego książkę.

WMOI: Cześć Steve! Dzięki że zgodziłeś się na tę rozmowę. Zacznijmy może od początku: jak to się stało, że zdecydowałeś się napisać książkę o swojej przygodzie w Iron Maiden?

Steve "Loopy" Newhouse: Cześć! Dzięki za zainteresowanie moją twórczością! Oryginalna idea wyszła od jednego gościa z Belgii, który natknął się na moją kolumnę na stronie MetalTalk. Opisywałem tam właśnie różne historie ze swoich czasów w Iron Maiden. Powiedział, że to by był świetny materiał na książkę. Chciał to nawet sfinansować, ale nie mogliśmy dojść do porozumienia co do formatu wydania. Na szczęście, temat zaczął żyć i nabierać realnych kształtów, więc w końcu znalazł się człowiek z USA który zdecydował się wyłożyć kasę na wydanie książki. Tak więc ja napisałem historię, a ten gość po roku ciężkiej pracy stworzył finalny produkt, za co jestem mu bardzo wdzięczny! Muszę jednak wspomnieć, że najbardziej wspierała mnie moja żona, której bardzo za wszystko dziękuje.

WMOI: Zaczynałeś swoją przygodę kiedy w otoczeniu Iron Maiden było raptem tylko kilka osób. Jednak w bardzo krótki czasie zespół urósł do rockowej instytucji. Z Twojej książki możemy się dowiedzieć, że proces ten zmienił również wiele jeśli chodzi o relacje pomiędzy poszczególnymi personami, co również przyczyniło się bezpośrednio do Twojego odejścia. Czy nie czujesz że wraz z ewolucją zespołu, coś się jednak pomiędzy ludźmi popsuło?

Loopy: Tak, to fakt że zespół stał się wielki w bardzo szybkim tempie. Jednak nie powiedziałbym żeby to było bezpośrednią przyczyną naszego rozstania. Cała historia jest dość złożona i dokładnie opisałem ją w książce, więc nie chcę tutaj spoilerować poszczególnych wątków. Wiesz, członkowie zespołu jak i ekipy technicznej pojawiali się i znikali we wczesnych latach bardzo często, był to taki okres formowania się. To zdarza się wszędzie i nie sądzę, że przez takie mechanizmy coś się psuje. Weźmy na przykład taki Def Leppard. Tam we wczesnym okresie również było masę zmian, ale nie doprowadziły one do niczego złego. Z perspektywy czasu, zwłaszcza mając na uwadze co osiągnęli, takie zmiany wydają się być się po prostu konieczne aby wszystko mogło działać jak należy. Tak samo było w Maiden.

WMOI: Pracowałeś jako technik perkusyjny z dwoma bębniarzami: Dougiem Sampsonem i Clive'm Burrem. Czy pokusiłbyś się o porównanie pracy z nimi?

Loopy: Och, to prosta rzecz. Doug to bardzo ugodowy charakter, on po prostu był szczęśliwy że jest ktoś kto rozstawi i przygotuje sprzęt za niego. Clive natomiast był całkowitym przeciwieństwem Douga. On z kolei byłby najszczęśliwszy, gdyby mógł sam sobie rozstawić bębny. Mojej relacji z Clive'm poświęciłem zresztą dość dużo w książce, więc ten kto przeczyta ją w całości, dokładnie zrozumie przez co musiałem przejść będąc technicznym Clive'a*.

WMOI: Pytałem o to już Douga Sampsona, ale ciekaw jestem jakie jest Twoje spojrzenie na ten temat. W dzisiejszych czasach aktualny perkusista Iron Maiden, Nicko McBrain używa olbrzymiego i bardzo rozbudowanego zestawu perkusyjnego. Zastanawiam się, czy leży to u podstaw decyzji managementu, czy jest to wybór tylko i wyłącznie perkusisty?

Loopy: Cóż, Clive sam sobie wybrał perkusję na której chciał grać, z tego co wiem, tak samo jak Nicko. Nie wydaje mi się żeby sztab menedżerski miał tu cokolwiek do powiedzenia, zresztą chyba długo by się na swoich stanowiskach nie ostali, gdyby mówili muzykom na jakim sprzęcie mają grać.

WMOI: Od jakiegoś czasu już wiadomo, że mimo iż na kopercie pierwszego nagrania Iron Maiden, "The Soundhouse Tapes" widnieją nazwiska jedynie czterech muzyków, podczas sesji nagraniowej był obecny też drugi gitarzysta, Paul Cairns. Gdzieś w internecie trafiłem też na informację, że to jego solo słychać właśnie w utworze "Strange World". 

Loopy: Tak, byłem przy tym i mogę to potwierdzić. Z resztą bardzo łatwo to sprawdzić, słuchając tych nagrań na słuchawkach. Z łatwością da się wyodrębnić dwie kompletnie różne ścieżki gitarowe, z których zdecydowanie lepiej brzmi ta należąca do Dave'a Murraya. Ta druga, brzmiąca gorzej, to właśnie Paul Cairns. Nie mam nic do Paula, ale on nigdy nie miał zbyt dobrego brzmienia jeśli chodzi o heavy metal i to na tym nagraniu ewidentnie słychać. 

WMOI: Nie tak dawno temu, były perkusista Iron Maiden, Thunderstick przyznał się, że posiada nagranie próby zespołu z 1977 roku. Oczywiście wielu fanów z marszu uznało ten materiał za coś w rodzaju "Świętego Graala". Zastanawiam się czy znasz jeszcze jakieś osoby z kręgu wczesnych lat zespołu, które mogą posiadać tego typu nagrania?

Loopy: Tak, Barry wykopał tę taśmę z krypty. Miał nawet pomysł żeby to skopiować i się tym podzielić, ale dostał ostrzeżenie żeby tego nie robił - wszystko ze względów prawnych. Z tego co kojarzę, jest to jedyne nagranie z tamtych czasów o jakim wiem. 

WMOI: Czyli Ty również nie posiadasz żadnych starych nagrań?

Loopy: Wiesz co, pamiętam że miałem nagranych kilka różnych koncertów z Ruskin Arms, ale przez te wszystkie lata i liczne przeprowadzki, gdzieś się one zapodziały. Nie wiem czy po prostu je zgubiłem czy może zostały skradzione - nie mam pojęcia. Co dziwne, nagrania te nie skończyły jako bootlegi, więc może jednak powinienem ich poszukać?

WMOI: Steve, zostałeś wylany z Maiden w 1984 roku**. Mimo to, wygląda na to że cały czas jesteś członkiem rodziny Iron Maiden. Jak wyglądają Twoje relacje z zespołem w dniu dzisiejszym?

Loopy: Niedawno wróciłem z Brooklynu, gdzie widziałem ich dwa koncerty i miałem także okazję pogadać ze Steve'em, Nicko i Adrianem. Wciąż jesteśmy więc jedną, wielką, szczęśliwą rodziną!

WMOI: Z tego co kojarze, utrzymujesz również kontakt z kilkoma byłymi członkami zespołu?

Loopy: Tak. Paul Day, Paul Di'Anno, Terry Wapram, Doug Sampson, Bob Sawyer, Tony Moore, Dave Sullivan i Terry Rance. Możliwe że kogoś pominąłem, jeśli tak to z góry ich przepraszam!

WMOI: Jesteś również mocno zaangażowany w sprawy pubu Cart & Horses, miejsca zwanego miejscem narodzin Iron Maiden. Jaka jest Twoja historia związana z tym pubem? Wydaje mi się że kiedy dołączyłeś do ekipy Maiden, nie mieli oni już okazji zagrać w tym miejscu.

Loopy: Tak, masz rację. Maiden nigdy nie już nie zagrało w tym pubie od kiedy dołączyłem do ekipy. Teraz w tym miejscu można zobaczyć masę świetnych zespołów które grają tam koncerty - że wspomnę tylko o Airforce z Dougiem Sampsonem na bębnach czy o Buffalo Fish w którym gitarzystą jest Terry Wapram. Gra tam również sporo cover bandów a nawet wiele kapel z całej Europy! Niestety, aktualnie pub jest przebudowywany i pozostaje zamknięty. Niemniej kiedy był otwarty, był świetnym miejscem spotkań fanów i byłych członków zespołu. Cart & Horses niebawem zostanie otwarty ponownie, ale póki co spotykamy się w innych pubach - dbamy o to żeby kontakt się nie urwał, choć muszę przyznać że nie jest to łatwe... Mamy również utworzonych kilka grup na Facebooku które pozwalają nam pozostać w kontakcie. Sprawdźcie dwie główne: Cart & Horses Family oraz Cart & Horses Real Troopers. Możecie zajrzeć też na grupę Cart Day, która została założona specjalnie pod koncert Paula Daya który odbył się w Styczniu 2019. 

WMOI: Ok, Loopy. To teraz pytanie które po prostu muszę Ci zadać! Przyznaj się, poznałeś kiedyś osobiście Charlotte?

Loopy: (śmiech) Nie - to najprostsza z odpowiedzi. Te wszystkie historie z nią musiały mieć miejsce zanim stałem się częścią Iron Maiden.

WMOI: Zwiedziłeś z zespołem wiele ciekawych i dalekich miejsc. Które z nich wspominasz najlepiej?

Loopy: Nassau na Bahamach. Byłem tam w 1984 roku podczas nagrywania "Powerslave". Ekipa była tam już rok wcześniej i kiedy lecieliśmy tam żeby zrobić album, zapewniali mnie że pokocham to miejsce. Nie oszukiwali. To był raj. Przepiękna wyspa i szczerze mówiąc, mam nadzieję że uda mi się tam wrócić któregoś dnia. Chętnie odwiedziłbym tam Steve'a Harrisa!

WMOI: Dzięki za tę rozmowę. Ostatnie słowa pozostawiam Tobie.

Loopy: Marcin, dzięki za wywiad. Do moich Polskich przyjaciół: wybaczcie że niektóre z moich odpowiedzi były dość zachowawcze, ale bardziej niż spoilerowanie dobrej książki cieszy mnie kiedy ktoś ją czyta w całości. Więc zapraszam Was na moją stronę www.loopyworld.co.uk - tam znajdziecie książkę, jeśli chcecie dedykację, autograf czy jakieś dodatkowe gadżety, dajcie znać, da się to zorganizować! A jeśli chcecie zrobić to bezpośrednio, po prostu napiszcie maila na loopyworld1@gmail.com . Do zobaczenia następnym razem Polsko!

__
* Temat Clive'a to jeden z głównych wątków książki Loopy'ego i zarazem jedna z bardziej kontrowersyjnych treści. Obu jegomościów łączyła dość specyficzna relacja - jeśli mogliby ustawić wtedy status swojego związku na facebook, to sto procent wpisali by "to skomplikowane". Newhouse utrzymuje, że Clive Burr był ciężkim człowiekiem we współpracy, albowiem wszystko zawsze robił po swojemu. Nieco inne spojrzenie na ten temat rzuciła mi swego czasu żona Clive'a, Mimi, która komentując treści z książki Loopy'ego, roześmiała się i stwierdziła, że nie wie kto miał bardziej specyficzną osobowość - jej mąż, czy jego techniczny. Wygląda więc na to że, ot, trafił swój na swego.

** Loopy wyleciał z Maiden w sumie za błahostkę. Jak opisuje to w swej książce, Nicko McBrain poprosił Loopy'ego o drobną przysługę, ale ten, jako że miał dość kiepski dzień, zamiast spełnić prośbę perkusisty, odparł mu w kilku niezbyt wyszukanych słowach, żeby sam sobie to ogarnął. I nawet jeśli Nicko zachował wtedy zimną krew i pogodę ducha, przysłuchujący się tej krótkiej rozmowie menedżer produkcji nie był już tak pobłażliwy dla Newhouse'a, który jawnie pozwolił sobie na zbyt wiele. Sprawa szybko trafiła do kierownictwa i krnąbrny techniczny wyleciał z Killer Crew, tym razem definitywnie (w przeszłości Loopy również sprawiał kłopoty, które oddalały go od zespołu, ale zawsze wracał, tym razem jednak miarka się przebrała). W tym miejscu trzeba pamiętać, że Steve jako pierwszy techniczny który kiedykolwiek pojawił się w Iron Maiden, miał ukształtowaną nieco inną relację z członkami zespołu i to ewidentnie go zgubiło. W 1984 roku Maiden znajdowało się na szczytach sławy i wewnętrzny savoir-vivre nakazywał ekipie technicznej odnosić się do muzyków z należytym szacunkiem, zresztą, załatwianie spraw muzyków było częścią ich obowiązków służbowych. 

poniedziałek, 2 marca 2020

Człowiek Bez Twarzy

Barry Purkis, bardziej znany jako demoniczny Thunderstick, obłąkany perkusista w masce, stojący niegdyś na czele legendy NWOBHM, Samson, przypomniał jakiś czas temu o swoim istnieniu za sprawą upublicznienia faktu posiadania zapisu pełnej próby Iron Maiden z 1977 roku. Zapis ów już na starcie pretendował do miana Świętego Graala dla fanów „Żelaznej Dziewicy”, bo na nagraniu jedynym członkiem zespołu który potem zabrzmiał kiedykolwiek na oficjalnych nagraniach grupy jest… Steve Harris. Wiadomość ta obiegła niemal cały fanowski świat a fragmenty tych nagrań, jak się okazało wrzucone przez samego Purkisa, pojawiły się na serwisie YouTube. Perkusista idąc za ciosem reaktywował też swój projekt z lat 80-tych, nazwany imieniem swojego alter ego i wydał w 2016 roku płytę „Something Wicked This Way Comes”. Szczerze mówiąc, kiedy jechałem na spotkanie z legendarnym bębniarzem, nie wiedziałem czy bardziej ekscytuje mnie sam fakt poznania go osobiście, czy też możliwość posłuchania jego niesamowitych historii z dawnych lat. Barry okazał się bardzo sympatycznym gościem, choć nie łatwo było wyciągnąć go choćby na godzinę ze studia, gdzie pochłonięty był pisaniem nowych piosenek. Siedliśmy w klimatycznej kawiarence przy jednym z portów w Folkestone i uwierzcie mi, rozmawiało nam się tak dobrze, że gdyby nie mój pociąg powrotny do Londynu i ograniczony czas Barry’ego, rozmowa trwała by jeszcze kolejną godzinę. I kolejną…

WMOI: Dzięki że zgodziłeś się na ten wywiad Barry. Jak idzie pisanie nowego albumu?

Thunderstick: Och, cała przyjemność po mojej stronie. Właśnie wyciągnąłeś mnie z sali prób, w której nieustannie pracuje nad nową płytą Thundersticka! Wiesz, kiedy wypuściłem ostatni album, „Something Wicked This Way Comes”, tak naprawdę projekt Thunderstick nie był zespołem sensu stricte - to byłem ja i muzycy z którymi współpracowałem. Ale album zgarnął masę pozytywnych recenzji, co dało mi do myślenia. Dawno temu Thunderstick istniał jako prawdziwy zespół, wydaliśmy nawet album „Beauty and the Beasts” w 1984 roku. Z tamtego okresu zachowało się też sporo materiału, którego jednak z różnych przyczyn nigdy nie mieliśmy okazji zarejestrować. I tak mniej więcej doszło do tego, że po wielu latach opracowałem te kawałki od nowa i zdecydowałem się je w końcu nagrać. Nie powiem że te recenzje mnie zaskoczyły, ale było mi bardzo miło że płyta przyjęła się i tak wiele ludzi z różnych krajów na świecie o niej mówiło. Tamtą płytę nagrywało wielu różnych muzyków z którymi pracowałem w różnych okresach mojej kariery. Jednak szybko stało się jasne, że skoro recenzje są dobre, trzeba będzie zagrać jakieś koncerty. Więc powołałem do życia zespół który mógł grać ze mną na żywo i który wejdzie do studia i nagra ze mną nowy album. Aktualnie mamy 2 numery gotowe, masa następnych jest opracowana, ale wymaga ogrania w sali prób. Wiesz, sposób tworzenia utworów w Thunderstick różni się trochę od standardowego pisania materiału, bo większość zaczyna się od rytmu. Najpierw powstają partie rytmiczne, dopiero potem dokładamy riffy, melodie, wokale. Dla przykładu, Steve Harris najpierw tworzy podkłady basowe, a potem prosi Nicko McBraina żeby ten zagrał mu pod ten bas jakiś beat. U nas jest odwrotnie - najpierw gram jakiś beat, a potem proszę naszego basistę żeby zagrał pod to swój podkład. I w ten sposób idziemy na przód. Thunderstick do tej pory zawsze był projektem w którym chodziło o to, żeby główny materiał wychodził ode mnie. Teraz jest inaczej, bo jesteśmy zespołem, więc głupio by było gdybym nie pozwolił na wykorzystanie potencjału innych muzyków. Oczywiście koniec końców do mnie należy finalne słowo i decyzja w sprawie ostatecznego wyglądu i aranżu utworu, ale daje swoim muzykom wiele swobody.
Fot. Barry "Thunderstick" Purkis z autorem


WMOI: Barry, za mikrofonem w Thunderstick masz bardzo uzdolnioną wokalistkę, Raven. Jak to się stało że dołączyła do zespołu?

Thunderstick: Och, Raven to moje odkrycie! To moja tajna broń (śmiech). Kiedy robiliśmy poprzedni album, potrzebowałem dobrego, kobiecego, wokalu, w końcu Thunderstick zawsze miał za mikrofonem kobietę! Miałem świetną rekomendację w postaci kilku sesyjnych wokalistek, ale nie skorzystałem z tego. Kiedyś jednak, w pewnym sklepie muzycznym zauważyłem śliczną blondynkę która wywiesza ogłoszenie że poszukuje zespołu. Pogadałem z nią chwilę i poprosiłem, żeby podesłała mi swoje demo. Po tym jak ją usłyszałem, zdecydowałem że chciałbym aby nagrała mi parę wokali do moich tracków. Koniec końców wykorzystałem wszystko co nagrała na płycie „Something Wicked…”, ale niestety, ze względu na logistykę, nie było mowy żeby stała się ona stałym członkiem zespołu - mieszkała na codzień w Walii i nie było możliwości żeby regularnie odbywać próby, niestety. Ale ta sytuacja dała mi impuls żeby faktycznie poszukać wokalistki, skoro jest tak wiele utalentowanych dziewczyn z dobrym, rockowym wokalem. I tak poznałem Raven. Jest niesamowita, ona i tak powie Ci że jest masa wokalistek lepszych od niej, ale ja wiem że to ona jest najlepsza. Pierwszy raz usłyszałem ją gdy grała jakiś solowy, akustyczny koncert z coverami. Okazało się że robi to często, ale nie ma doświadczenia w studiu i ogólnie nigdy nie była w prawdziwym zespole rockowym. Wszystko co miała z rockiem wspólnego, to granie coverów AC/DC czy Whitesnake, tylko tyle. Jednak zdecydowałem się dać szansę, i kiedy przyszła na próbę, po prostu zmiotła mnie z powierzchni ziemi. Poczułem, że jestem szczęściarzem, naprawdę. Nie mogę się wręcz doczekać aż nagramy nowy album, bo jestem przekonany, że Raven położy kapitalne wokale na tę płytę.

WMOI: Barry, u Ciebie zawsze śpiewały kobiety. Jak sobie radzisz ze stereotypowym myśleniem, że heavy metal to raczej typowo męski świat…

Thunderstick: … i nie ma w nim miejsca dla kobiet, co? Opowiem Ci pewną historię. Zapewne dobrze wiesz, że kiedy byłem w Samson, nakładałem na scenę maskę. Wiesz, to były czasy gdy nie było DVD, VHS, nie było internetu i social mediów. Istniała tylko prasa muzyczna, jak Sounds, Melody Maker i tak dalej. Głównym powodem dla którego zacząłem nosić maskę, było to, że zwykle perkusiści w kapelach rockowych byli „bez twarzy” - siedzieli z tyłu sceny, schowani za zestawem perkusyjnym i nikt ich praktycznie nie dostrzegał. Dobra, wiem że były wyjątki w postaci Johna Bonhama czy Keitha Moona, ale wiadomo że to na swój sposób ikony - grali długie sola perkusyjne i mieli swój niepodrabialny styl. Ale jednak w większości zespołów wyróżniali się albo wokaliści albo gitarzyści - nawet jak Sounds dodawał do swoich magazynów plakaty, zwykle były to plakaty koncertowe zespołów, na których widać było gitarzystów w swoich emocjonalnych, wygiętych pozach, albo wokalistów którzy stali na froncie. Gdzieś tam w tle natomiast widać było wystający zza bębnów i talerzy kawałek głowy który należał do perkusisty. Nie chciałem być kolejną wystającą głową! Mam naturę showmena, więc chciałem być widoczny! Więc stworzyłem, nieco prześmiewczo, postać perkusisty bez twarzy, którego nazwałem Thunderstick, od słów „grzmot” i
Fot. Thunderstick na legendarnej
okładce magazynu "Sounds"
„pałka” - wiesz, w końcu mocno grzmociłem wtedy w bębny! Dzięki temu Samson zyskał bardzo wyrazisty i mocny image - ta maska którą nosiłem wtedy, była bardzo wyzywająca, prowokująca, agresywna. Niestety, kilka lat wcześniej - nie wiedziałem o tym kiedy tworzyłem postać Thundersticka - w Anglii miała miejsce głośna zbrodnia której głównym „bohaterem” był zamaskowany gwałciciel. A kiedy Samson zaczynał, to był czas, kiedy w Anglii do głosu zaczęły dochodzić kobiety, że wspomnę tu tylko o legendarnej Margaret Thatcher. Klimat był naprawdę mocny, feminizacja była na wysokim pułapie i ich głos był naprawdę głośny. No i wyobraź sobie że nagle na mieście pojawiają się plakaty promujące koncert Samson ze mną, w tym całym przebraniu, z maską na gębie! Jak graliśmy w Cambridge, protesty były serio bardzo poważne, mieliśmy nawet pietra, że koncert zostanie odwołany, bo inaczej dojdzie do zamieszek. Wszystkie te kobiety protestowały przeciwko zespołowi który gloryfikuje gwałt! A mi tak naprawdę przecież nie o to chodziło, to było kompletne nieporozumienie! Wiesz, to miał być porąbany charakter, zwariowany, szalony, ale w żadnym wypadku nie miał kojarzyć się z jakimkolwiek napastowaniem czy gwałtem. I kiedy już po latach zdecydowałem się grać na swój własny rachunek, zdecydowałem że utnę wszelkie spekulację i na froncie zespołu stanie kobieta i w ten sposób zamknie wszystkim gęby. Najpierw była to przepiękna Anna Borg, potem nieodżałowana Jodee Valentine która zmarła w 2016 roku. I wiesz co? To było coś nowego w tamtych czasach. Jasne, były kapele pokroju Rock Godess czy Girlschool, ale to były girlsbandy, składające się z samych dziewczyn. A my byliśmy męską kapelą z laską za mikrofonem.

WMOI: …i zamaskowanym perkusistą! (śmiech)

Thunderstick: (śmiech) Taaak, dokładnie. Teraz to nic nowego, jest cała masa zamaskowanych kolesi na scenie. Slipknot, Ghost - robią to świetnie, musisz przyznać. Ja byłem sam, bo nikt inny nie wpadł na taki pomysł, zeby założyć sobie maskę na twarz. Niektórzy twierdzili że to dlatego że jestem brzydalem! (śmiech).

WMOI: Dobra, Barry, skoro już zacząłeś ten temat, spróbujmy trochę pogadać na temat historii. Po pierwsze: jak to było z tymi dragami w Samson? W oficjalnej biogafii Iron Maiden, jest taki fragment, opowiadany przez Bruce’a Dickinsona: „W Samson wszyscy ćpali równo, basista palił trawę, Paul wciągał kreski ze wzmacniacza, a Thunderstick był tak naćpany, że w końcu spadł ze stołka”…

Thunderstick: (śmiech) Noooo tak, była taka sytuacja. Aktualnie jestem w trakcie spisywania tych wszystkich opowieści, będzie co poczytać (śmiech). Było kilka takich sytuacji, to na pewno. Postaram się wszystko dokładnie opisać, obiecuję!

WMOI: Jak to wszystko wpływało na działalność zespołu? Myślisz, że brak subordynacji w jakiś sposób przyczynił się do rozpadu zespołu?

Nieeeeeee, nie sądze. Jeśli chodzi o dragi, to przesadzały z nimi kapele w późnych latach 60-tych czy na początku lat 70-tych - sporo znanych muzyków odpadło ze względu na to gówno. Kiedy ja dołączałem do Samsona, był rok 1979 i był to okres wielkich zmian, rosła świadomość społeczna a i każdy wiedział czym są narkotyki i jak mogą doprowadzić Cię do ruiny. Nie będę ściemniał, dawaliśmy niekiedy czadu w Samson, ale nigdy to nie były klimaty a’la Motley Crue (śmiech). Widziałeś ten ostatni film o nich? 

WMOI: Masz na myśli "The Dirt"?

Thunderstick: Tak, "The Dirt". Więc daleko nam było do nich, to na pewno (śmiech). Jaraliśmy sporo trawy, braliśmy jakieś piguły i wciągaliśmy koks, ale to nigdy nie były jakieś poważne ilości które mogłyby w jakiś sposób wpłynąć destrukcyjnie na zespół. Na pewno żaden z nas nic nigdy sobie nie wstrzykiwał, raczej preferowaliśmy mniej wymagające odloty. Odszedłem z zespołu nieco wcześniej, zanim zrobił to Bruce, a głównym powodem było to, że chciałem robić trochę większę show i dodać więcej elementów teatralnych na scenie - wysunąć postać Thundersticka bardziej do przodu. Ale to nie mogło się zdarzyć w Samson, oni tego po prostu nie chcieli. Paul chciał, aby Samson poszedł bardziej w kierunku blues-rocka, a mnie to kompletnie nie kręciło - ja byłem metalowcem, chciałem żeby był show, żeby było ostro, a to wszystko zmierzało raczej w odwrotną stronę - wiesz, stanie w wytartych dżinsach na scenie i granie bluesa nie wydawało mi się zbyt dobrą perspektywą. Za chwilę tak samo postąpił Bruce, który również nie widział sensu w kontynuowaniu tematu. Paul w końcu znalazł Nicky’ego Moore’a, który w tamtym czasie idealnie pasował do tego co Paul chciał robić. Także Samson nie rozpadł się przez narkotyki, możesz być tego pewien.

WMOI: Bruce w swojej biografii wspominał, że atmosfera w zespole u jego schyłku nie była za ciekawa…

Thunderstick: No tak, klimat był paskudny. Traciliśmy grunt pod nogami, z jednego z czołowych zespołów NWOBHM stawaliśmy się parodią samych siebie, serio. Cholera, byliśmy kapelą która była niejednokrotnie headlinerem a przed nami grały takie zespoły jak Angel Witch czy Iron Maiden - tak było, spytaj kogokolwiek. Prawda jest taka że mieliśmy sporo problemów z naszym managementem, kolejni managerowie wplątali nas w masę niejasnych umów i zobowiązań wobec których nie byliśmy w stanie się wywiązać. Zrobiła się niezła chryja i serio zaczęliśmy tonąć po uszy w gównie. Szansą dla nas był jakiś lukratywny kontrakt, tak jak to udało się Maiden, to by nas na pewno wyciągnęło z kłopotów. Niestety nic takiego się nie zadziało i beznadziejna sytuacja postępowała. Jedna wytwórnia upadła, następnie druga… Kiedy nagrywaliśmy „Shock Tactics” byliśmy już w głębokiej dupie i musiałby się zdarzyć naprawdę duży cud, żebyśmy się z niej wykaraskali. Mimo iż „Shock Tactics” była dobrą płytą, promocja leżała, po upadku Gem przejęła ją matczyna wytwórnia RCA, która całkowicie miała w dupie promocję tej płyty. Kombinowaliśmy jak mogliśmy żeby spłacić długi, ale one zamiast maleć, to wciąż rosły i rosły.

WMOI: Przykra historia…

Thunderstick: O tak, bardzo przykra. Zwłaszcza że te płyty które nagraliśmy jakby nie patrzeć przetrwały próbę czasu. Obecnie Samson jest wymieniany w jednej linii z Iron Maiden, Angel Witch czy Def Leppard kiedy mówi się o NWOBHM. Wiele osób teraz, tak jak Ty chociażby, pyta o Samson i o tamte czasy, ale prawda jest taka że kiedy Bruce odchodził i chwilę później odnosił olbrzymie sukcesy z Maiden, wiele osób mówiło, że jego wcześniejszy dorobek jest nic nie warty, że wszystko to było kiepskie. Nie zgadzam się z tym, kiedy Samson był na fali, był cholernie dobry. Niestety, wydarzyło się to co się wydarzyło. Nie mieliśmy tego szczęścia trafić na kogoś takiego jak Rod Smalwood, zamiast tego za zespół brali się jakieś dupki, którzy jedyne co potrafili, to wpierdolić nas w kłopoty.

WMOI: Ostatnia kwestia jeśli chodzi o Samson: nie miałeś nigdy chęci żeby reaktywować ten zespół?

Thunderstick: Reaktywacja? Teraz to niestety już niemożliwe. Paul i Chris (Almyer, basista - przyp. MP) nie żyją. I w sumie z tego powodu nigdy poważnie o tym nie myślałem. Ale powiem Ci pewną historię. Kiedy Bruce w 1993 roku opuścił Maiden, było sporo dyskusji na temat Samsona. Chris i Paul napisali sporo materiału, który nie został wykorzystany, a był naprawdę bardzo, bardzo dobry. I Bruce naprawdę był mocno zapalony do pomysłu reaktywacji Samson. Ze względu na masę swoich różnych aktywności, jak szermierka czy latanie, nie myślał o pełnej reaktywacji, jedynie o czasowej reaktywacji na kilka gigów czy małą trasę. I były to naprawdę poważne rozmowy. Były plany żeby zrobić superprodukcję, wiesz, Thunderstick w klatce, koncerty w Stanach i Japonii, tam gdzie Samson nigdy nie dotarł. Doszło nawet do tego, że zaczęliśmy pracować nad materiałem, Paul i Chris wysłali te numery Bruce’owi a on zaczął nawet pracę nad swoimi partiami i tekstami. Wiesz jak to się skończyło? 

WMOI: Jak?

Thunderstick: Cholera, nie mogę Ci powiedzieć! (śmiech) A przynajmniej nie mogę tego zrobić publicznie. Jeśli wyłączysz dyktafon, to powiem Ci co sie stało i dlaczego nigdy do tej reaktywacji nie doszło. (wyłączam dyktafon i po chwili już wszystko wiem - przyp. MP). Sam widzisz, że to nie mogło się udać, dzieliła nas zbyt duża przepaść. Widocznie tak już musiało być.

WMOI: Ok, Barry, to pogadajmy jeszcze o prehistorii. W 1977 stałeś się perkusistą takiego zespołu jak Iron Maiden.

Fot. Iron Maiden 1977 - od lewej: Purkis, Terry Wapram,
Tony Moore, Steve Harris, Dennis Wilcock.
Thunderstick: Tak, tak było. Ten okres opisałem już bardzo dokładnie w moich wspomnieniach, mam nadzieję że niedługo to wszystko się ukaże - jestem gdzieś w połowie pisania. Ale póki co, mogę ujawnić kilka spoilerów (śmiech). Mieszkałem swego czasu na Sycylii i tam grałem w takiej kapeli jak The Primitives. To był jakiś 1974 rok. Graliśmy sporo koncertów we Włoszech, klubowych i festiwali, głównym szefem był tam koleżka o ksywie „The Mall”. Gość jednak odszedł, bo chciał spróbować grać solo. Kapela zaczęła się trochę sypać a ja wróciłem do Anglii. Byłem porządnie sfrustrowany, bo wierzyłem w tamten band, a okazało się że nic z tego nie wyszło. Kiedy wróciłem do Londynu, rozglądałem się za kapelą, która miała poważne podejście do grania i jakieś ambicje. I wtedy zobaczyłem ogłoszenie Steve’a w Melody Maker. Postanowiłem na nie odpowiedzieć. Kapela grała na East Endzie, a ja mieszkałem na South Endzie - musisz wiedzieć, że to tak jakby dwa, całkowicie różne światy. Każda podróż na próbę była więc mega wyprawą. Trafiłem do zespołu który wciąż poszukiwał swojego brzmienia. To była kapela która już brzmiała całkiem nieźle, ale była wtedy w okresie przejściowym, po rozpadzie pierwszego składu. Pracowaliśmy bardzo ciężko, Steve był taką osobą która bardzo mocno przykładała wagę do detali. Mam w swoim posiadaniu taśmę z jednej z takich prób - to ta taśma która nie istnieje (śmiech). Jest tam masa utworów które potem weszły w repertuar pierwszych dwóch płyt. Niestety, nie mogę kompletnie nic z tym zrobić. Mam prawa do swojego występu na tej taśmie i do tego co gram, ale nie mam praw do utworów które się tam znajdują ani do wykonań innych muzyków którzy tam grają. Wiesz, masa ludzi z całego świata pisze do mnie z pytaniem „kiedy to w końcu opublikujesz?”. To fani Maiden, którzy po prostu chcieli by tego posłuchać, bo po prostu nie ma nagrań z tamtych czasów. A ja zawsze odpowiadam: „jasne, mogę to zrobić, ale zaraz będę miał na głowie całą ekipę prawniczą Iron Maiden”!

WMOI: Wiesz, że ta taśma to obecnie coś na kształt Świętego Graala dla fanów Iron Maiden?


Thunderstick: Wiem, ale kompletnie nic nie mogę z tym zrobić. Wiele osób mówi mi: „po prostu wrzuć to do sieci”. Ale ja rozkładam bezradnie ręce. Gdybym tak zrobił, miałbym olbrzymie kłopoty i pewnie nie skończyłoby się to dla mnie zbyt dobrze. Wiem że dla fanów to wielka rzecz i naprawdę ubolewam że nie mogę tego upublicznić. Jedyne co mogłem, to wrzuciłem kilka 30-sekundowych fragmentów tych nagrań na YouTube. I tak, wiem że wywołało to olbrzymie poruszenie wśród fanów Iron Maiden na całym świecie. Więc sam widzisz że to nie jest kwestia że nie chcę udostępnić pełnego materiału. Po prostu za bardzo cenię sobie spokój domowego zacisza, aby zaryzykować jego utratę.
Fot. Spotkanie Maiden 77' - od lewej: Terry Wapram,
Dennis Wilcock, Tony Moore, Barry Purkis.

WMOI: To w pełni zrozumiałe.

Thunderstick: Tak. Wiesz, trzymam kontakt z ludźmi z tamtego składu. Na przykład z gitarzystą Terry Wapramem. Świetny facet. Ma teraz swoją kapelę, Bufallo Fish. Kapitalny band. Jestem ich fanem. Zresztą, Terry wpada czasem na koncerty Thunderstick a ja wpadam na koncerty Bufallo Fish. Gadamy też często na messengerze.

WMOI: Tak jeszcze wracając do tych nagrań, które posiadasz…

Thunderstick: … jakich nagrań? Nie mam żadnych nagrań! (śmiech).

WMOI: Są na nich dwie rzeczy, które czynią je wyjątkowymi. Gra tam jedyny, pełnoprawny klawiszowiec Maiden w historii, Tony Moore, a na wokalu jest Dennis Wilcock, który odszedł z zespołu zanim ten dokonał swoich pierwszych, profesjonalnych, nagrań.

Thunderstick: Tak, zgadza się. Co ciekawe, nie istnieje żadna inna kopia tego nagrania. Jestem tego pewien. Nagrałem to własnoręcznie podczas naszej próby, na swój sprzęt. Nie tak dawno temu czytałem w internecie, że jakiś koleś z Brazylii chwalił się że ma kopię tego nagrania, ale to kompletnie niemożliwe. Zresztą, gdyby tak było, idę o zakład że już dawno cały bootleg byłby dostępny w sieci. Aj, o czym my mówimy! Te 30 sekundowe fragmenty które swego czasu wrzuciłem na YouTube już pojawiają się na pirackich cd-r na ebayu za jakieś abstrakcyjne sumy. Fani Maiden to fanatycy, wyznawcy. Wiem że to tak działa. I szczerze mówiąc to fascynujące! Chciałbym poznać kiedyś motywy jakimi kierują się ci ludzie, co jest w tym takiego fascynującego, że są w stanie wydawać niebotyczne sumy na rzadkie nagrania albo przejechać cały glob żeby zobaczyć kilkanaście koncertów pod rząd. Ty też jesteś fanem Maiden, prawda?

WMOI: Oczywiście!

Thunderstick: Dlaczego? Wytłumacz mi o co tu, do cholery, chodzi?

WMOI: Wiesz, to nie jest proste tak to wytłumaczyć. Miałem 12 lat jak usłyszałem Iron Maiden. Ta muzyka pomogła mi przetrwać niejedno gówno. Była dla mnie odskocznią od codziennego syfu i spraw które mnie dobijały. Jak miałem doła albo przygniatały mnie jakieś codzienne sprawy, to fakt że za chwilę będę mógł posłuchać muzyki Ironów trzymał mnie przy życiu. Więc to wszystko było czymś więcej niż tylko muzyką.

Thunderstick: I cały czas tak jest?

WMOI: Jasne. Maiden to większa część mojego życia. Wtedy miałem 12 lat, teraz mam... nooo, trochę więcej. Znacznie więcej (śmiech). Wciąż kolekcjonuję ich płyty, wciąż jeżdżę na koncerty...

Thunderstick: Dużo masz płyt?

WMOI: Aktualnie jakieś 170 CD.

Thunderstick: Żartujesz?! Jesteś w takim razie nieźle porąbany!

WMOI: Uznam to za komplement! (śmiech) Ale powiem Ci w tajemnicy, że te moje 170 CD to nic w porównaniu z kolekcjami innych fanatyków...

Thunderstick: Taaaaak, wiem. To niesamowite, mój Boże, ludzie są nieprawdopodobni. To naprawdę fascynujące do jakich rozmiarów urósł ten zespół!

WMOI: Prawda? Zwłaszcza że fani cały czas kochają również i byłych muzyków zespołu. Zorientowałeś się że chcąc czy nie chcąc należysz do „Maiden Family”?

Thunderstick: A wiesz że akurat to zawsze było dość oczywiste dla mnie? Ale realnych kształtów nabrało kiedy Andy Holloway zorganizował pierwszy Burr Fest w Londynie (koncert poświęcony pamięci byłego perkusisty Iron Maiden, Clive’a Burr’a - przyp. WMOI). Andy skupił w jednym miejscu niemalże wszystkich byłych muzyków zespołu w jednym miejscu - niektórzy zagrali na scenie, a inni po prostu kręcili się przy barze. A w social mediach zahuczało, bo to faktycznie było niesamowite wydarzenie! A że mamy tu też do czynienia z pewnym rodzajem fanatyzmu o którym wspomniałem, nagle wszyscy ci ludzie z różnych zakątków świata zaczęli interesować się tą najgłębszą przeszłością zespołu, zaczęli zaczepiać na ulicy Tony’ego Moore’a czy poszukiwać Denny’ego Wilcocka. Patrz! Paul Mario Day (pierwszy wokalista Iron Maiden w latach 1975-1976) gra w Cart’n’Horses po ponad 40 latach od ostatniego występu tutaj. Gość przyleciał do Londynu specjalnie z Australii żeby zaśpiewać kilka kawałków z prehistorii. To niesamowite, absolutnie genialne. To też oczywiście pozwala poznać aktualne projekty byłych muzyków Iron Maiden, przecież oni ciągle tworzą, ciągle nagrywają. Ktoś zaczął się interesować co porabia ten stary piernik Purkis! Wspaniałe i bardzo, bardzo miłe. Zwłaszcza, że kiedy dołączałem na te kilka tygodni do Iron Maiden w 1977 roku, miałem jedynie 23 lata i po prostu chciałem pograć w jakiejś fajnej kapeli. A po latach okazuje się że współtworzyłem absolutną legendę rocka a fani chcą się ze mną spotykać i wypytują mnie o tamte czasy. Świetna sprawa, naprawdę.

WMOI: Barry, dziękuje Ci za ten wywiad. Mam nadzieję że następnym razem widzimy się w Polsce!

Thunderstick: O tak, zdecydowanie musimy dotrzeć z Thunderstick do Polski. Brzmi jak plan!

poniedziałek, 30 września 2019

"Nie oglądam się wstecz"

Zbiór rozmów z Blaze'm Bayleyem.

Muzyczna droga Blaze'a Bayleya nigdy nie była usłana różami. Niekończące się pasmo wzlotów i upadków ukształtowało jednak niezłomny charakter wokalisty, który każde potknięcie potrafił przekuć w mniejszy lub większy sukces.


Jego ostatni koncert na lubelskiej ziemi*, który odbył się 26 września w klubie Graffiti był wspaniałym przykładem na to, że Blaze znów leci na skrzydłach chwały i jest silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Wspomagany przez rodzinną, koncertową machinę Appletone'ów, dał w czwartek kapitalny show, podsumowując zrobioną ze sporym rozmachem trylogię "Inifnite Entaglement" i uzupełniając ją nieśmiertelnymi evergreenami Iron Maiden. To było moje szóste spotkanie z Blazem. Jednak, ze względu na formę wokalisty, najmniej intensywne. Blaze oszczędzał głos na dwie noce w Brnie, podczas którego miał nagrywać koncertowe dvd. Ze względu na to, nie rozmawiał z nikim prawie w ogóle, a jeśli już się komunikował, to tylko i wyłącznie używając gestów i min. Postanowiłem jednak udostępnić Wam wybór moich dawnych rozmów z Blaze'm, przeprowadzonych w latach 2011-2018, podczas których sporo zdradził mi na temat swojej filozofii, podejścia do rynku muzycznego oraz opowiedział kilka historii z lat, kiedy stał na czele największego heavy metalowego zespołu świata.

Fot. Blaze Bayley podczas ostatniego koncertu w Graffiti
WMOI: Blaze, swoją przygodę z Polską publicznością rozpocząłeś w 1995 kiedy to trasa "The X Factour" zawitała na Torwar w Warszawie. Jak wspominasz tamtą wizytę?

Blaze Bayley: Och, to było wspaniałe doświadczenie. Wcześniej podróżowałem zwykle tylko po Wielkiej Brytanii, więc możliwość poznania ludzi z różnych Państw była świetnym przeżyciem. Pamiętam że Polscy fani zgotowali nam wtedy naprawdę gorące powitanie, mimo iż byłem nowy w zespole nie czułem jakiejś niechęci z ich strony a samo zainteresowanie koncertem było naprawdę ogromne: była telewizja, prasa, wywiady, konferencje prasowe! Świetnie się wtedy czułem.

WMOI: Z Iron Maiden wróciłeś do Polski w 1998 roku, podczas trasy "Virtual XI".

BB: Tak, graliśmy wtedy w takiej wielkiej sportowej hali, do której wróciłem potem już z własnym zespołem (chodzi o Katowicki "Spodek" - przyp. red.). To też był niesamowity koncert, zwłaszcza że czułem się wtedy w Iron Maiden już bardzo swobodnie i nawiązanie relacji z publicznością przychodziło mi znacznie łatwiej niż te 3 lata wcześniej.

WMOI: Skoro jesteśmy przy temacie Iron Maiden... Na YouTube można trafić na film z jednego z koncertów, podczas którego zdarzył się przykry incydent z fanami. Z nagrania wynika, że bardzo Cię coś wtedy rozwścieczyło, pamiętasz tę sytuację?

BB: Och, tak, to było podczas trasy w Południowej Ameryce, chyba w Chile w 1996 roku. Pewien koleś z publiczności, przez większość koncertu próbował mnie rozpraszać, coś wykrzykiwał, gestykulował. W końcu zaczął na mnie pluć. Nie wytrzymałem, dokończyłem utwór i powiedziałem co o nim myślę. Pamiętam że Steve (Harris, lider formacji - przyp. red.) też się wtedy nieźle wkurzył. Delikwenta wyprowadziła ochrona, ale zdecydowanie popsuł nam wtedy wieczór. Na szczęście takie incydenty nie zdarzały się zbyt często, więc większość koncertów przebiegała bez przykrych niespodzianek.
Fot. Autor z Blazem - 28 września 2011
WMOI: Czy z perspektywy czasu żałujesz, że Twoja przygoda z Iron Maiden trwała tak krótko?

BB: Nie podchodzę do tego w ten sposób. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że mogłem być częścią tak wspaniałego zespołu jak Iron Maiden. To naprawdę była wielka szansa, którą wykorzystałem najlepiej jak umiałem. Wciąż czuję się bardzo dumny z tego co zrobiłem wtedy z chłopakami i z tego że dane mi było to w ogóle zrobić. Napisaliśmy razem masę świetnych utworów, które są wciąż bardzo lubiane przez fanów, co jest po prostu wspaniałe. Ale wiesz, nie oglądam się wstecz, idę przed siebie. Jestem teraz 100% skupiony na obecnych działaniach, trasie, nagraniach. Nie rozpamiętuje tego co było, patrzę w przód, na to co jest i co będzie. A wygląda na to, że wiele jeszcze przede mną.


WMOI: Ostatnie wydawnictwo kompilacyjne Iron Maiden, "From Fear To Eternity" zawiera utworu z Twojego okresu, ale w wersjach live, z Bruce'm Dickinson'em na wokalu. Jak na to się zapatrujesz? Uważasz że to fair?

BB: To ich sprawa. Nie jestem już w zespole, więc nie mogę być z tego powodu zły. To jest ich decyzja. Kiedy wychodziła składanka "Best of the Beast" w 1996 roku, kilka kawałków oryginalnie nagranych przez Bruce'a zostało zastąpionych wersjami live ze mną za mikrofonem. Nie widzę więc nic zdrożnego w sytuacji odwrotnej. 

WMOI: W tym roku mija 25 lat od kiedy wstąpiłeś w szeregi Maiden. Odbyło się już kilka koncertów podczas których wykonywałeś wyłącznie kawałki z płyt "The X Factor" oraz "Virtual XI", pojawiła się również okolicznościowa koszulka z grafiką nawiązującą do tego pierwszego albumu...

BB: Tak, czułem się w obowiązku dać coś takiego fanom. Grafika została zaaprobowana również przez Roda (managera Iron Maiden - przyp. red.), który bardzo się ucieszył że coś takiego jest w przygotowaniu. Zbiegło się to też z wydaniem reedycji tych albumów, wiec fajnie że tak się stało.
WMOI: Nie jest tajemnicą, że od jakiegoś czasu trzymasz się z daleka od dużych wytwórni i agencji koncertowych. Z czego to wynika?

BB: W pewnym momencie zorientowałem się, że wytwórnie ograniczają moją swobodę. Nie mogłem wydać albumu albo pojechać w trasę, bo nie szło to w parze z planami wydawniczymi wytwórni. Strasznie mnie to ograniczało, bo jestem przecież artystą, swoją muzyką wyrażam siebie, dlaczego ma mnie ktokolwiek blokować, tylko dlatego że akurat moje plany nie pokrywają się z jego planami? Często bywało też tak, że musiałem dzielić się pieniędzmi z agencją, która wysyłała mnie w trasę, co również bywało dość niekorzystne, ani dla mnie ani dla moich muzyków. Dałem sobie z tym spokój. Mam teraz grono ludzi - przyjaciół, którym ufam i wiem, że mnie nie oszukają ani nie ograbią. Pomagają mi, a w dodatku są świetnymi muzykami i kolesiami, w ich gronie czuję się naprawdę wspaniale. Dzięki nim mam również pełną swobodę jeśli chodzi o nagrywanie i granie koncertów. Mogę robić na co mam ochotę i żadne absurdalne kontrakty nie krępują moich ruchów. Jestem wolny.

WMOI: W związku z tą zmianą, grasz teraz jednak również i w małych klubach. Nie jest to dla Ciebie frustrujące, zwłaszcza mając w perspektywie fakt, że występowałeś swego czasu przed 20 tysięczną publicznością?

BB: Tak jak już mówiłem, nie patrzę wstecz. Bardzo cenię sobie kontakt z fanami, a w takich małych miejscach, mogę być nich bardzo blisko. Moi fani są bardzo fanatyczni, dają mi wielką siłę żeby nadal grać i tworzyć. Bez nich nie byłoby mnie. Każda okazja do spotkania z nimi jest czymś wielkim dla mnie i nie dbam o to, czy pod sceną jest ich 50 czy 50 000. Po każdym koncercie wychodzę do nich, aby porozmawiać, podpisać płyty, zrobić sobie pamiątkową fotkę. Widzę jak wiele radości dają im te spotkania, ale tyle samo dają one również i mi. Więc odpowiadając na Twoje pytanie: nie, nie ma mowy o żadnej frustracji. Jestem szczęściarzem że mam tak wielu wiernych fanów na całym świecie.
Fot. Blaze w Klubie Graffiti - 28 września 2011

WMOI: Promujesz aktualnie ostatnią część trylogii "Infinite Entaglement". Co dalej?

BB: Podsumowaniem trylogii będzie płyta koncertowa. Nie mam jeszcze sprecyzowanej wizji co dalej - mówię tu o temacie i wyglądzie kolejnego albumu. Wiem na pewno że chciałbym trochę przewietrzyć setlistę, bo jest wciąż sporo kawałków których nie grałem podczas ostatnich tras, a są bardzo ważną częścią trylogii. To samo tyczy się kawałków Maiden - jest tak wiele dobrych utworów których nie gramy kosztem odwiecznego "The Clansman" czy "Man On The Edge"... Chciałbym powrócić do "Como Estais Amigos", do "Judgement Of Heaven", może do "Lightning Strikes Twice". Opcji jest dużo, trzeba się będzie nad nimi zastanowić.

WMOI: Pogadajmy na koniec o kilku unikatowych nagraniach z Twojej kariery. Jako bonus do dvd "A Night That Would Not Die" dodany był utwór pt. "Endless Sleep". Dlaczego ten numer znalazł się tylko jako bonus do dvd?

BB: To mój ukłon w stronę fanów, którzy zdecydowali się kupić to wydawnictwo. To bardzo osobisty numer, czułem więc że ten kawałek powinien mieć również swoje wyjątkowe miejsce na wydawnictwie, być na swój sposób unikatowy. Z tego co wiem, fani docenili ten fakt.

WMOI: Z Ironami nagrałeś 3 kawałki których byłeś współkompozytorem, ale znalazły się one jedynie na stronach B singli. Pamiętasz, dlaczego tak się stało?

BB: Steve miał inną wizję albumu - wszystkie kawałki zostały napisane podczas sesji do "The X Factor" ale nie pasowały do koncepcji całości. Ale płyta i bez nich jest świetna, nie wydaje mi się żeby ich obecność cokolwiek zmieniła **.

__
* Dotychczas odbyło się 6 koncertów Blaze'a Bayleya w Lublinie:
28.09.2011 - Klub Graffiti - Promise And Terror World Tour
04.04.2012 - Klub Graffiti - King Of Metal Tour
06.04.2013 - Klub Graffiti - Acoustic Tour
01.04.2014 - Klub Graffiti - Soundtracks Of My Life Tour
06.05.2018 - Klub Graffiti - Tour Of Eagle Spirit Part I
26.09.2019 - Klub Graffiti - Tour Of Eagle Spirit Part II
W kolekcjonerskim obiegu istnieją dwa bootlegi z koncertów z 2011 i 2018 roku zatytułowane "Heavy Metal Polish Motherfuckers From Hell" oraz "Heavy Metal Polish Motherfuckers From Hell... Revisited".

** Mowa o utworach "Justice of the Peace", "Judgement Day" oraz "I Live My Way", które znalazły się na różnych wersjach singla "Man On The Edge" oraz zebrane zostały na singlu CD "Justice of the Peace" który był dodawany jako dodatek do włoskiego magazynu "Thunder". Wartość tego wydawnictwa podnosi fakt, że jest to jedyne oficjalne wydanie CD na którym gości "I Live My Way" - utwór dotychczas ukazał się jedynie na winylowej wersji "Man On The Edge". Zbiór niepłytowych nagrań studyjnych Blaze'a z Maiden uzupełniają jeszcze covery "My Generation" The Who oraz "Doctor, Doctor" UFO, które znalazły się na singlu "Lord of the Flies" i powtórzyły się rok później na singlu "Virus".

piątek, 2 sierpnia 2019

Od fanów dla fanów: CSC Series

Fani to ogromna siła Iron Maiden. To że jeżdżą za zespołem w najdalsze miejsca na mapie to jedno. To że kupują płyty, koszulki i gadżety to drugie. Ale działalność fanów Maiden wykracza daleko poza te dwa, wydawałoby się podstawowe "obowiązki".

Grecki FC ostatnimi czasy wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów a zwłaszcza tych, którzy lubują się w kolekcjonowaniu "rzadkich" tytułów z dyskografii Iron Maiden. Dzięki ich ciężkiej pracy wyszła ekskluzywna seria CSC, która w swoim pierwszym i drugim rzucie, zawiera 24 płyty CD będące replikami najważniejszych, rzadkich singli i promówek "Żelaznej Dziewicy" z lat 1979 - 1985. Wszystkie repliki są bardzo starannie odwzorowane i zawierają detale pokroju oryginalnych nacięć na kopertach, japońskich pasków OBI, wkładek, cenników czy nawet... kartek świątecznych. Postanowiłem zadać sobie trochę trudu i przybliżyć Wam tą wspaniałą serię, rozmawiając z jej głównym pomysłodawcą, Ionem.

WMOI: Cześć Ion! Super że zgodziłeś się na ten wywiad. Powiedz mi na początek, co było główną ideą aby wystartować z projektem CSC?

Fot. Replika japońskiego wydania "Aces High" z
odwzorowanymi detalami pokroju paska OBI oraz
japońskojęzycznej wkładki informacyjnej.
Ion: Och, ten pomysł zrodził się w naszych głowach już dawno temu! Kiedy wychodził słynny box "The First Ten Years", razem z moim przyjacielem czuliśmy się bardzo zawiedzeni podejściem wydawnictwa do sprawy. Wydawało nam się, że to jakaś kpina ze spuścizny zespołu. Oczywiście, mówię tutaj o samym wyborze wydawnictw, bo każdy wie że był on dość mocno okrojony i pomijał kilka istotnych singli*. Wtedy też pomyśleliśmy, że można by to zrobić zdecydowanie lepiej. Jednak pomysł musiał się uleżeć a musisz wiedzieć że chcieliśmy to zrobić bardzo dokładnie, a zebranie wszystkich materiałów zajęło dość dużo czasu. Mieliśmy co prawda nadzieję że w kolejnych latach zespół jednak wznowi te single tak jak trzeba, ale niestety, znudziło nas to czekanie i wzięliśmy sprawy w swoje ręce :)

WMOI: Jaki był klucz doboru singli? Przypuszczam że nie było to łatwe, bo jednak istnieje wiele różnych wydań danego tytułu.

Ion: Cóż, wiedzieliśmy że ta seria musi być czymś specjalnym, na swój sposób ekskluzywnym. Chcieliśmy wydać po raz pierwszy na CD single które wcześniej ukazały się tylko na płycie winylowej, tak samo jak niektóre promówki które wcześniej bywały tylko częścią jakichś kompilacji. Pomyśleliśmy że CSC, czyli Complete Singles Collection będzie idealną nazwą dla tej serii i odzwierciedli niemal w 100% naszą ideę.

WMOI: Mimo to, wydaje się że niektóre wydania zostały przez Was pominięte. Wspomnę tylko o oryginalnie wydanym przez Capitol singlu "Cross Eyed Mary" z 1983 roku, promówce "Caught Somewhere In Time" wydanej na 7'' singlu w RPA czy koreańskich singlach z niebieskimi okładkami. Zdecydowaliście że nie są to wydania na tyle godne uwagi?

Ion: Wiesz, generalnie to mamy dostęp do wszystkich wydań i detali jakie tylko możemy potrzebować, bo wspólnymi siłami mamy jedną z najlepszych kolekcji na świecie (śmiech). Ale nie tędy droga. Trzeba na początku zrozumieć to, że gdybyśmy wydawali repliki wszystkiego jak leci, byłoby to nieźle zwariowane i dziwne zarazem. Druga rzecz to to, że wspomniane przez Ciebie wydawnictwa nie są specjalnie znaczące jeśli spojrzeć na nie przez pryzmat historii grupy. To  że były wydane w małych nakładach i aktualnie osiągają zawrotne ceny na ebayu to już inna sprawa! (śmiech). Prócz tego aspektu, chcieliśmy też aby muzyczna zawartość tych singli miała sens, nie chcieliśmy zbyt mocno powtarzać repertuaru - na dłuższą metę nie miałoby to większego sensu. Jeszcze jedna sprawa to taka, że wszystkie te wydawnictwa o których wspomniałeś, nie są zbyt atrakcyjne jeśli chodzi o sposób ich wydania. Niebieskie okładki z Korei, czy zielona, cienka koperta peruwiańskiego "The Trooper" to rzeczy zrobione oryginalnie na tanich materiałach. Gdybyśmy chcieli je odtworzyć, myślę że mogłoby to napsuć trochę krwi tym którzy spodziewają się czegoś ciekawego po tej serii, a dostaliby słabej jakości okładki. Dlatego też postawiliśmy na publikacje, które będą w swojej formie bardziej interesujące i efektowne - przykładowo zrezygnowaliśmy z ubogiego wydania "Cross Eyed Mary", która to piosenka i tak powtarza się na replice "The Trooper", ale dzięki temu zrobiliśmy miejsce na promówkę "Flash Of The Blade".
Fot. Replika wenezuelskiego wydania płyty "Maiden Japan".

WMOI: Seria CSC ukazała się w mocno limitowanym nakładzie 100 sztuk. Wiele z tytułów z pierwszej serii, obejmującej lata 1979-1981 jest już wyprzedana. Czy chodził Wam po głowie temat wznowienia tej serii?

Ion: Może na początek nadmienię, że nasz projekt nie był pomyślany jako komercyjna rzecz i nie mieliśmy w planach tego sprzedawać. Tak naprawdę chcieliśmy zrobić tylko po 30 sztuk i rozprowadzić to we własnym gronie. Pomijam już to, że ten projekt nie jest oficjalny i generalnie to nie mamy zgody żeby te płyty sprzedawać. Szybko jednak okazało się, że jeśli chcemy zrobić to tak porządnie jak to sobie założyliśmy, koszta będą znacznie wyższe niż to było planowane. Nie wchodziło w grę cyfrowe drukowanie okładek, albowiem całkowicie nie oddawało to realnej kolorystki oryginalnych wydawnictw. Dlatego też zdecydowaliśmy się podnieść nakład, tak aby móc skorzystać z lepszych i bardziej dokładnych urządzeń drukarskich oraz możliwie jak najdokładniej odtworzyć oryginalny materiał. Skanowanie, prace graficzne, przygotowanie do druku było bardzo czasochłonne i swoje kosztowało, ale nie uznawaliśmy w tej kwestii żadnych półśrodków. Dlatego też zdecydowaliśmy, że musimy mieć kilka osób które będą sprzedawać płyty wśród innych fanów, tak aby koszty produkcji mogły się w jakiś sposób zwrócić. Tak więc po 30 kopii zostało rozprowadzonych za darmo wśród osób które były zaangażowane w projekt i pomagały na różnych jego etapach, pozostałe 70 kopii zostało wprowadzone do zewnętrznego obrotu. Odpowiadając natomiast na Twoje pytanie: nie planujemy w najbliższym czasie wznawiać tych tytułów, właśnie ze względu na wyżej wymienione powody. Gdyby był to projekt czysto komercyjny, zapewne byśmy to uczynili bo zainteresowanie jest ogólnie spore. Na szczęście jak ktoś bardzo mocno szuka, jest w stanie ustrzelić kilka tytułów, które wciąż są dostępne.

WMOI: Seria CSC jest bardzo szczegółowo odwzorowana. Ciężko było stawić czoła tym detalom?

Ion: O tak. Przyznam nawet, że niektóre rzeczy musieliśmy uprościć ze względu na techniczne ograniczenia. Zwracamy szczególną uwagę na jakość druku, ale czasem na przeszkodzie stoi jakość oryginalnych materiałów. Graficy pracują ciężko, ale nawet po 3 latach od ukazania się pierwszej serii, wciąż borykamy się z problemami których nie możemy przeskoczyć. Podeszliśmy do sprawy na tyle fanatycznie, że chcemy za każdym razem odwzorować daną realizację 1:1, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorystykę poszczególnych elementów. Przez takie podejście, kilkukrotnie się zdarzało że musieliśmy zniszczyć dane wydruki i zrobić je jeszcze raz, bo znacznie różniły się od oryginałów. Tak zdarzyło się na przykład przy wydaniu "Aces High" czy "Run To The Hills", ale też sporo trudności mieliśmy przy "Live +One". Zdajemy sobie sprawę że wciąż pewnie jest kilka niedociągnięć, ale nie są one na szczęście aż tak widoczne.

WMOI: Pierwsza seria CSC posiadała dodatkowo tekturowy box, ale w przypadku drugiej serii zrezygnowaliście z niego. Możesz powiedzieć co było powodem że zarzuciliście temat boxu?

Fot. Box do pierwszej serii płyt CSC.
Ion: O nie, nie, nie zarzuciliśmy tematu boxu! Z boxem jest jednak temat dość problematyczny, dużo kosztowało nas zrealizowanie go dla pierwszej serii, było po drodze mnóstwo problemów z jego realizacją. Kupiliśmy swego czasu specjalne nożyki do wycięcia boxu, ale zostały one skradzione! Musieliśmy przenieść produkcje do innej drukarni, co znacznie wywindowało w górę koszty realizacji. Niemniej jednak, jestem przekonany że wrócimy do tematu realizacji tych boxów, zwłaszcza że ciągle dostajemy zapytania: "kiedy będzie box?" (śmiech). Wiesz, czasami musimy zrobić przerwy między jedną a drugą serią, ale faktem jest, że w końcu będziemy musieli się na poważnie zabrać za temat tego cholernego boxa! (śmiech) Póki co jednak jesteśmy w trakcie realizacji trzeciej serii płyt, więc box musi jeszcze chwilę poczekać.

WMOI: Ano właśnie! Niebawem wychodzi trzecia seria płyt. Zdradzisz mi trochę więcej detali na jej temat? Jaką erę z historii Iron Maiden będzie ona obejmować? Jakie tytuły będzie zawierała?

Ion: Ooo nie, nie ma sensu wykładać wszystkich kart na stół! Niespodzianki są fajne! (śmiech) Jeśli natomiast chodzi o erę którą obejmować będzie ta seria, to dojedziemy zapewne do 1990 roku i okresu płyty "No Prayer For The Dying".

WMOI: A jak Polscy fani mogą zaopatrzeć się w płyty z serii CSC?

Ion: Tak jak wspomniałem na początku, nasz projekt jest projektem fanowskim i dedykowanym wyłącznie dla fanów i jedynie kilka osób wspomaga nas w dystrybucji. Tak czy inaczej, każdy kto jest zainteresowany, może skontaktować się ze mną osobiście i wtedy przekieruję go do odpowiedniej osoby która pomoże mu zdobyć konkretny tytuł. Warto jednak zaznaczyć, że aktualnie raczej nie ma szans żeby udało się skolekcjonować całą serię, wiele z tytułów jest kompletnie wyprzedana. Wciąż pytają mnie o nie kolekcjonerzy z różnych stron świata, to niesamowite jak pozytywną reakcję wywołały płyty z naszej serii! Co ciekawe, jeden z nas pokazał tę serię Charliemu Benante, bębniarzowi Anthraxu, a ten był pod wielkim wrażeniem naszej pracy. Obiecał nam nawet fotkę z kilkoma egzemplarzami i podesłać autograf, ale niestety tego nie zrobił - to nie fair!
Fot. Replika płyty z wywiadami "On Their Own Words",
oryginalnie wydanej jako dodatek do japońskiej, winylowej
wersji albumu "Somewhere In Time".

WMOI: Dużo singli które ukazały się na przełomie wieków były wydawane jako picture diski, mam na myśli takie tytuły jak "The Wicker Man", "The Angel And The Gambler" czy "Different World". Zastanawiam się, jak podejdziecie do kwestii tych wydawnictw, jeśli zdecydujecie się objąć swoją serią również i ten okres działalności Iron Maiden?

Ion: No tak, to ciekawa kwestia. Generalnie naszym podstawowym założeniem jest zrobić wydawnictwa które będą jakościowo i technicznie bliskie oryginałom, więc musimy mieć na uwadze możliwości i być po prostu realistami. Naszym głównym założeniem było w sumie zrealizować wydawnictwa do 1992, ale tak jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się że dalibyśmy radę stawić też czoła nieco nowszym realizacjom.

WMOI: Dzięki Ion za ten wywiad. Mam nadzieję że dzięki niemu, kilka płyt z Waszej serii zagości u Polskich fanów. Trzymam kciuki za dalsze wydawnictwa!

Ion: Dzięki! Ogólnie to chciałem podziękować w tym miejscu wszystkim którzy nas wspierają, którzy interesują się naszą serią i którzy kupują te płyty! Wiem że to nie jest zbyt tani temat, głównie ze względu że to nie jest masowa produkcja, ale staramy się aby każda płyta była atrakcyjna i unikalna, w hołdzie dla tak wielkiego bandu jakim jest Iron Maiden!

* * *

Dotychczas w ramach CSC Series ukazały się następujące tytuły:

CSC1: The Soundhouse Tapes
CSC2: Running Free (wersja UK)
CSC3: Sanctuary (wersja UK)
CSC4: Prowler (wersja japońska z dodatkowym insertem)
CSC5: Women In Uniform (wersja UK)
CSC6: Women In Uniform (wersja niemiecka)
CSC7: Live!! +One (wersja japońska z OBI i dodatkowym insertem)
CSC8: Twilight Zone / Wrathchild (wersja francuska)
CSC9: Purgatory (wersja UK)
CSC10: Wrathchild (wersja japońska z dodatkowym insertem)
CSC11: Maiden Japan (wersja amerykańska)
CSC12: Maiden Japan (wersja wenezuelska)
CSC13: Run To The Hills = A Corre A Las Colinas (wersja hiszpańska)
CSC14: The Number Of The Beast (wersja UK)
CSC15: Flight Of Icarus (wersja niemiecka)
CSC16: The Trooper (wersja portugalska)
CSC17: Where Eagles Dare (promówka hiszpańska)
CSC18: Flash Of The Blade (promówka USA z papierową naklejką)
CSC19: 2 Minutes To Midnight (wersja japońska)
CSC20: 2 Minuters To Midnight (wersja nowozelandzka)
CSC21: Aces High (wersja japońska z OBI)
CSC22: Running Free (Live, wersja japońska z OBI)
CSC23: Run To The Hills (Live, wersja europejska z kartką świąteczną)
CSC24: Run To The Hills (Live, wersja argentyńska)
CSC25: On Their Own Words (japońska płyta-dodatek z wywiadami)
CSC26: Wasted Years (wersja kanadyjska)
CSC27: Stranger In A Strange Land (wersja UK z plakatem)
CSC28: Stranger In A Strange Land (wersja japońska)

W tym miejscu wielkie podziękowania dla Vlada za pomoc w zorganizowaniu tego wywiadu!

__
* Faktycznie, we wspomnianym boxie "The First Ten Years", nie wiedzieć czemu, pominięto dwa istotne tytuły z oryginalnej dyskografii zespołu (promówki to oddzielny temat). Nie uwzględniono tu debiutanckiej EP "The Soundhouse Tapes" oraz koncertowego "Live!! +One". O ile nieobecność tego drugiego można tłumaczyć jego wydaniem jedynie na rynkach Greckim i Japońskim, tak pominięcie "The Soundhouse Tapes" wydaje się być dość dziwnym zabiegiem. Niemniej "The First Ten Years" wciąż cieszy się sporym zainteresowaniem kolekcjonerów i można go upolować w dość sensownej cenie na eBay.





40 LAT BESTII - cz. 1

40 lat temu światło dzienne ujrzało ponadczasowe dzieło zatytułowane "The Number of the Beast". Okrągła rocznica skłania do reflek...