środa, 12 sierpnia 2020

Spoilery, Bahamy i Taśmy z krypty

Steve "Loopy" Newhouse to gość, który był świadkiem narodzin legendy, ba, zaryzykuje stwierdzenie, że nawet pomógł jej się narodzić. Kiedy zaczynał swoją pracę w Iron Maiden, był jednym z dwóch członków ekipy technicznej zespołu - drugim był kierowca, Vic Vella. Do Maiden zrekrutował go w 1979 roku ówczesny wokalista formacji, Paul Di'Anno. Loopy wyleciał z pracy w 1984 roku, podczas "World Slavery Tour", po małej scysji z perkusistą, Nicko McBrainem. Nie tak dawno temu ukazała się książka "Loopyworld: The Iron Maiden Years", która jest zbiorem wspomnień Steve'a z lat jego bytności w Maiden. Jako że to naprawdę interesująca pozycja, uznałem to za świetny pretekst do porozmawiania z Loopym. Niestety, nawet najlepszy łamacz szyfrów nie wyciągnąłby zbyt wiele z tego wesołego kombatanta - Newhouse kluczył i wymigiwał się od wielu odpowiedzi, tłumacząc się obawą zaspoilerowania historii z książki. Być może też dlatego, dość długo zbierałem się do publikacji tego wywiadu, który mógłby być w moim mniemaniu znacznie ciekawszy niż koniec końców jest. Tak czy inaczej, zapraszam Was do przeczytania tego, co miał mi do powiedzenia Loopy, wierząc że ten krótki wywiad pozwoli Wam sięgnąć po jego książkę.

WMOI: Cześć Steve! Dzięki że zgodziłeś się na tę rozmowę. Zacznijmy może od początku: jak to się stało, że zdecydowałeś się napisać książkę o swojej przygodzie w Iron Maiden?

Steve "Loopy" Newhouse: Cześć! Dzięki za zainteresowanie moją twórczością! Oryginalna idea wyszła od jednego gościa z Belgii, który natknął się na moją kolumnę na stronie MetalTalk. Opisywałem tam właśnie różne historie ze swoich czasów w Iron Maiden. Powiedział, że to by był świetny materiał na książkę. Chciał to nawet sfinansować, ale nie mogliśmy dojść do porozumienia co do formatu wydania. Na szczęście, temat zaczął żyć i nabierać realnych kształtów, więc w końcu znalazł się człowiek z USA który zdecydował się wyłożyć kasę na wydanie książki. Tak więc ja napisałem historię, a ten gość po roku ciężkiej pracy stworzył finalny produkt, za co jestem mu bardzo wdzięczny! Muszę jednak wspomnieć, że najbardziej wspierała mnie moja żona, której bardzo za wszystko dziękuje.

WMOI: Zaczynałeś swoją przygodę kiedy w otoczeniu Iron Maiden było raptem tylko kilka osób. Jednak w bardzo krótki czasie zespół urósł do rockowej instytucji. Z Twojej książki możemy się dowiedzieć, że proces ten zmienił również wiele jeśli chodzi o relacje pomiędzy poszczególnymi personami, co również przyczyniło się bezpośrednio do Twojego odejścia. Czy nie czujesz że wraz z ewolucją zespołu, coś się jednak pomiędzy ludźmi popsuło?

Loopy: Tak, to fakt że zespół stał się wielki w bardzo szybkim tempie. Jednak nie powiedziałbym żeby to było bezpośrednią przyczyną naszego rozstania. Cała historia jest dość złożona i dokładnie opisałem ją w książce, więc nie chcę tutaj spoilerować poszczególnych wątków. Wiesz, członkowie zespołu jak i ekipy technicznej pojawiali się i znikali we wczesnych latach bardzo często, był to taki okres formowania się. To zdarza się wszędzie i nie sądzę, że przez takie mechanizmy coś się psuje. Weźmy na przykład taki Def Leppard. Tam we wczesnym okresie również było masę zmian, ale nie doprowadziły one do niczego złego. Z perspektywy czasu, zwłaszcza mając na uwadze co osiągnęli, takie zmiany wydają się być się po prostu konieczne aby wszystko mogło działać jak należy. Tak samo było w Maiden.

WMOI: Pracowałeś jako technik perkusyjny z dwoma bębniarzami: Dougiem Sampsonem i Clive'm Burrem. Czy pokusiłbyś się o porównanie pracy z nimi?

Loopy: Och, to prosta rzecz. Doug to bardzo ugodowy charakter, on po prostu był szczęśliwy że jest ktoś kto rozstawi i przygotuje sprzęt za niego. Clive natomiast był całkowitym przeciwieństwem Douga. On z kolei byłby najszczęśliwszy, gdyby mógł sam sobie rozstawić bębny. Mojej relacji z Clive'm poświęciłem zresztą dość dużo w książce, więc ten kto przeczyta ją w całości, dokładnie zrozumie przez co musiałem przejść będąc technicznym Clive'a*.

WMOI: Pytałem o to już Douga Sampsona, ale ciekaw jestem jakie jest Twoje spojrzenie na ten temat. W dzisiejszych czasach aktualny perkusista Iron Maiden, Nicko McBrain używa olbrzymiego i bardzo rozbudowanego zestawu perkusyjnego. Zastanawiam się, czy leży to u podstaw decyzji managementu, czy jest to wybór tylko i wyłącznie perkusisty?

Loopy: Cóż, Clive sam sobie wybrał perkusję na której chciał grać, z tego co wiem, tak samo jak Nicko. Nie wydaje mi się żeby sztab menedżerski miał tu cokolwiek do powiedzenia, zresztą chyba długo by się na swoich stanowiskach nie ostali, gdyby mówili muzykom na jakim sprzęcie mają grać.

WMOI: Od jakiegoś czasu już wiadomo, że mimo iż na kopercie pierwszego nagrania Iron Maiden, "The Soundhouse Tapes" widnieją nazwiska jedynie czterech muzyków, podczas sesji nagraniowej był obecny też drugi gitarzysta, Paul Cairns. Gdzieś w internecie trafiłem też na informację, że to jego solo słychać właśnie w utworze "Strange World". 

Loopy: Tak, byłem przy tym i mogę to potwierdzić. Z resztą bardzo łatwo to sprawdzić, słuchając tych nagrań na słuchawkach. Z łatwością da się wyodrębnić dwie kompletnie różne ścieżki gitarowe, z których zdecydowanie lepiej brzmi ta należąca do Dave'a Murraya. Ta druga, brzmiąca gorzej, to właśnie Paul Cairns. Nie mam nic do Paula, ale on nigdy nie miał zbyt dobrego brzmienia jeśli chodzi o heavy metal i to na tym nagraniu ewidentnie słychać. 

WMOI: Nie tak dawno temu, były perkusista Iron Maiden, Thunderstick przyznał się, że posiada nagranie próby zespołu z 1977 roku. Oczywiście wielu fanów z marszu uznało ten materiał za coś w rodzaju "Świętego Graala". Zastanawiam się czy znasz jeszcze jakieś osoby z kręgu wczesnych lat zespołu, które mogą posiadać tego typu nagrania?

Loopy: Tak, Barry wykopał tę taśmę z krypty. Miał nawet pomysł żeby to skopiować i się tym podzielić, ale dostał ostrzeżenie żeby tego nie robił - wszystko ze względów prawnych. Z tego co kojarzę, jest to jedyne nagranie z tamtych czasów o jakim wiem. 

WMOI: Czyli Ty również nie posiadasz żadnych starych nagrań?

Loopy: Wiesz co, pamiętam że miałem nagranych kilka różnych koncertów z Ruskin Arms, ale przez te wszystkie lata i liczne przeprowadzki, gdzieś się one zapodziały. Nie wiem czy po prostu je zgubiłem czy może zostały skradzione - nie mam pojęcia. Co dziwne, nagrania te nie skończyły jako bootlegi, więc może jednak powinienem ich poszukać?

WMOI: Steve, zostałeś wylany z Maiden w 1984 roku**. Mimo to, wygląda na to że cały czas jesteś członkiem rodziny Iron Maiden. Jak wyglądają Twoje relacje z zespołem w dniu dzisiejszym?

Loopy: Niedawno wróciłem z Brooklynu, gdzie widziałem ich dwa koncerty i miałem także okazję pogadać ze Steve'em, Nicko i Adrianem. Wciąż jesteśmy więc jedną, wielką, szczęśliwą rodziną!

WMOI: Z tego co kojarze, utrzymujesz również kontakt z kilkoma byłymi członkami zespołu?

Loopy: Tak. Paul Day, Paul Di'Anno, Terry Wapram, Doug Sampson, Bob Sawyer, Tony Moore, Dave Sullivan i Terry Rance. Możliwe że kogoś pominąłem, jeśli tak to z góry ich przepraszam!

WMOI: Jesteś również mocno zaangażowany w sprawy pubu Cart & Horses, miejsca zwanego miejscem narodzin Iron Maiden. Jaka jest Twoja historia związana z tym pubem? Wydaje mi się że kiedy dołączyłeś do ekipy Maiden, nie mieli oni już okazji zagrać w tym miejscu.

Loopy: Tak, masz rację. Maiden nigdy nie już nie zagrało w tym pubie od kiedy dołączyłem do ekipy. Teraz w tym miejscu można zobaczyć masę świetnych zespołów które grają tam koncerty - że wspomnę tylko o Airforce z Dougiem Sampsonem na bębnach czy o Buffalo Fish w którym gitarzystą jest Terry Wapram. Gra tam również sporo cover bandów a nawet wiele kapel z całej Europy! Niestety, aktualnie pub jest przebudowywany i pozostaje zamknięty. Niemniej kiedy był otwarty, był świetnym miejscem spotkań fanów i byłych członków zespołu. Cart & Horses niebawem zostanie otwarty ponownie, ale póki co spotykamy się w innych pubach - dbamy o to żeby kontakt się nie urwał, choć muszę przyznać że nie jest to łatwe... Mamy również utworzonych kilka grup na Facebooku które pozwalają nam pozostać w kontakcie. Sprawdźcie dwie główne: Cart & Horses Family oraz Cart & Horses Real Troopers. Możecie zajrzeć też na grupę Cart Day, która została założona specjalnie pod koncert Paula Daya który odbył się w Styczniu 2019. 

WMOI: Ok, Loopy. To teraz pytanie które po prostu muszę Ci zadać! Przyznaj się, poznałeś kiedyś osobiście Charlotte?

Loopy: (śmiech) Nie - to najprostsza z odpowiedzi. Te wszystkie historie z nią musiały mieć miejsce zanim stałem się częścią Iron Maiden.

WMOI: Zwiedziłeś z zespołem wiele ciekawych i dalekich miejsc. Które z nich wspominasz najlepiej?

Loopy: Nassau na Bahamach. Byłem tam w 1984 roku podczas nagrywania "Powerslave". Ekipa była tam już rok wcześniej i kiedy lecieliśmy tam żeby zrobić album, zapewniali mnie że pokocham to miejsce. Nie oszukiwali. To był raj. Przepiękna wyspa i szczerze mówiąc, mam nadzieję że uda mi się tam wrócić któregoś dnia. Chętnie odwiedziłbym tam Steve'a Harrisa!

WMOI: Dzięki za tę rozmowę. Ostatnie słowa pozostawiam Tobie.

Loopy: Marcin, dzięki za wywiad. Do moich Polskich przyjaciół: wybaczcie że niektóre z moich odpowiedzi były dość zachowawcze, ale bardziej niż spoilerowanie dobrej książki cieszy mnie kiedy ktoś ją czyta w całości. Więc zapraszam Was na moją stronę www.loopyworld.co.uk - tam znajdziecie książkę, jeśli chcecie dedykację, autograf czy jakieś dodatkowe gadżety, dajcie znać, da się to zorganizować! A jeśli chcecie zrobić to bezpośrednio, po prostu napiszcie maila na loopyworld1@gmail.com . Do zobaczenia następnym razem Polsko!

__
* Temat Clive'a to jeden z głównych wątków książki Loopy'ego i zarazem jedna z bardziej kontrowersyjnych treści. Obu jegomościów łączyła dość specyficzna relacja - jeśli mogliby ustawić wtedy status swojego związku na facebook, to sto procent wpisali by "to skomplikowane". Newhouse utrzymuje, że Clive Burr był ciężkim człowiekiem we współpracy, albowiem wszystko zawsze robił po swojemu. Nieco inne spojrzenie na ten temat rzuciła mi swego czasu żona Clive'a, Mimi, która komentując treści z książki Loopy'ego, roześmiała się i stwierdziła, że nie wie kto miał bardziej specyficzną osobowość - jej mąż, czy jego techniczny. Wygląda więc na to że, ot, trafił swój na swego.

** Loopy wyleciał z Maiden w sumie za błahostkę. Jak opisuje to w swej książce, Nicko McBrain poprosił Loopy'ego o drobną przysługę, ale ten, jako że miał dość kiepski dzień, zamiast spełnić prośbę perkusisty, odparł mu w kilku niezbyt wyszukanych słowach, żeby sam sobie to ogarnął. I nawet jeśli Nicko zachował wtedy zimną krew i pogodę ducha, przysłuchujący się tej krótkiej rozmowie menedżer produkcji nie był już tak pobłażliwy dla Newhouse'a, który jawnie pozwolił sobie na zbyt wiele. Sprawa szybko trafiła do kierownictwa i krnąbrny techniczny wyleciał z Killer Crew, tym razem definitywnie (w przeszłości Loopy również sprawiał kłopoty, które oddalały go od zespołu, ale zawsze wracał, tym razem jednak miarka się przebrała). W tym miejscu trzeba pamiętać, że Steve jako pierwszy techniczny który kiedykolwiek pojawił się w Iron Maiden, miał ukształtowaną nieco inną relację z członkami zespołu i to ewidentnie go zgubiło. W 1984 roku Maiden znajdowało się na szczytach sławy i wewnętrzny savoir-vivre nakazywał ekipie technicznej odnosić się do muzyków z należytym szacunkiem, zresztą, załatwianie spraw muzyków było częścią ich obowiązków służbowych. 

poniedziałek, 2 marca 2020

Człowiek Bez Twarzy

Barry Purkis, bardziej znany jako demoniczny Thunderstick, obłąkany perkusista w masce, stojący niegdyś na czele legendy NWOBHM, Samson, przypomniał jakiś czas temu o swoim istnieniu za sprawą upublicznienia faktu posiadania zapisu pełnej próby Iron Maiden z 1977 roku. Zapis ów już na starcie pretendował do miana Świętego Graala dla fanów „Żelaznej Dziewicy”, bo na nagraniu jedynym członkiem zespołu który potem zabrzmiał kiedykolwiek na oficjalnych nagraniach grupy jest… Steve Harris. Wiadomość ta obiegła niemal cały fanowski świat a fragmenty tych nagrań, jak się okazało wrzucone przez samego Purkisa, pojawiły się na serwisie YouTube. Perkusista idąc za ciosem reaktywował też swój projekt z lat 80-tych, nazwany imieniem swojego alter ego i wydał w 2016 roku płytę „Something Wicked This Way Comes”. Szczerze mówiąc, kiedy jechałem na spotkanie z legendarnym bębniarzem, nie wiedziałem czy bardziej ekscytuje mnie sam fakt poznania go osobiście, czy też możliwość posłuchania jego niesamowitych historii z dawnych lat. Barry okazał się bardzo sympatycznym gościem, choć nie łatwo było wyciągnąć go choćby na godzinę ze studia, gdzie pochłonięty był pisaniem nowych piosenek. Siedliśmy w klimatycznej kawiarence przy jednym z portów w Folkestone i uwierzcie mi, rozmawiało nam się tak dobrze, że gdyby nie mój pociąg powrotny do Londynu i ograniczony czas Barry’ego, rozmowa trwała by jeszcze kolejną godzinę. I kolejną…

WMOI: Dzięki że zgodziłeś się na ten wywiad Barry. Jak idzie pisanie nowego albumu?

Thunderstick: Och, cała przyjemność po mojej stronie. Właśnie wyciągnąłeś mnie z sali prób, w której nieustannie pracuje nad nową płytą Thundersticka! Wiesz, kiedy wypuściłem ostatni album, „Something Wicked This Way Comes”, tak naprawdę projekt Thunderstick nie był zespołem sensu stricte - to byłem ja i muzycy z którymi współpracowałem. Ale album zgarnął masę pozytywnych recenzji, co dało mi do myślenia. Dawno temu Thunderstick istniał jako prawdziwy zespół, wydaliśmy nawet album „Beauty and the Beasts” w 1984 roku. Z tamtego okresu zachowało się też sporo materiału, którego jednak z różnych przyczyn nigdy nie mieliśmy okazji zarejestrować. I tak mniej więcej doszło do tego, że po wielu latach opracowałem te kawałki od nowa i zdecydowałem się je w końcu nagrać. Nie powiem że te recenzje mnie zaskoczyły, ale było mi bardzo miło że płyta przyjęła się i tak wiele ludzi z różnych krajów na świecie o niej mówiło. Tamtą płytę nagrywało wielu różnych muzyków z którymi pracowałem w różnych okresach mojej kariery. Jednak szybko stało się jasne, że skoro recenzje są dobre, trzeba będzie zagrać jakieś koncerty. Więc powołałem do życia zespół który mógł grać ze mną na żywo i który wejdzie do studia i nagra ze mną nowy album. Aktualnie mamy 2 numery gotowe, masa następnych jest opracowana, ale wymaga ogrania w sali prób. Wiesz, sposób tworzenia utworów w Thunderstick różni się trochę od standardowego pisania materiału, bo większość zaczyna się od rytmu. Najpierw powstają partie rytmiczne, dopiero potem dokładamy riffy, melodie, wokale. Dla przykładu, Steve Harris najpierw tworzy podkłady basowe, a potem prosi Nicko McBraina żeby ten zagrał mu pod ten bas jakiś beat. U nas jest odwrotnie - najpierw gram jakiś beat, a potem proszę naszego basistę żeby zagrał pod to swój podkład. I w ten sposób idziemy na przód. Thunderstick do tej pory zawsze był projektem w którym chodziło o to, żeby główny materiał wychodził ode mnie. Teraz jest inaczej, bo jesteśmy zespołem, więc głupio by było gdybym nie pozwolił na wykorzystanie potencjału innych muzyków. Oczywiście koniec końców do mnie należy finalne słowo i decyzja w sprawie ostatecznego wyglądu i aranżu utworu, ale daje swoim muzykom wiele swobody.
Fot. Barry "Thunderstick" Purkis z autorem


WMOI: Barry, za mikrofonem w Thunderstick masz bardzo uzdolnioną wokalistkę, Raven. Jak to się stało że dołączyła do zespołu?

Thunderstick: Och, Raven to moje odkrycie! To moja tajna broń (śmiech). Kiedy robiliśmy poprzedni album, potrzebowałem dobrego, kobiecego, wokalu, w końcu Thunderstick zawsze miał za mikrofonem kobietę! Miałem świetną rekomendację w postaci kilku sesyjnych wokalistek, ale nie skorzystałem z tego. Kiedyś jednak, w pewnym sklepie muzycznym zauważyłem śliczną blondynkę która wywiesza ogłoszenie że poszukuje zespołu. Pogadałem z nią chwilę i poprosiłem, żeby podesłała mi swoje demo. Po tym jak ją usłyszałem, zdecydowałem że chciałbym aby nagrała mi parę wokali do moich tracków. Koniec końców wykorzystałem wszystko co nagrała na płycie „Something Wicked…”, ale niestety, ze względu na logistykę, nie było mowy żeby stała się ona stałym członkiem zespołu - mieszkała na codzień w Walii i nie było możliwości żeby regularnie odbywać próby, niestety. Ale ta sytuacja dała mi impuls żeby faktycznie poszukać wokalistki, skoro jest tak wiele utalentowanych dziewczyn z dobrym, rockowym wokalem. I tak poznałem Raven. Jest niesamowita, ona i tak powie Ci że jest masa wokalistek lepszych od niej, ale ja wiem że to ona jest najlepsza. Pierwszy raz usłyszałem ją gdy grała jakiś solowy, akustyczny koncert z coverami. Okazało się że robi to często, ale nie ma doświadczenia w studiu i ogólnie nigdy nie była w prawdziwym zespole rockowym. Wszystko co miała z rockiem wspólnego, to granie coverów AC/DC czy Whitesnake, tylko tyle. Jednak zdecydowałem się dać szansę, i kiedy przyszła na próbę, po prostu zmiotła mnie z powierzchni ziemi. Poczułem, że jestem szczęściarzem, naprawdę. Nie mogę się wręcz doczekać aż nagramy nowy album, bo jestem przekonany, że Raven położy kapitalne wokale na tę płytę.

WMOI: Barry, u Ciebie zawsze śpiewały kobiety. Jak sobie radzisz ze stereotypowym myśleniem, że heavy metal to raczej typowo męski świat…

Thunderstick: … i nie ma w nim miejsca dla kobiet, co? Opowiem Ci pewną historię. Zapewne dobrze wiesz, że kiedy byłem w Samson, nakładałem na scenę maskę. Wiesz, to były czasy gdy nie było DVD, VHS, nie było internetu i social mediów. Istniała tylko prasa muzyczna, jak Sounds, Melody Maker i tak dalej. Głównym powodem dla którego zacząłem nosić maskę, było to, że zwykle perkusiści w kapelach rockowych byli „bez twarzy” - siedzieli z tyłu sceny, schowani za zestawem perkusyjnym i nikt ich praktycznie nie dostrzegał. Dobra, wiem że były wyjątki w postaci Johna Bonhama czy Keitha Moona, ale wiadomo że to na swój sposób ikony - grali długie sola perkusyjne i mieli swój niepodrabialny styl. Ale jednak w większości zespołów wyróżniali się albo wokaliści albo gitarzyści - nawet jak Sounds dodawał do swoich magazynów plakaty, zwykle były to plakaty koncertowe zespołów, na których widać było gitarzystów w swoich emocjonalnych, wygiętych pozach, albo wokalistów którzy stali na froncie. Gdzieś tam w tle natomiast widać było wystający zza bębnów i talerzy kawałek głowy który należał do perkusisty. Nie chciałem być kolejną wystającą głową! Mam naturę showmena, więc chciałem być widoczny! Więc stworzyłem, nieco prześmiewczo, postać perkusisty bez twarzy, którego nazwałem Thunderstick, od słów „grzmot” i
Fot. Thunderstick na legendarnej
okładce magazynu "Sounds"
„pałka” - wiesz, w końcu mocno grzmociłem wtedy w bębny! Dzięki temu Samson zyskał bardzo wyrazisty i mocny image - ta maska którą nosiłem wtedy, była bardzo wyzywająca, prowokująca, agresywna. Niestety, kilka lat wcześniej - nie wiedziałem o tym kiedy tworzyłem postać Thundersticka - w Anglii miała miejsce głośna zbrodnia której głównym „bohaterem” był zamaskowany gwałciciel. A kiedy Samson zaczynał, to był czas, kiedy w Anglii do głosu zaczęły dochodzić kobiety, że wspomnę tu tylko o legendarnej Margaret Thatcher. Klimat był naprawdę mocny, feminizacja była na wysokim pułapie i ich głos był naprawdę głośny. No i wyobraź sobie że nagle na mieście pojawiają się plakaty promujące koncert Samson ze mną, w tym całym przebraniu, z maską na gębie! Jak graliśmy w Cambridge, protesty były serio bardzo poważne, mieliśmy nawet pietra, że koncert zostanie odwołany, bo inaczej dojdzie do zamieszek. Wszystkie te kobiety protestowały przeciwko zespołowi który gloryfikuje gwałt! A mi tak naprawdę przecież nie o to chodziło, to było kompletne nieporozumienie! Wiesz, to miał być porąbany charakter, zwariowany, szalony, ale w żadnym wypadku nie miał kojarzyć się z jakimkolwiek napastowaniem czy gwałtem. I kiedy już po latach zdecydowałem się grać na swój własny rachunek, zdecydowałem że utnę wszelkie spekulację i na froncie zespołu stanie kobieta i w ten sposób zamknie wszystkim gęby. Najpierw była to przepiękna Anna Borg, potem nieodżałowana Jodee Valentine która zmarła w 2016 roku. I wiesz co? To było coś nowego w tamtych czasach. Jasne, były kapele pokroju Rock Godess czy Girlschool, ale to były girlsbandy, składające się z samych dziewczyn. A my byliśmy męską kapelą z laską za mikrofonem.

WMOI: …i zamaskowanym perkusistą! (śmiech)

Thunderstick: (śmiech) Taaak, dokładnie. Teraz to nic nowego, jest cała masa zamaskowanych kolesi na scenie. Slipknot, Ghost - robią to świetnie, musisz przyznać. Ja byłem sam, bo nikt inny nie wpadł na taki pomysł, zeby założyć sobie maskę na twarz. Niektórzy twierdzili że to dlatego że jestem brzydalem! (śmiech).

WMOI: Dobra, Barry, skoro już zacząłeś ten temat, spróbujmy trochę pogadać na temat historii. Po pierwsze: jak to było z tymi dragami w Samson? W oficjalnej biogafii Iron Maiden, jest taki fragment, opowiadany przez Bruce’a Dickinsona: „W Samson wszyscy ćpali równo, basista palił trawę, Paul wciągał kreski ze wzmacniacza, a Thunderstick był tak naćpany, że w końcu spadł ze stołka”…

Thunderstick: (śmiech) Noooo tak, była taka sytuacja. Aktualnie jestem w trakcie spisywania tych wszystkich opowieści, będzie co poczytać (śmiech). Było kilka takich sytuacji, to na pewno. Postaram się wszystko dokładnie opisać, obiecuję!

WMOI: Jak to wszystko wpływało na działalność zespołu? Myślisz, że brak subordynacji w jakiś sposób przyczynił się do rozpadu zespołu?

Nieeeeeee, nie sądze. Jeśli chodzi o dragi, to przesadzały z nimi kapele w późnych latach 60-tych czy na początku lat 70-tych - sporo znanych muzyków odpadło ze względu na to gówno. Kiedy ja dołączałem do Samsona, był rok 1979 i był to okres wielkich zmian, rosła świadomość społeczna a i każdy wiedział czym są narkotyki i jak mogą doprowadzić Cię do ruiny. Nie będę ściemniał, dawaliśmy niekiedy czadu w Samson, ale nigdy to nie były klimaty a’la Motley Crue (śmiech). Widziałeś ten ostatni film o nich? 

WMOI: Masz na myśli "The Dirt"?

Thunderstick: Tak, "The Dirt". Więc daleko nam było do nich, to na pewno (śmiech). Jaraliśmy sporo trawy, braliśmy jakieś piguły i wciągaliśmy koks, ale to nigdy nie były jakieś poważne ilości które mogłyby w jakiś sposób wpłynąć destrukcyjnie na zespół. Na pewno żaden z nas nic nigdy sobie nie wstrzykiwał, raczej preferowaliśmy mniej wymagające odloty. Odszedłem z zespołu nieco wcześniej, zanim zrobił to Bruce, a głównym powodem było to, że chciałem robić trochę większę show i dodać więcej elementów teatralnych na scenie - wysunąć postać Thundersticka bardziej do przodu. Ale to nie mogło się zdarzyć w Samson, oni tego po prostu nie chcieli. Paul chciał, aby Samson poszedł bardziej w kierunku blues-rocka, a mnie to kompletnie nie kręciło - ja byłem metalowcem, chciałem żeby był show, żeby było ostro, a to wszystko zmierzało raczej w odwrotną stronę - wiesz, stanie w wytartych dżinsach na scenie i granie bluesa nie wydawało mi się zbyt dobrą perspektywą. Za chwilę tak samo postąpił Bruce, który również nie widział sensu w kontynuowaniu tematu. Paul w końcu znalazł Nicky’ego Moore’a, który w tamtym czasie idealnie pasował do tego co Paul chciał robić. Także Samson nie rozpadł się przez narkotyki, możesz być tego pewien.

WMOI: Bruce w swojej biografii wspominał, że atmosfera w zespole u jego schyłku nie była za ciekawa…

Thunderstick: No tak, klimat był paskudny. Traciliśmy grunt pod nogami, z jednego z czołowych zespołów NWOBHM stawaliśmy się parodią samych siebie, serio. Cholera, byliśmy kapelą która była niejednokrotnie headlinerem a przed nami grały takie zespoły jak Angel Witch czy Iron Maiden - tak było, spytaj kogokolwiek. Prawda jest taka że mieliśmy sporo problemów z naszym managementem, kolejni managerowie wplątali nas w masę niejasnych umów i zobowiązań wobec których nie byliśmy w stanie się wywiązać. Zrobiła się niezła chryja i serio zaczęliśmy tonąć po uszy w gównie. Szansą dla nas był jakiś lukratywny kontrakt, tak jak to udało się Maiden, to by nas na pewno wyciągnęło z kłopotów. Niestety nic takiego się nie zadziało i beznadziejna sytuacja postępowała. Jedna wytwórnia upadła, następnie druga… Kiedy nagrywaliśmy „Shock Tactics” byliśmy już w głębokiej dupie i musiałby się zdarzyć naprawdę duży cud, żebyśmy się z niej wykaraskali. Mimo iż „Shock Tactics” była dobrą płytą, promocja leżała, po upadku Gem przejęła ją matczyna wytwórnia RCA, która całkowicie miała w dupie promocję tej płyty. Kombinowaliśmy jak mogliśmy żeby spłacić długi, ale one zamiast maleć, to wciąż rosły i rosły.

WMOI: Przykra historia…

Thunderstick: O tak, bardzo przykra. Zwłaszcza że te płyty które nagraliśmy jakby nie patrzeć przetrwały próbę czasu. Obecnie Samson jest wymieniany w jednej linii z Iron Maiden, Angel Witch czy Def Leppard kiedy mówi się o NWOBHM. Wiele osób teraz, tak jak Ty chociażby, pyta o Samson i o tamte czasy, ale prawda jest taka że kiedy Bruce odchodził i chwilę później odnosił olbrzymie sukcesy z Maiden, wiele osób mówiło, że jego wcześniejszy dorobek jest nic nie warty, że wszystko to było kiepskie. Nie zgadzam się z tym, kiedy Samson był na fali, był cholernie dobry. Niestety, wydarzyło się to co się wydarzyło. Nie mieliśmy tego szczęścia trafić na kogoś takiego jak Rod Smalwood, zamiast tego za zespół brali się jakieś dupki, którzy jedyne co potrafili, to wpierdolić nas w kłopoty.

WMOI: Ostatnia kwestia jeśli chodzi o Samson: nie miałeś nigdy chęci żeby reaktywować ten zespół?

Thunderstick: Reaktywacja? Teraz to niestety już niemożliwe. Paul i Chris (Almyer, basista - przyp. MP) nie żyją. I w sumie z tego powodu nigdy poważnie o tym nie myślałem. Ale powiem Ci pewną historię. Kiedy Bruce w 1993 roku opuścił Maiden, było sporo dyskusji na temat Samsona. Chris i Paul napisali sporo materiału, który nie został wykorzystany, a był naprawdę bardzo, bardzo dobry. I Bruce naprawdę był mocno zapalony do pomysłu reaktywacji Samson. Ze względu na masę swoich różnych aktywności, jak szermierka czy latanie, nie myślał o pełnej reaktywacji, jedynie o czasowej reaktywacji na kilka gigów czy małą trasę. I były to naprawdę poważne rozmowy. Były plany żeby zrobić superprodukcję, wiesz, Thunderstick w klatce, koncerty w Stanach i Japonii, tam gdzie Samson nigdy nie dotarł. Doszło nawet do tego, że zaczęliśmy pracować nad materiałem, Paul i Chris wysłali te numery Bruce’owi a on zaczął nawet pracę nad swoimi partiami i tekstami. Wiesz jak to się skończyło? 

WMOI: Jak?

Thunderstick: Cholera, nie mogę Ci powiedzieć! (śmiech) A przynajmniej nie mogę tego zrobić publicznie. Jeśli wyłączysz dyktafon, to powiem Ci co sie stało i dlaczego nigdy do tej reaktywacji nie doszło. (wyłączam dyktafon i po chwili już wszystko wiem - przyp. MP). Sam widzisz, że to nie mogło się udać, dzieliła nas zbyt duża przepaść. Widocznie tak już musiało być.

WMOI: Ok, Barry, to pogadajmy jeszcze o prehistorii. W 1977 stałeś się perkusistą takiego zespołu jak Iron Maiden.

Fot. Iron Maiden 1977 - od lewej: Purkis, Terry Wapram,
Tony Moore, Steve Harris, Dennis Wilcock.
Thunderstick: Tak, tak było. Ten okres opisałem już bardzo dokładnie w moich wspomnieniach, mam nadzieję że niedługo to wszystko się ukaże - jestem gdzieś w połowie pisania. Ale póki co, mogę ujawnić kilka spoilerów (śmiech). Mieszkałem swego czasu na Sycylii i tam grałem w takiej kapeli jak The Primitives. To był jakiś 1974 rok. Graliśmy sporo koncertów we Włoszech, klubowych i festiwali, głównym szefem był tam koleżka o ksywie „The Mall”. Gość jednak odszedł, bo chciał spróbować grać solo. Kapela zaczęła się trochę sypać a ja wróciłem do Anglii. Byłem porządnie sfrustrowany, bo wierzyłem w tamten band, a okazało się że nic z tego nie wyszło. Kiedy wróciłem do Londynu, rozglądałem się za kapelą, która miała poważne podejście do grania i jakieś ambicje. I wtedy zobaczyłem ogłoszenie Steve’a w Melody Maker. Postanowiłem na nie odpowiedzieć. Kapela grała na East Endzie, a ja mieszkałem na South Endzie - musisz wiedzieć, że to tak jakby dwa, całkowicie różne światy. Każda podróż na próbę była więc mega wyprawą. Trafiłem do zespołu który wciąż poszukiwał swojego brzmienia. To była kapela która już brzmiała całkiem nieźle, ale była wtedy w okresie przejściowym, po rozpadzie pierwszego składu. Pracowaliśmy bardzo ciężko, Steve był taką osobą która bardzo mocno przykładała wagę do detali. Mam w swoim posiadaniu taśmę z jednej z takich prób - to ta taśma która nie istnieje (śmiech). Jest tam masa utworów które potem weszły w repertuar pierwszych dwóch płyt. Niestety, nie mogę kompletnie nic z tym zrobić. Mam prawa do swojego występu na tej taśmie i do tego co gram, ale nie mam praw do utworów które się tam znajdują ani do wykonań innych muzyków którzy tam grają. Wiesz, masa ludzi z całego świata pisze do mnie z pytaniem „kiedy to w końcu opublikujesz?”. To fani Maiden, którzy po prostu chcieli by tego posłuchać, bo po prostu nie ma nagrań z tamtych czasów. A ja zawsze odpowiadam: „jasne, mogę to zrobić, ale zaraz będę miał na głowie całą ekipę prawniczą Iron Maiden”!

WMOI: Wiesz, że ta taśma to obecnie coś na kształt Świętego Graala dla fanów Iron Maiden?


Thunderstick: Wiem, ale kompletnie nic nie mogę z tym zrobić. Wiele osób mówi mi: „po prostu wrzuć to do sieci”. Ale ja rozkładam bezradnie ręce. Gdybym tak zrobił, miałbym olbrzymie kłopoty i pewnie nie skończyłoby się to dla mnie zbyt dobrze. Wiem że dla fanów to wielka rzecz i naprawdę ubolewam że nie mogę tego upublicznić. Jedyne co mogłem, to wrzuciłem kilka 30-sekundowych fragmentów tych nagrań na YouTube. I tak, wiem że wywołało to olbrzymie poruszenie wśród fanów Iron Maiden na całym świecie. Więc sam widzisz że to nie jest kwestia że nie chcę udostępnić pełnego materiału. Po prostu za bardzo cenię sobie spokój domowego zacisza, aby zaryzykować jego utratę.
Fot. Spotkanie Maiden 77' - od lewej: Terry Wapram,
Dennis Wilcock, Tony Moore, Barry Purkis.

WMOI: To w pełni zrozumiałe.

Thunderstick: Tak. Wiesz, trzymam kontakt z ludźmi z tamtego składu. Na przykład z gitarzystą Terry Wapramem. Świetny facet. Ma teraz swoją kapelę, Bufallo Fish. Kapitalny band. Jestem ich fanem. Zresztą, Terry wpada czasem na koncerty Thunderstick a ja wpadam na koncerty Bufallo Fish. Gadamy też często na messengerze.

WMOI: Tak jeszcze wracając do tych nagrań, które posiadasz…

Thunderstick: … jakich nagrań? Nie mam żadnych nagrań! (śmiech).

WMOI: Są na nich dwie rzeczy, które czynią je wyjątkowymi. Gra tam jedyny, pełnoprawny klawiszowiec Maiden w historii, Tony Moore, a na wokalu jest Dennis Wilcock, który odszedł z zespołu zanim ten dokonał swoich pierwszych, profesjonalnych, nagrań.

Thunderstick: Tak, zgadza się. Co ciekawe, nie istnieje żadna inna kopia tego nagrania. Jestem tego pewien. Nagrałem to własnoręcznie podczas naszej próby, na swój sprzęt. Nie tak dawno temu czytałem w internecie, że jakiś koleś z Brazylii chwalił się że ma kopię tego nagrania, ale to kompletnie niemożliwe. Zresztą, gdyby tak było, idę o zakład że już dawno cały bootleg byłby dostępny w sieci. Aj, o czym my mówimy! Te 30 sekundowe fragmenty które swego czasu wrzuciłem na YouTube już pojawiają się na pirackich cd-r na ebayu za jakieś abstrakcyjne sumy. Fani Maiden to fanatycy, wyznawcy. Wiem że to tak działa. I szczerze mówiąc to fascynujące! Chciałbym poznać kiedyś motywy jakimi kierują się ci ludzie, co jest w tym takiego fascynującego, że są w stanie wydawać niebotyczne sumy na rzadkie nagrania albo przejechać cały glob żeby zobaczyć kilkanaście koncertów pod rząd. Ty też jesteś fanem Maiden, prawda?

WMOI: Oczywiście!

Thunderstick: Dlaczego? Wytłumacz mi o co tu, do cholery, chodzi?

WMOI: Wiesz, to nie jest proste tak to wytłumaczyć. Miałem 12 lat jak usłyszałem Iron Maiden. Ta muzyka pomogła mi przetrwać niejedno gówno. Była dla mnie odskocznią od codziennego syfu i spraw które mnie dobijały. Jak miałem doła albo przygniatały mnie jakieś codzienne sprawy, to fakt że za chwilę będę mógł posłuchać muzyki Ironów trzymał mnie przy życiu. Więc to wszystko było czymś więcej niż tylko muzyką.

Thunderstick: I cały czas tak jest?

WMOI: Jasne. Maiden to większa część mojego życia. Wtedy miałem 12 lat, teraz mam... nooo, trochę więcej. Znacznie więcej (śmiech). Wciąż kolekcjonuję ich płyty, wciąż jeżdżę na koncerty...

Thunderstick: Dużo masz płyt?

WMOI: Aktualnie jakieś 170 CD.

Thunderstick: Żartujesz?! Jesteś w takim razie nieźle porąbany!

WMOI: Uznam to za komplement! (śmiech) Ale powiem Ci w tajemnicy, że te moje 170 CD to nic w porównaniu z kolekcjami innych fanatyków...

Thunderstick: Taaaaak, wiem. To niesamowite, mój Boże, ludzie są nieprawdopodobni. To naprawdę fascynujące do jakich rozmiarów urósł ten zespół!

WMOI: Prawda? Zwłaszcza że fani cały czas kochają również i byłych muzyków zespołu. Zorientowałeś się że chcąc czy nie chcąc należysz do „Maiden Family”?

Thunderstick: A wiesz że akurat to zawsze było dość oczywiste dla mnie? Ale realnych kształtów nabrało kiedy Andy Holloway zorganizował pierwszy Burr Fest w Londynie (koncert poświęcony pamięci byłego perkusisty Iron Maiden, Clive’a Burr’a - przyp. WMOI). Andy skupił w jednym miejscu niemalże wszystkich byłych muzyków zespołu w jednym miejscu - niektórzy zagrali na scenie, a inni po prostu kręcili się przy barze. A w social mediach zahuczało, bo to faktycznie było niesamowite wydarzenie! A że mamy tu też do czynienia z pewnym rodzajem fanatyzmu o którym wspomniałem, nagle wszyscy ci ludzie z różnych zakątków świata zaczęli interesować się tą najgłębszą przeszłością zespołu, zaczęli zaczepiać na ulicy Tony’ego Moore’a czy poszukiwać Denny’ego Wilcocka. Patrz! Paul Mario Day (pierwszy wokalista Iron Maiden w latach 1975-1976) gra w Cart’n’Horses po ponad 40 latach od ostatniego występu tutaj. Gość przyleciał do Londynu specjalnie z Australii żeby zaśpiewać kilka kawałków z prehistorii. To niesamowite, absolutnie genialne. To też oczywiście pozwala poznać aktualne projekty byłych muzyków Iron Maiden, przecież oni ciągle tworzą, ciągle nagrywają. Ktoś zaczął się interesować co porabia ten stary piernik Purkis! Wspaniałe i bardzo, bardzo miłe. Zwłaszcza, że kiedy dołączałem na te kilka tygodni do Iron Maiden w 1977 roku, miałem jedynie 23 lata i po prostu chciałem pograć w jakiejś fajnej kapeli. A po latach okazuje się że współtworzyłem absolutną legendę rocka a fani chcą się ze mną spotykać i wypytują mnie o tamte czasy. Świetna sprawa, naprawdę.

WMOI: Barry, dziękuje Ci za ten wywiad. Mam nadzieję że następnym razem widzimy się w Polsce!

Thunderstick: O tak, zdecydowanie musimy dotrzeć z Thunderstick do Polski. Brzmi jak plan!

poniedziałek, 30 września 2019

"Nie oglądam się wstecz"

Zbiór rozmów z Blaze'm Bayleyem.

Muzyczna droga Blaze'a Bayleya nigdy nie była usłana różami. Niekończące się pasmo wzlotów i upadków ukształtowało jednak niezłomny charakter wokalisty, który każde potknięcie potrafił przekuć w mniejszy lub większy sukces.


Jego ostatni koncert na lubelskiej ziemi*, który odbył się 26 września w klubie Graffiti był wspaniałym przykładem na to, że Blaze znów leci na skrzydłach chwały i jest silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Wspomagany przez rodzinną, koncertową machinę Appletone'ów, dał w czwartek kapitalny show, podsumowując zrobioną ze sporym rozmachem trylogię "Inifnite Entaglement" i uzupełniając ją nieśmiertelnymi evergreenami Iron Maiden. To było moje szóste spotkanie z Blazem. Jednak, ze względu na formę wokalisty, najmniej intensywne. Blaze oszczędzał głos na dwie noce w Brnie, podczas którego miał nagrywać koncertowe dvd. Ze względu na to, nie rozmawiał z nikim prawie w ogóle, a jeśli już się komunikował, to tylko i wyłącznie używając gestów i min. Postanowiłem jednak udostępnić Wam wybór moich dawnych rozmów z Blaze'm, przeprowadzonych w latach 2011-2018, podczas których sporo zdradził mi na temat swojej filozofii, podejścia do rynku muzycznego oraz opowiedział kilka historii z lat, kiedy stał na czele największego heavy metalowego zespołu świata.

Fot. Blaze Bayley podczas ostatniego koncertu w Graffiti
WMOI: Blaze, swoją przygodę z Polską publicznością rozpocząłeś w 1995 kiedy to trasa "The X Factour" zawitała na Torwar w Warszawie. Jak wspominasz tamtą wizytę?

Blaze Bayley: Och, to było wspaniałe doświadczenie. Wcześniej podróżowałem zwykle tylko po Wielkiej Brytanii, więc możliwość poznania ludzi z różnych Państw była świetnym przeżyciem. Pamiętam że Polscy fani zgotowali nam wtedy naprawdę gorące powitanie, mimo iż byłem nowy w zespole nie czułem jakiejś niechęci z ich strony a samo zainteresowanie koncertem było naprawdę ogromne: była telewizja, prasa, wywiady, konferencje prasowe! Świetnie się wtedy czułem.

WMOI: Z Iron Maiden wróciłeś do Polski w 1998 roku, podczas trasy "Virtual XI".

BB: Tak, graliśmy wtedy w takiej wielkiej sportowej hali, do której wróciłem potem już z własnym zespołem (chodzi o Katowicki "Spodek" - przyp. red.). To też był niesamowity koncert, zwłaszcza że czułem się wtedy w Iron Maiden już bardzo swobodnie i nawiązanie relacji z publicznością przychodziło mi znacznie łatwiej niż te 3 lata wcześniej.

WMOI: Skoro jesteśmy przy temacie Iron Maiden... Na YouTube można trafić na film z jednego z koncertów, podczas którego zdarzył się przykry incydent z fanami. Z nagrania wynika, że bardzo Cię coś wtedy rozwścieczyło, pamiętasz tę sytuację?

BB: Och, tak, to było podczas trasy w Południowej Ameryce, chyba w Chile w 1996 roku. Pewien koleś z publiczności, przez większość koncertu próbował mnie rozpraszać, coś wykrzykiwał, gestykulował. W końcu zaczął na mnie pluć. Nie wytrzymałem, dokończyłem utwór i powiedziałem co o nim myślę. Pamiętam że Steve (Harris, lider formacji - przyp. red.) też się wtedy nieźle wkurzył. Delikwenta wyprowadziła ochrona, ale zdecydowanie popsuł nam wtedy wieczór. Na szczęście takie incydenty nie zdarzały się zbyt często, więc większość koncertów przebiegała bez przykrych niespodzianek.
Fot. Autor z Blazem - 28 września 2011
WMOI: Czy z perspektywy czasu żałujesz, że Twoja przygoda z Iron Maiden trwała tak krótko?

BB: Nie podchodzę do tego w ten sposób. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że mogłem być częścią tak wspaniałego zespołu jak Iron Maiden. To naprawdę była wielka szansa, którą wykorzystałem najlepiej jak umiałem. Wciąż czuję się bardzo dumny z tego co zrobiłem wtedy z chłopakami i z tego że dane mi było to w ogóle zrobić. Napisaliśmy razem masę świetnych utworów, które są wciąż bardzo lubiane przez fanów, co jest po prostu wspaniałe. Ale wiesz, nie oglądam się wstecz, idę przed siebie. Jestem teraz 100% skupiony na obecnych działaniach, trasie, nagraniach. Nie rozpamiętuje tego co było, patrzę w przód, na to co jest i co będzie. A wygląda na to, że wiele jeszcze przede mną.


WMOI: Ostatnie wydawnictwo kompilacyjne Iron Maiden, "From Fear To Eternity" zawiera utworu z Twojego okresu, ale w wersjach live, z Bruce'm Dickinson'em na wokalu. Jak na to się zapatrujesz? Uważasz że to fair?

BB: To ich sprawa. Nie jestem już w zespole, więc nie mogę być z tego powodu zły. To jest ich decyzja. Kiedy wychodziła składanka "Best of the Beast" w 1996 roku, kilka kawałków oryginalnie nagranych przez Bruce'a zostało zastąpionych wersjami live ze mną za mikrofonem. Nie widzę więc nic zdrożnego w sytuacji odwrotnej. 

WMOI: W tym roku mija 25 lat od kiedy wstąpiłeś w szeregi Maiden. Odbyło się już kilka koncertów podczas których wykonywałeś wyłącznie kawałki z płyt "The X Factor" oraz "Virtual XI", pojawiła się również okolicznościowa koszulka z grafiką nawiązującą do tego pierwszego albumu...

BB: Tak, czułem się w obowiązku dać coś takiego fanom. Grafika została zaaprobowana również przez Roda (managera Iron Maiden - przyp. red.), który bardzo się ucieszył że coś takiego jest w przygotowaniu. Zbiegło się to też z wydaniem reedycji tych albumów, wiec fajnie że tak się stało.
WMOI: Nie jest tajemnicą, że od jakiegoś czasu trzymasz się z daleka od dużych wytwórni i agencji koncertowych. Z czego to wynika?

BB: W pewnym momencie zorientowałem się, że wytwórnie ograniczają moją swobodę. Nie mogłem wydać albumu albo pojechać w trasę, bo nie szło to w parze z planami wydawniczymi wytwórni. Strasznie mnie to ograniczało, bo jestem przecież artystą, swoją muzyką wyrażam siebie, dlaczego ma mnie ktokolwiek blokować, tylko dlatego że akurat moje plany nie pokrywają się z jego planami? Często bywało też tak, że musiałem dzielić się pieniędzmi z agencją, która wysyłała mnie w trasę, co również bywało dość niekorzystne, ani dla mnie ani dla moich muzyków. Dałem sobie z tym spokój. Mam teraz grono ludzi - przyjaciół, którym ufam i wiem, że mnie nie oszukają ani nie ograbią. Pomagają mi, a w dodatku są świetnymi muzykami i kolesiami, w ich gronie czuję się naprawdę wspaniale. Dzięki nim mam również pełną swobodę jeśli chodzi o nagrywanie i granie koncertów. Mogę robić na co mam ochotę i żadne absurdalne kontrakty nie krępują moich ruchów. Jestem wolny.

WMOI: W związku z tą zmianą, grasz teraz jednak również i w małych klubach. Nie jest to dla Ciebie frustrujące, zwłaszcza mając w perspektywie fakt, że występowałeś swego czasu przed 20 tysięczną publicznością?

BB: Tak jak już mówiłem, nie patrzę wstecz. Bardzo cenię sobie kontakt z fanami, a w takich małych miejscach, mogę być nich bardzo blisko. Moi fani są bardzo fanatyczni, dają mi wielką siłę żeby nadal grać i tworzyć. Bez nich nie byłoby mnie. Każda okazja do spotkania z nimi jest czymś wielkim dla mnie i nie dbam o to, czy pod sceną jest ich 50 czy 50 000. Po każdym koncercie wychodzę do nich, aby porozmawiać, podpisać płyty, zrobić sobie pamiątkową fotkę. Widzę jak wiele radości dają im te spotkania, ale tyle samo dają one również i mi. Więc odpowiadając na Twoje pytanie: nie, nie ma mowy o żadnej frustracji. Jestem szczęściarzem że mam tak wielu wiernych fanów na całym świecie.
Fot. Blaze w Klubie Graffiti - 28 września 2011

WMOI: Promujesz aktualnie ostatnią część trylogii "Infinite Entaglement". Co dalej?

BB: Podsumowaniem trylogii będzie płyta koncertowa. Nie mam jeszcze sprecyzowanej wizji co dalej - mówię tu o temacie i wyglądzie kolejnego albumu. Wiem na pewno że chciałbym trochę przewietrzyć setlistę, bo jest wciąż sporo kawałków których nie grałem podczas ostatnich tras, a są bardzo ważną częścią trylogii. To samo tyczy się kawałków Maiden - jest tak wiele dobrych utworów których nie gramy kosztem odwiecznego "The Clansman" czy "Man On The Edge"... Chciałbym powrócić do "Como Estais Amigos", do "Judgement Of Heaven", może do "Lightning Strikes Twice". Opcji jest dużo, trzeba się będzie nad nimi zastanowić.

WMOI: Pogadajmy na koniec o kilku unikatowych nagraniach z Twojej kariery. Jako bonus do dvd "A Night That Would Not Die" dodany był utwór pt. "Endless Sleep". Dlaczego ten numer znalazł się tylko jako bonus do dvd?

BB: To mój ukłon w stronę fanów, którzy zdecydowali się kupić to wydawnictwo. To bardzo osobisty numer, czułem więc że ten kawałek powinien mieć również swoje wyjątkowe miejsce na wydawnictwie, być na swój sposób unikatowy. Z tego co wiem, fani docenili ten fakt.

WMOI: Z Ironami nagrałeś 3 kawałki których byłeś współkompozytorem, ale znalazły się one jedynie na stronach B singli. Pamiętasz, dlaczego tak się stało?

BB: Steve miał inną wizję albumu - wszystkie kawałki zostały napisane podczas sesji do "The X Factor" ale nie pasowały do koncepcji całości. Ale płyta i bez nich jest świetna, nie wydaje mi się żeby ich obecność cokolwiek zmieniła **.

__
* Dotychczas odbyło się 6 koncertów Blaze'a Bayleya w Lublinie:
28.09.2011 - Klub Graffiti - Promise And Terror World Tour
04.04.2012 - Klub Graffiti - King Of Metal Tour
06.04.2013 - Klub Graffiti - Acoustic Tour
01.04.2014 - Klub Graffiti - Soundtracks Of My Life Tour
06.05.2018 - Klub Graffiti - Tour Of Eagle Spirit Part I
26.09.2019 - Klub Graffiti - Tour Of Eagle Spirit Part II
W kolekcjonerskim obiegu istnieją dwa bootlegi z koncertów z 2011 i 2018 roku zatytułowane "Heavy Metal Polish Motherfuckers From Hell" oraz "Heavy Metal Polish Motherfuckers From Hell... Revisited".

** Mowa o utworach "Justice of the Peace", "Judgement Day" oraz "I Live My Way", które znalazły się na różnych wersjach singla "Man On The Edge" oraz zebrane zostały na singlu CD "Justice of the Peace" który był dodawany jako dodatek do włoskiego magazynu "Thunder". Wartość tego wydawnictwa podnosi fakt, że jest to jedyne oficjalne wydanie CD na którym gości "I Live My Way" - utwór dotychczas ukazał się jedynie na winylowej wersji "Man On The Edge". Zbiór niepłytowych nagrań studyjnych Blaze'a z Maiden uzupełniają jeszcze covery "My Generation" The Who oraz "Doctor, Doctor" UFO, które znalazły się na singlu "Lord of the Flies" i powtórzyły się rok później na singlu "Virus".

piątek, 2 sierpnia 2019

Od fanów dla fanów: CSC Series

Fani to ogromna siła Iron Maiden. To że jeżdżą za zespołem w najdalsze miejsca na mapie to jedno. To że kupują płyty, koszulki i gadżety to drugie. Ale działalność fanów Maiden wykracza daleko poza te dwa, wydawałoby się podstawowe "obowiązki".

Grecki FC ostatnimi czasy wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów a zwłaszcza tych, którzy lubują się w kolekcjonowaniu "rzadkich" tytułów z dyskografii Iron Maiden. Dzięki ich ciężkiej pracy wyszła ekskluzywna seria CSC, która w swoim pierwszym i drugim rzucie, zawiera 24 płyty CD będące replikami najważniejszych, rzadkich singli i promówek "Żelaznej Dziewicy" z lat 1979 - 1985. Wszystkie repliki są bardzo starannie odwzorowane i zawierają detale pokroju oryginalnych nacięć na kopertach, japońskich pasków OBI, wkładek, cenników czy nawet... kartek świątecznych. Postanowiłem zadać sobie trochę trudu i przybliżyć Wam tą wspaniałą serię, rozmawiając z jej głównym pomysłodawcą, Ionem.

WMOI: Cześć Ion! Super że zgodziłeś się na ten wywiad. Powiedz mi na początek, co było główną ideą aby wystartować z projektem CSC?

Fot. Replika japońskiego wydania "Aces High" z
odwzorowanymi detalami pokroju paska OBI oraz
japońskojęzycznej wkładki informacyjnej.
Ion: Och, ten pomysł zrodził się w naszych głowach już dawno temu! Kiedy wychodził słynny box "The First Ten Years", razem z moim przyjacielem czuliśmy się bardzo zawiedzeni podejściem wydawnictwa do sprawy. Wydawało nam się, że to jakaś kpina ze spuścizny zespołu. Oczywiście, mówię tutaj o samym wyborze wydawnictw, bo każdy wie że był on dość mocno okrojony i pomijał kilka istotnych singli*. Wtedy też pomyśleliśmy, że można by to zrobić zdecydowanie lepiej. Jednak pomysł musiał się uleżeć a musisz wiedzieć że chcieliśmy to zrobić bardzo dokładnie, a zebranie wszystkich materiałów zajęło dość dużo czasu. Mieliśmy co prawda nadzieję że w kolejnych latach zespół jednak wznowi te single tak jak trzeba, ale niestety, znudziło nas to czekanie i wzięliśmy sprawy w swoje ręce :)

WMOI: Jaki był klucz doboru singli? Przypuszczam że nie było to łatwe, bo jednak istnieje wiele różnych wydań danego tytułu.

Ion: Cóż, wiedzieliśmy że ta seria musi być czymś specjalnym, na swój sposób ekskluzywnym. Chcieliśmy wydać po raz pierwszy na CD single które wcześniej ukazały się tylko na płycie winylowej, tak samo jak niektóre promówki które wcześniej bywały tylko częścią jakichś kompilacji. Pomyśleliśmy że CSC, czyli Complete Singles Collection będzie idealną nazwą dla tej serii i odzwierciedli niemal w 100% naszą ideę.

WMOI: Mimo to, wydaje się że niektóre wydania zostały przez Was pominięte. Wspomnę tylko o oryginalnie wydanym przez Capitol singlu "Cross Eyed Mary" z 1983 roku, promówce "Caught Somewhere In Time" wydanej na 7'' singlu w RPA czy koreańskich singlach z niebieskimi okładkami. Zdecydowaliście że nie są to wydania na tyle godne uwagi?

Ion: Wiesz, generalnie to mamy dostęp do wszystkich wydań i detali jakie tylko możemy potrzebować, bo wspólnymi siłami mamy jedną z najlepszych kolekcji na świecie (śmiech). Ale nie tędy droga. Trzeba na początku zrozumieć to, że gdybyśmy wydawali repliki wszystkiego jak leci, byłoby to nieźle zwariowane i dziwne zarazem. Druga rzecz to to, że wspomniane przez Ciebie wydawnictwa nie są specjalnie znaczące jeśli spojrzeć na nie przez pryzmat historii grupy. To  że były wydane w małych nakładach i aktualnie osiągają zawrotne ceny na ebayu to już inna sprawa! (śmiech). Prócz tego aspektu, chcieliśmy też aby muzyczna zawartość tych singli miała sens, nie chcieliśmy zbyt mocno powtarzać repertuaru - na dłuższą metę nie miałoby to większego sensu. Jeszcze jedna sprawa to taka, że wszystkie te wydawnictwa o których wspomniałeś, nie są zbyt atrakcyjne jeśli chodzi o sposób ich wydania. Niebieskie okładki z Korei, czy zielona, cienka koperta peruwiańskiego "The Trooper" to rzeczy zrobione oryginalnie na tanich materiałach. Gdybyśmy chcieli je odtworzyć, myślę że mogłoby to napsuć trochę krwi tym którzy spodziewają się czegoś ciekawego po tej serii, a dostaliby słabej jakości okładki. Dlatego też postawiliśmy na publikacje, które będą w swojej formie bardziej interesujące i efektowne - przykładowo zrezygnowaliśmy z ubogiego wydania "Cross Eyed Mary", która to piosenka i tak powtarza się na replice "The Trooper", ale dzięki temu zrobiliśmy miejsce na promówkę "Flash Of The Blade".
Fot. Replika wenezuelskiego wydania płyty "Maiden Japan".

WMOI: Seria CSC ukazała się w mocno limitowanym nakładzie 100 sztuk. Wiele z tytułów z pierwszej serii, obejmującej lata 1979-1981 jest już wyprzedana. Czy chodził Wam po głowie temat wznowienia tej serii?

Ion: Może na początek nadmienię, że nasz projekt nie był pomyślany jako komercyjna rzecz i nie mieliśmy w planach tego sprzedawać. Tak naprawdę chcieliśmy zrobić tylko po 30 sztuk i rozprowadzić to we własnym gronie. Pomijam już to, że ten projekt nie jest oficjalny i generalnie to nie mamy zgody żeby te płyty sprzedawać. Szybko jednak okazało się, że jeśli chcemy zrobić to tak porządnie jak to sobie założyliśmy, koszta będą znacznie wyższe niż to było planowane. Nie wchodziło w grę cyfrowe drukowanie okładek, albowiem całkowicie nie oddawało to realnej kolorystki oryginalnych wydawnictw. Dlatego też zdecydowaliśmy się podnieść nakład, tak aby móc skorzystać z lepszych i bardziej dokładnych urządzeń drukarskich oraz możliwie jak najdokładniej odtworzyć oryginalny materiał. Skanowanie, prace graficzne, przygotowanie do druku było bardzo czasochłonne i swoje kosztowało, ale nie uznawaliśmy w tej kwestii żadnych półśrodków. Dlatego też zdecydowaliśmy, że musimy mieć kilka osób które będą sprzedawać płyty wśród innych fanów, tak aby koszty produkcji mogły się w jakiś sposób zwrócić. Tak więc po 30 kopii zostało rozprowadzonych za darmo wśród osób które były zaangażowane w projekt i pomagały na różnych jego etapach, pozostałe 70 kopii zostało wprowadzone do zewnętrznego obrotu. Odpowiadając natomiast na Twoje pytanie: nie planujemy w najbliższym czasie wznawiać tych tytułów, właśnie ze względu na wyżej wymienione powody. Gdyby był to projekt czysto komercyjny, zapewne byśmy to uczynili bo zainteresowanie jest ogólnie spore. Na szczęście jak ktoś bardzo mocno szuka, jest w stanie ustrzelić kilka tytułów, które wciąż są dostępne.

WMOI: Seria CSC jest bardzo szczegółowo odwzorowana. Ciężko było stawić czoła tym detalom?

Ion: O tak. Przyznam nawet, że niektóre rzeczy musieliśmy uprościć ze względu na techniczne ograniczenia. Zwracamy szczególną uwagę na jakość druku, ale czasem na przeszkodzie stoi jakość oryginalnych materiałów. Graficy pracują ciężko, ale nawet po 3 latach od ukazania się pierwszej serii, wciąż borykamy się z problemami których nie możemy przeskoczyć. Podeszliśmy do sprawy na tyle fanatycznie, że chcemy za każdym razem odwzorować daną realizację 1:1, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorystykę poszczególnych elementów. Przez takie podejście, kilkukrotnie się zdarzało że musieliśmy zniszczyć dane wydruki i zrobić je jeszcze raz, bo znacznie różniły się od oryginałów. Tak zdarzyło się na przykład przy wydaniu "Aces High" czy "Run To The Hills", ale też sporo trudności mieliśmy przy "Live +One". Zdajemy sobie sprawę że wciąż pewnie jest kilka niedociągnięć, ale nie są one na szczęście aż tak widoczne.

WMOI: Pierwsza seria CSC posiadała dodatkowo tekturowy box, ale w przypadku drugiej serii zrezygnowaliście z niego. Możesz powiedzieć co było powodem że zarzuciliście temat boxu?

Fot. Box do pierwszej serii płyt CSC.
Ion: O nie, nie, nie zarzuciliśmy tematu boxu! Z boxem jest jednak temat dość problematyczny, dużo kosztowało nas zrealizowanie go dla pierwszej serii, było po drodze mnóstwo problemów z jego realizacją. Kupiliśmy swego czasu specjalne nożyki do wycięcia boxu, ale zostały one skradzione! Musieliśmy przenieść produkcje do innej drukarni, co znacznie wywindowało w górę koszty realizacji. Niemniej jednak, jestem przekonany że wrócimy do tematu realizacji tych boxów, zwłaszcza że ciągle dostajemy zapytania: "kiedy będzie box?" (śmiech). Wiesz, czasami musimy zrobić przerwy między jedną a drugą serią, ale faktem jest, że w końcu będziemy musieli się na poważnie zabrać za temat tego cholernego boxa! (śmiech) Póki co jednak jesteśmy w trakcie realizacji trzeciej serii płyt, więc box musi jeszcze chwilę poczekać.

WMOI: Ano właśnie! Niebawem wychodzi trzecia seria płyt. Zdradzisz mi trochę więcej detali na jej temat? Jaką erę z historii Iron Maiden będzie ona obejmować? Jakie tytuły będzie zawierała?

Ion: Ooo nie, nie ma sensu wykładać wszystkich kart na stół! Niespodzianki są fajne! (śmiech) Jeśli natomiast chodzi o erę którą obejmować będzie ta seria, to dojedziemy zapewne do 1990 roku i okresu płyty "No Prayer For The Dying".

WMOI: A jak Polscy fani mogą zaopatrzeć się w płyty z serii CSC?

Ion: Tak jak wspomniałem na początku, nasz projekt jest projektem fanowskim i dedykowanym wyłącznie dla fanów i jedynie kilka osób wspomaga nas w dystrybucji. Tak czy inaczej, każdy kto jest zainteresowany, może skontaktować się ze mną osobiście i wtedy przekieruję go do odpowiedniej osoby która pomoże mu zdobyć konkretny tytuł. Warto jednak zaznaczyć, że aktualnie raczej nie ma szans żeby udało się skolekcjonować całą serię, wiele z tytułów jest kompletnie wyprzedana. Wciąż pytają mnie o nie kolekcjonerzy z różnych stron świata, to niesamowite jak pozytywną reakcję wywołały płyty z naszej serii! Co ciekawe, jeden z nas pokazał tę serię Charliemu Benante, bębniarzowi Anthraxu, a ten był pod wielkim wrażeniem naszej pracy. Obiecał nam nawet fotkę z kilkoma egzemplarzami i podesłać autograf, ale niestety tego nie zrobił - to nie fair!
Fot. Replika płyty z wywiadami "On Their Own Words",
oryginalnie wydanej jako dodatek do japońskiej, winylowej
wersji albumu "Somewhere In Time".

WMOI: Dużo singli które ukazały się na przełomie wieków były wydawane jako picture diski, mam na myśli takie tytuły jak "The Wicker Man", "The Angel And The Gambler" czy "Different World". Zastanawiam się, jak podejdziecie do kwestii tych wydawnictw, jeśli zdecydujecie się objąć swoją serią również i ten okres działalności Iron Maiden?

Ion: No tak, to ciekawa kwestia. Generalnie naszym podstawowym założeniem jest zrobić wydawnictwa które będą jakościowo i technicznie bliskie oryginałom, więc musimy mieć na uwadze możliwości i być po prostu realistami. Naszym głównym założeniem było w sumie zrealizować wydawnictwa do 1992, ale tak jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się że dalibyśmy radę stawić też czoła nieco nowszym realizacjom.

WMOI: Dzięki Ion za ten wywiad. Mam nadzieję że dzięki niemu, kilka płyt z Waszej serii zagości u Polskich fanów. Trzymam kciuki za dalsze wydawnictwa!

Ion: Dzięki! Ogólnie to chciałem podziękować w tym miejscu wszystkim którzy nas wspierają, którzy interesują się naszą serią i którzy kupują te płyty! Wiem że to nie jest zbyt tani temat, głównie ze względu że to nie jest masowa produkcja, ale staramy się aby każda płyta była atrakcyjna i unikalna, w hołdzie dla tak wielkiego bandu jakim jest Iron Maiden!

* * *

Dotychczas w ramach CSC Series ukazały się następujące tytuły:

CSC1: The Soundhouse Tapes
CSC2: Running Free (wersja UK)
CSC3: Sanctuary (wersja UK)
CSC4: Prowler (wersja japońska z dodatkowym insertem)
CSC5: Women In Uniform (wersja UK)
CSC6: Women In Uniform (wersja niemiecka)
CSC7: Live!! +One (wersja japońska z OBI i dodatkowym insertem)
CSC8: Twilight Zone / Wrathchild (wersja francuska)
CSC9: Purgatory (wersja UK)
CSC10: Wrathchild (wersja japońska z dodatkowym insertem)
CSC11: Maiden Japan (wersja amerykańska)
CSC12: Maiden Japan (wersja wenezuelska)
CSC13: Run To The Hills = A Corre A Las Colinas (wersja hiszpańska)
CSC14: The Number Of The Beast (wersja UK)
CSC15: Flight Of Icarus (wersja niemiecka)
CSC16: The Trooper (wersja portugalska)
CSC17: Where Eagles Dare (promówka hiszpańska)
CSC18: Flash Of The Blade (promówka USA z papierową naklejką)
CSC19: 2 Minutes To Midnight (wersja japońska)
CSC20: 2 Minuters To Midnight (wersja nowozelandzka)
CSC21: Aces High (wersja japońska z OBI)
CSC22: Running Free (Live, wersja japońska z OBI)
CSC23: Run To The Hills (Live, wersja europejska z kartką świąteczną)
CSC24: Run To The Hills (Live, wersja argentyńska)
CSC25: On Their Own Words (japońska płyta-dodatek z wywiadami)
CSC26: Wasted Years (wersja kanadyjska)
CSC27: Stranger In A Strange Land (wersja UK z plakatem)
CSC28: Stranger In A Strange Land (wersja japońska)

W tym miejscu wielkie podziękowania dla Vlada za pomoc w zorganizowaniu tego wywiadu!

__
* Faktycznie, we wspomnianym boxie "The First Ten Years", nie wiedzieć czemu, pominięto dwa istotne tytuły z oryginalnej dyskografii zespołu (promówki to oddzielny temat). Nie uwzględniono tu debiutanckiej EP "The Soundhouse Tapes" oraz koncertowego "Live!! +One". O ile nieobecność tego drugiego można tłumaczyć jego wydaniem jedynie na rynkach Greckim i Japońskim, tak pominięcie "The Soundhouse Tapes" wydaje się być dość dziwnym zabiegiem. Niemniej "The First Ten Years" wciąż cieszy się sporym zainteresowaniem kolekcjonerów i można go upolować w dość sensownej cenie na eBay.





czwartek, 18 kwietnia 2019

Przed Burzą: The Soundhouse Tapes

Debiutancki album Iron Maiden ujrzał światło dzienne 14 kwietnia 1980 roku. Jednak każdy kto choć trochę głębiej wszedł w historię legendarnego zespołu z Londynu wie, że nie było to tak naprawdę pierwsze wydawnictwo płytowe jakie zrealizowali Steve Harris i spółka. 

Realia Londynu na przełomie lat 70-tych i 80-tych wcale nie były zbyt wesołe, zwłaszcza dla długowłosych muzyków, którzy w swoim założeniu kultywowali tradycje takich zespołów jak UFO, Deep Purple czy Thin Lizzy. Formacja Steve'a Harrisa, mimo sporej popularności w kilku rodzinnych dzielnicach Londynu, poza ich granicami była bardzo mało znana. Wiadomo było, że porządnie nagrane demo, pomoże im zabookować koncerty w innych rejonach miasta i na jego obrzeżach. Sylwestrowa noc 1978/79 miała za chwilę okazać się przełomowa dla "Żelaznej Dziewicy".

Fot. Iron Maiden z Paul'em Cairns'em (w środku).
Zespół zarezerwował 24 godzinną sesję w Spaceward Studios, niedrogim acz profesjonalnym studiu nagraniowym, do którego często zmierzali młodzi muzycy aby nagrać debiutanckie albumy lub taśmy demo. Sylwestrowa noc była idealna na nagrania, ze względu na tańsze koszty wynajmu studia i stosunkowy brak konkurencji w tym terminie. Skład Iron Maiden w tamtym czasie stanowili prócz basisty Steve'a Harrisa, wokalista Paul Di'Anno, gitarzysta Dave Murray, perkusista Doug Sampson oraz drugi gitarzysta Paul Cairns. Udział tego drugiego był przez długi czas wątpliwy. Obecnie jednak, jest już jasne że Cairns był wtedy w Spaceward i nagrywał z Ironami. Świadczy o tym stara fotografia z 1 stycznia 1979, zrobiona przed studiem, a także wspominki byłych członków zespołu, min. Sampsona (wywiad z nim możecie przeczytać na blogu). Sam gitarzysta również chętnie przyznaje się do tego faktu za pośrednictwem portali społecznościowych. Oficjalna biografia Ironów, wydana w pierwszym swoim nakładzie w 1998 roku, wspomina co prawda o osobie Cairns'a, ale nie wiąże go z pierwszymi nagraniami zespołu. Jeśli polegać na opowieściach Douga Sampsona, Cairns był członkiem Iron Maiden przez bardzo krótki okres czasu i kiedy zespół postanowił wydać oficjalnie swoje demo, był już poza składem i dlatego nie został wspomniany na kopercie.

W takim czy innym składzie, zespół zrealizował w Spaceward cztery nagrania: "Prowler", "Iron Maiden", "Invasion" oraz wspomniany już "Strange World". Wg relacji Harrisa, sesja przebiegła bardzo sprawnie i większość numerów została nagrana za pierwszym razem. Po latach, kawałki te mają swoją moc, choć ich produkcja pozostawia wiele do życzenia i, istotnie, brzmią jak klasyczne demo. "Prowler" nie ma jeszcze tego dzikiego drive który zyskał na pierwszej długogrającej płycie, "Iron Maiden" z kolei razi nieco swoją prostotą, choć do bólu ostry i buntowniczy wokal Di'Anno nawet po latach robi wrażenie. Słychać też, że Doug Sampson był perkusistą z całkowicie innej szkoły grania, niż jego następca, Clive Burr, który znacznie urozmaicił perkusyjne partie utworów - te na demówce ze Spaceward brzmią miejscami dość kwadratowo, choć zdecydowanie mają swój urok.

Fot. Wersja CD z 2001 roku.
Losy utworów z tej sesji są dość ciekawe. Pierwotnie ekipa Steve'a Harrisa zrobiła kilka kasetowych kopii aby porozsyłać je po klubach muzycznych w różnych dzielnicach Londynu. Ręcznie opisana kopia jednej z takich kaset, sprzedana została na aukcji internetowej w 2014 roku za ok 560 funtów. Odzew na muzykę Maidenów okazał się ogromny, a popularności zespołowi przyniósł niejaki Neal Kay, DJ który prowadził własną rockową dyskotekę nazwaną "Heavy Metal Soundhouse". Ironi słyszeli wiele dobrego o tym miejscu, ale kiedy zanieśli Kay'owi swoją taśmę z nadzieją na możliwość zagrania tam koncertu, ten odłożył ją na stertę innych nie obiecując kompletnie nic. 2 tygodnie później, londyński DJ oszalał na punkcie 4 utworów z niepozornej taśmy i puszczał je non stop podczas swoich imprez, głosząc dobrą nowinę. Kay był jednym z pierwszych, którzy oficjalnie uznali Iron Maiden za przyszłe gwiazdy rocka, choć sami muzycy traktowali to wówczas w kategorii uprzejmego żartu. Oczywiście wkrótce Ironi zagrali na żywo w "Soundhouse" a ich sława zaczęła przedostawać się, niczym huragan, w kolejne zakątki Londynu.

Fot. Nieoficjalna wersja CD z
autografem Douga Sampsona.


Jako że utwory z dema zyskiwały coraz większą popularność za pośrednictwem drogi pantoflowej,  oczywistym krokiem było wypuszczenie ich na oficjalnym i jedynym słusznym nośniku, czyli siedmiocalowej płycie winylowej. "The Soundhouse Tapes", nazwane na cześć miejsca w którym zostało objawione światu, ujrzało oficjalnie światło dzienne 9 listopada 1979 roku i zawierało... tylko 3 utwory. Zespół zrezygnował ze "Strange World", tłumacząc to ograniczeniami siedmiocalówki, choć po latach Steve Harris przyznał, że to właśnie ten numer miał najwięcej niedociągnięć natury techniczno-wykonawczej. Możliwe też, że chodziło o osobę wspomnianego Paula Cairns'a, który zagrał tam główne solo, ale w listopadzie 1979 nie był już członkiem zespołu. Opatrzona pomarańczową kopertą z koncertowym zdjęciem Di'Anno oraz ręcznie napisanym komentarzem Neal'a Kay'a na rewersie płytka, rozeszła się w mgnieniu oka, choć jej nakład - 5 000 sztuk - wcale do najmniejszych nie należał. W grudniu 1979 roku zespół podpisał kontrakt z EMI na wydanie debiutanckiego długograja. Wszystko co wydarzyło się potem, jest już dobrze znaną historią.

Temat "The Soundhouse Tapes" wrócił po latach, w roku 1996, kiedy Iron Maiden wydawało składankę "Best of the Beast", celebrując 20 lecie istnienia. Na kompilacji w wersji CD znalazły się dwa nagrania ze Spaceward ("Iron Maiden" i "Strange World"), natomiast wersja winylowa posiadała wszystkie utwory z sylwestrowej sesji. Co ciekawe, w 2001 i 2002 roku dostępna była, pierwszy raz w oficjalnej dystrybucji, wersja CD "The Soundhouse Tapes", limitowana do 6666 sztuk. Mógł ją otrzymać każdy, kto zebrał 6 naklejek z Eddiem, ukrytych w reedycjach albumów Maiden i wysłał do wytwórni Sony wraz z kwotą 6,66 funtów. W zamian otrzymywał paczkę z CD. Płytka wydana była z zachowaniem szacunku do oryginalnej wersji 7'', opakowana jedynie w tekturowy cardboard. Obecnie egzemplarz tamtej repliki kosztuje w okolicach 100-150 funtów i można go, przy odrobinie szczęścia, upolować na ebay. Trzeba jednak uważać! Bliźniaczą wersję pochodzącą z nieoficjalnego źródła i w zasadzie różniącą się jedynie ledwie zauważalnym szczegółem, wypuszczono w okolicy 2012 roku. Ta bywa do ustrzelenia za +/- 30 funtów i trzeba przyznać, że wykonana jest dość porządnie. Ciekawą alternatywą dla tych wersji CD jest jeszcze tzw. vinyl replica z fanklubowej serii CSC. Grecki FC zdecydował się swego czasu wydać na czarnych, winylowych CD-r unikatowe single i EPki Maiden, wszystko limitowane do 100 kopii per tytuł. Pierwszą pozycją w katalogu było właśnie "The Soundhouse Tapes", które zostało tak wiernie odwzorowane, że wewnątrz kartonowej koperty znalazł się nawet replikowany cennik merchandise'u z 1979 roku a płytkę CD zdobył pomarańczowy, papierowy label. Całej serii CSC poświęcony zostanie wkrótce oddzielny artykuł, bo jest to rzecz unikatowa z kolekcjonerskiego punktu widzenia.

Fot. Część kolekcji Maxymovycha - oryginalne
siedmiocalówki
Jeśli chodzi o oryginalnie, winylowe wydanie "The Soundhouse Tapes" z 1979 roku, jest ono aktualnie białym krukiem dla kolekcjonerów - egzemplarz w dobrym stanie, osiąga na ebayu kwoty w granicach nawet 1500 funtów. Ta wersja wśród kolekcjonerskiej społeczności darzona jest miejscami niewyobrażalnym wręcz kultem. Niektórzy z nich oprawiają to wydawnictwo w przeszklone displaye i wieszają na ścianie (ostatnio taki display poszedł na aukcji ebay za kwotę 3 000 funtów), inni zaś, jak chociażby Kenny Maxymovych, starają się mieć jak najwięcej kopii tegoż wydawnictwa. Maxymovych posiada obecnie około 40 egzemplarzy legendarnej siedmiocalówki.

Oczywiście w sieci można natrafić na masę wydań pirackich, nierzadko wzbogaconych o bonusowe utwory z b-side'ów singli czy rzadkich nagrań koncertowych - ma to rzecz jasna swój urok, ale nie ma za wiele wspólnego z formatem oryginalnej wersji. Podróbek winylowych, na różnego rodzaju kolorowych płytach nie sposób zliczyć - co raz wypływają nowe wersje siedmiocalówek, a niektóre dość udanie imitują oryginalne wydanie. Znamienne, że nawet te nieoficjalne wariacje wokół "The Soundhouse Tapes" wciąż wzbudzają wielkie emocje wśród fanów. To tylko potwierdza, jak ważnym wydawnictwem jest ta niepozorna, pomarańczowa siedmiocalówka.



poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Oficjalne biografie to stek bzdur!

Rozmowa z Dougiem Sampsonem, Chopem Pitmanem i Tonym Hattonem.

Wszystko zaczęło się w Październiku, w deszczowym Londynie. Spotkanie z Chopem Pitmanem i Tonym Hattonem było krótkie acz treściwe, podlane sowicie Ironowym "Trooperem". Obiecałem im, że następnym razem spotkamy się w Polsce. Słowa dotrzymałem.
Zespół Airforce, którego członkami są Chop, Tony i Doug Sampson, perkusista Iron Maiden z lat 1977-1979, to wciąż aktywny muzycznie świadek rodzącego się heavy metalu. Zawitali do Lublina, na pierwszy ever, ekskluzywny koncert dla Polskiego Radia. Była to oczywiście wspaniała okazja, aby podpytać członków zespołu, a głównie Douga, o kilka nie do końca jasnych wątków z historii Żelaznej Dziewicy.

World Made of Iron: Panowie, Waszym najnowszym wydawnictwem jest singel "Band of Brothers", który nagraliście z pierwszym, oryginalnym wokalistą Iron Maiden, Paulem Dayem. Jak doszło do tej współpracy?

Tony Hatton: Paul miał się pojawić w Londynie podczas organizowanego 20 stycznia "Cart Day" w pubie Cart & Horses, czyli miejscu w którym Iron Maiden zagrał pierwszy koncert w karierze. Pomyśleliśmy, że gdyby Paul przyjechał nieco wcześniej, fajnie by było coś razem stworzyć. Zaprosiliśmy więc początkowo Paula do wykonania z nami kilku kawałków live, a potem stwierdziliśmy że świetnie by było zrealizować wspólnie jakieś nagranie. Paul ochoczo przystał na ten pomysł i w efekcie mamy "Band of Brothers".

WMOI: "Band of Brothers" nagraliście w studiu Barnyard w Essex, które należy do Steve'a Harrisa.

Doug Sampson:
Tak, Steve i Chop wciąż bardzo się przyjaźnią, więc Chop załatwił nagranie w Essex. To było oczywiście świetne przeżycie i fajny akcent historyczny - pierwszy wokalista Iron Maiden oraz były perkusista tegoż zespołu nagrywają w studiu u Steve'a!

fot. Dave Sullivan, Terry Rance, Paul Day i Steve Harris
WMOI: Z tego co kojarzę, przed Świętami Bożego Narodzenia, doszło do spotkania Steve'a z Paulem Dayem?

Chop Pitman: Tak, spotkał się niemalże cały pierwszy line-up Iron Maiden. Byli tam Steve, Paul, Dave Sullivan i Terry Rance. Zabrakło jedynie Rona Matthewsa, ale z tego co kojarzę, Ron trochę odcina się od tematu. Wciąż ma jakiś żal z tamtych lat, nie wiadomo dokładnie o co chodzi, możliwe że Ron sam już tego nie pamięta (śmiech).

WMOI: To dość ciekawe, że Iron Maiden, pomimo olbrzymiego sukcesu jaki odnieśli, wciąż pamięta o ludziach którzy tworzyli zespół we wczesnych latach.

Doug: O tak, to zdecydowanie wspaniała rzecz. Prócz kilku wyjątków, większość byłych muzyków trzyma kontakt ze Steve'em czy Dave'em. Oni pozostali normalnymi ludźmi. Często się spotykamy, oczywiście jeśli pozwala na to logistyka. Steve mieszka na Bahamach, ale czasem bywa w Londynie i wpadamy do siebie pogadać o starych czasach. 

WMOI: Wspomniałeś o wyjątkach od reguły. Nie tak dawno były wokalista Iron Maiden, Dennis Wilcock pozwał zespół o wykorzystanie jego utworów bez przyznania mu praw autorskich. Znacie tę historię?

Doug: Tak i uważam że totalne nieporozumienie. Dennis po 40 latach przypomniał sobie że to jego kawałki. Dla mnie to totalna żenada. Kiedy przychodziłem do zespołu w 1977 roku i graliśmy numery typu "Prowler" czy "Iron Maiden", nikt nie zaprzątał sobie głowy tym, kto stworzył daną partię czy riff. Wiadomo było że większość numerów tworzyli wspólnie Steve i Dave, ale ciężko powiedzieć w jakich to było proporcjach. Możliwe, że Wilcock dodał kiedyś coś od siebie, ale tak samo ja mógłbym mówić że przejście czy jakiś beat perkusyjny jest mojego autorstwa. I też mógłbym iść z tym do sądu, ale uważam że byłoby to totalnie bez klasy. W tamtych czasach nikt nie wyobrażał sobie, że za 40 lat te kawałki będą legendarne i że będą znane niemalże w każdym zakątku świata. Więc dochodzenie swoich praw do tych numerów po ponad 40 latach jest absurdalne i całkowicie bezzasadne, zwłaszcza że chłopaki bardzo ciężko pracowali na swój sukces.

WMOI: Wielu muzyków którzy współtworzyli zespół w latach 70-tych i 80-tych bazuje aktualnie na starych utworach Maiden, odgrywając je po pubach i klubach. Ty Doug, wraz z Airforce nie macie w swoim repertuarze ani jednego kawałka Maiden. 

Doug: Tak, bo nie można żyć tylko przeszłością. Oczywiście jestem dumny że byłem częścią Iron Maiden i wciąż lubię się tym chwalić. Nigdy nie zamierzałem się odcinać od swoich dokonań z Ironami, ale też nigdy nie chciałem też polegać tylko na nich. Nie czułbym się dobrze opierając całą swoją muzyczną egzystencję na tym, co stworzyłem ponad 40 lat temu. Jestem muzykiem, więc naturalnym moim wyborem jest rozwój, robienie nowych utworów, nagrywanie płyt i tak dalej. Nie czuję potrzeby odtwarzać co wieczór utworów które grałem w latach 80-tych, zwłaszcza że mam teraz swój zespół który ma wiele świetnych kawałków do zagrania. Maiden to ważna część mojego życia, w końcu nie wiadomo jakby się ono potoczyło dalej, gdyby nie problemy zdrowotne przez które musiałem opuścić zespół. Mam bardzo duży szacunek do tamtych czasów ale też do późniejszych dokonań zespołu, bo zrobili przecież masę fantastycznych rzeczy po moim odejściu. Z drugiej strony strony, chciałbym zaznaczyć że nie mam problemu z tym, że niektórzy opierają swój repertuar o piosenki Maiden z czasów kiedy byli w składzie. Jest to świetna sprawa dla fanów, np taki Dennis Stratton robi to kapitalnie i na pewno dla fanów to wielkie przeżycie zobaczyć go w akcji jak gra "Phantom of the Opera".
fot. Airforce podczas spotkania Q&A w Lublinie

WMOI: Naprawdę nigdy nie korciło Cię, żeby zagrać na bis np takiego "Prowlera"?

Doug: Nie. Zagrałem to wiele razy w życiu i naprawdę nie potrzebuje aktualnie do tego wracać, zwłaszcza w Airforce, w którym stawiamy na autorski repertuar. Jeśli mamy już grać cudze kompozycje, to wolimy zagrać Judas Priest albo Accept, który obaj z Chopem uwielbiamy. Być może kiedyś zagram jeszcze "Prowlera", może w jakimś mieszanym składzie, wraz z innym, byłym muzykiem Iron Maiden?

WMOI: Prócz byłych muzyków, trzymacie również stały kontakt z takimi ludźmi jak Dave Lights czy Steve "Loopy" Loonhouse, czyli oryginalnymi członkami ekipy technicznej "Killer Crew".

Chop: Tak, wszyscy oni mieszkają w Londynie i spotykamy się na imprezach lub po prostu przy piwie w barze. Oni też mają wiele kapitalnych historii do opowiedzenia, Loopy wydał nawet jakiś czas temu książkę o swoich przygodach które przeżył pracując jako technik perkusyjny w Iron Maiden. Świetna książka!

WMOI: Doug, charakterystyczną rzeczą dla Iron Maiden zawsze był rozbudowany zestaw perkusyjny, którego używał zarówno Twój następca, Clive Burr, jak i aktualny bębniarz, Nicko McBrain. Pamiętasz kto zapoczątkował tą sceniczną modę? Ty?

Doug: Hmmm, nie wydaje mi się żeby to była jakaś 'sceniczna moda'. Kiedy grałem w Ironach, używałem raczej standardowego zestawu, czyli 3 podwieszane tomy, studnia, werbel, stopa i talerze. Nie przypominam sobie żeby było tego więcej. Wiesz, to były takie czasy kiedy do dyspozycji mieliśmy jedynie średniej wielkości ciężarówkę, w którą musiał zmieścić się sprzęt, ekipa techniczna i muzycy. Siłą rzeczy nie było zbyt wiele miejsca na jakieś bardziej rozbudowane instrumentarium, a musisz wiedzieć że na każdym koncercie jaki graliśmy, zawsze używaliśmy własnego sprzętu, nigdy nic nie pożyczaliśmy. Vic Vella, nasz kierowca zawsze krzyczał: "po jaką cholerę Wam tyle sprzętu!?!?!". Wydaje mi się jednak, że każdy z perkusistów Maiden miał pełną dowolność co do sprzętu na jakim grał i nie było to podyktowane jakąkolwiek wizją, ani managementu, ani Steve'a Harrisa. Skoro Clive używał takiego dużego zestawu, widocznie tak lubił i tak mu było wygodnie.

WMOI: Znałeś się z Clive'em Burrem zanim dołączył do Maiden?

Doug: Nie, co ciekawe, poznaliśmy się dopiero kiedy obaj byliśmy już poza zespołem! Kiedy ja odszedłem z zespołu, trochę się wycofałem, musiałem uporządkować swoje sprawy zdrowotne, Clive natomiast wszedł wtedy na pełnej parze do rozpędzającego się pociągu Maiden i przez 3 lata nie miał zbyt wiele czasu na kontakty towarzyskie, bo był cały czas w rozjazdach. Spotkaliśmy się dopiero ok. 1985 roku, w studiu w którym obaj nagrywaliśmy materiał do swoich aktualnych projektów. Bardzo się polubiliśmy i od czasu do czasu spotykaliśmy się aby pogadać o starych czasach.

WMOI: W Londynie od kilku lat organizowany jest Burr Fest, czyli festiwal pamięci Clive'a. Z Airforce bierzecie tam regularnie udział.

Chop: To wspaniała inicjatywa, zwłaszcza że zrzesza byłych muzyków Maiden, którzy w większości pamiętają Clive'a nie tyle z zespołu, co z czasów przed dołączeniem do niego. Na Burr Fest grali już Dennis Stratton, Paul Di'Anno, Bufallo Fish z Terrym Wapramem na gitarze, Thunderstick czy jedyny pełnoprawny klawiszowiec w historii Iron Maiden, Tony Moore. Takie imprezy są potrzebne, bo upamiętniają wspaniałego człowieka jakim był Clive i pozwalają fanom na poznanie historii ich ulubionego zespołu od podszewki.

fot. Doug Sampson podczas koncertu w Radiu Lublin 
WMOI: Legenda głosi, że podczas nagrywania "The Soundhouse Tapes", czyli pierwszego oficjalnego wydawnictwa Iron Maiden, prócz Ciebie, Steve'a, Dave'a i Paula Di'Anno brał w nim udział jeszcze gitarzysta Paul Cairns. Doug, czy możesz to potwierdzić?

Doug: Tak, faktycznie tak było. Paul nagrał partię drugiej gitary we wszystkich 4 kawałkach i solo w "Strange World".

WMOI: Dlaczego więc nie ma o tym wzmianki ani na kopercie płyty ani w oficjalnej biografii Iron Maiden "Run to the Hills"?

Doug: Och, oficjalne biografie to zawsze jest stek bzdur! (śmiech). Podobno gdzieś napisali że pracuję jako operator wózka widłowego, a ja nawet nie mam na to papierów! Co do Paula Cairnsa, sprawa jest prosta. To były czasy, kiedy skład Maiden wciąż nie mógł się ustabilizować, Paul Cairns był w zespole raptem miesiąc lub dwa, ale trafił akurat na sesję nagraniową w Spaceward. Zrobił swoją robotę, po czym odszedł z zespołu. "The Soundhouse Tapes" wydane zostało kilka miesięcy później, kiedy skład faktycznie był czteroosobowy, więc koperta płyty przedstawiała aktualną sytuację personalną. Kiedy płyta była w tłoczni, w tym czasie dołączył jeszcze Tony Parsons, który też nie miał farta i nie załapał się na kopertę (śmiech). Trzeba pamiętać że w tamtym okresie wszystko działo się naprawdę szybko i obecnie ciężko to wszystko idealnie umiejscowić na osi czasu. Zmiany personalne, kontrakt z EMI, nagrania pierwszej płyty, koncerty, składanki... Może komuś uda się to kiedyś poukładać, ale to ciężkie zadanie, bo nawet mi mieszają się te wątki. Myślę że nawet Steve tego wszystkiego już nie pamięta! Niemniej jednak, faktem jest że Paul Cairns nagrywał z Iron Maiden w studiu Spaceward. Zresztą, słuchając tej płyty bardzo łatwo wychwycić, że partie drugiej gitary nie należą do Dave'a Murraya. Całkowicie inny styl gry.

WMOI: Druga ciekawa legenda dotycząca tamtych czasów mówi, że sesja nagraniowa albumu "Iron Maiden" rozpoczęła się jeszcze z Tobą w składzie. Zachowały się jakieś nagrania z tego okresu? Czy Twoje ścieżki zostały wymazane i zastąpione nagraniami Clive'a?

Doug: To było trochę inaczej. Kiedy Iron Maiden podpisało kontrakt z EMI, zespół szukał producenta który zrobiłby z nami pierwszą płytę. Zostało więc nagranych kilka demówek ze mną w różnych studiach i z różnymi producentami. Istnieje wersja "Running Free" z moim udziałem, ale to straszne gówno, ze względu na fatalną produkcję i jakość nagrania - nigdy nie ukazało się to oficjalnie, ale wiem że krąży po internecie w fanowskim obiegu. Kilka nagrań z tego okresu poszukiwań zostało upublicznionych na składance Metal for Muthas ("Sanctuary" i "Wrathchild" - przyp. red.) oraz na stronie B singla "Running Free" (mowa o utworze "Burning Ambition" - przyp. red.)

WMOI: Obecnie "Świetym Graalem" dla fanów Iron Maiden wydaje się demo z 1977 roku, którego fragmenty upublicznił Thunderstick. Słyszałeś te nagrania?

Doug: Tak, ale to raczej ciekawostka niż coś czego faktycznie warto posłuchać. To nagrania poczynione zaraz przed rozpadem zespołu, z kiepsko dysponowanym Dennisem Wilkock'iem, bez Dave'a Murraya i z Thunderstickiem na bębnach, który utrzymał się w zespole chyba z 2 tygodnie. To bardzo mierne wykonania kawałków które potem składaliśmy od nowa do kupy, po tym jak dołączyłem do zespołu. Zdaję sobie sprawę że dla fanów to zapewne bardzo duża ciekawostka, ale uwierzcie mi że poza wartością historyczną, muzycznie to kompletny niewypał. 

WMOI: Nie zachowało się zbyt wiele nagrań koncertowych z okresu Twojej bytności w zespole, ale na Ebayu można dorwać bootleg z Ruskin Arms z października 1979 z Twoim udziałem.

Doug: Słyszałem o tym. Jednak jakość nie jest powalająca, to raczej coś dla najbardziej zagorzałych fanów. Wiem że istnieje jeszcze kilka nagrań z okresu kiedy bębniłem w Ironach, ale sam nie posiadam nic co byłoby warte upublicznienia.

WMOI: No dobra, to skoro już jesteśmy przy czasach dawnych. Chop, jak to było z tym pożyczaniem wzmacniacza Steve'owi? Faktycznie uratowałeś Iron Maiden przed niebytem?

Chop: Haha, tak! (śmiech) Znałem się ze Steve'em od dziecka, mieszkaliśmy obok siebie. Kiedyś przyszedł do mnie i powiedział że ma zaklepany koncert w Cart & Horses ze swoim nowym zespołem, ale nie ma dobrego sprzętu! Chop, ratuj! (śmiech) Ja akurat miałem sporo gitarowych gratów, więc powiedziałem: ok, coś zmontujemy. Skończyło się na tym, że Steve Harris grał na basie podłączony do gitarowego pieca. Brzmiał jednak całkiem nieźle. 

WMOI: Skoro znałeś się tak dobrze ze Stevem, dlaczego nigdy nie zostałeś gitarzystą Iron Maiden?

Chop: Nie byłem wystarczająco dobry. Po prostu. Byłem kiedyś u nich na przesłuchaniu, ale nie zażarło. Wiesz, ciężko było dorównać do Dave'a Murraya, spójrz tylko na ich historię, jak wielu gitarzystów przewinęło się przez skład Maiden na przestrzeni lat - to wyjaśnia w zasadzie wszystko. Grać u boku Dave'a to wielkie wyróżnienie ale i wielkie wyzwanie, bo to naprawdę świetny gitarzysta. Zdarzało mi się jammować ze Steve'm, Dave'm czy Adrianem, ale nie grałem z nimi kawałków Maiden.

40 LAT BESTII - cz. 1

40 lat temu światło dzienne ujrzało ponadczasowe dzieło zatytułowane "The Number of the Beast". Okrągła rocznica skłania do reflek...