wtorek, 23 października 2018

Z wizytą u Clive'a Burr'a.

Do Londynu wybrałem się w sprawach biznesowych: spotkać się z klientami i porozmawiać o przyszłości. Jednak wieczorem, gdy biznesowe rozmowy cichły, miałem niepowtarzalną okazję poznać nieco lepiej miasto, w którym najlepszy zespół heavy metalowy wszechczasów, Iron Maiden, stawiał swoje pierwsze kroki.

Do Londynu dotarłem w niedzielę, późnym wieczorem. Przywitał mnie oczywiście legendarny angielski deszcz, bardzo typowy dla tej pory roku. Zatrzymałem się na Romford Road, w dzielnicy Stratford. 10 minut do nowego stadionu West Ham United* i jakieś 5 minut do... "Cart & Horses". Temu lokalowi poświęcę nieco więcej miejsca w kolejnym wpisie, natomiast tu jedynie odnotuje że jest to legendarny pub mieszczący się na Maryland Road, w którym to Ironi zagrali swój pierwszy koncert ever. To właśnie tam we wtorkowy wieczór miałem okazję porozmawiać z Chopem Pitmanem i Tony Hattonem, odpowiednio gitarzystą i basistą heavy metalowego zespołu AirForce, w którym to na bębnach gra niejaki Doug Sampson. Sampson to perkusista, który zagrał na legendarnej "The Soundhouse Tapes", czyli pierwszym wydawnictwie Ironów z 1979 roku**. Sympatyczni Brytyjczycy opowiedzieli mi kilka ciekawych anegdot i historii z przeszłości oraz udzielili krótkiego wywiadu - ten postaram się opublikować niebawem na blogu. Nasza rozmowa zeszła także na temat byłych członków Maiden, w tym na osobę nieodżałowanego perkusisty, Clive'a Burra, którego grę można podziwiać na trzech pierwszych albumach Maiden: "Iron Maiden" z 1980 roku, "Killers' z 1981 i słynnym "The Number of the Beast" z 1982. Clive niestety zmarł w 2013 roku, przegrywając walkę z chorobą z którą zmagał się przez wiele lat. "Chciałbyś odwiedzić Clive'a?" - zapytał wprost Chop. Pewnie! Okazało się że Chop był przyjacielem perkusisty przez wiele lat, dobrze znał się również z jego żoną, Mimi. Wykonał do niej połączenie aby upewnić się w którym dokładnie miejscu pochowany jest Clive, a ta zamiast tego, zaproponowała spotkanie i krótką wycieczkę następnego dnia.

PRAWDZIWY HEAVY METAL


Fot. Clive i jego legendarny biały zestaw.
Mimi to drobna Angielka, która jak się okazało, walczy z tą samą chorobą z którą zmagał się jej mąż, czyli ze Stwardnieniem Rozsianym. Jej stan jest jednak znacznie lepszy a stadium choroby nie aż tak bardzo zaawansowane jak to było u Clive'a. Mimi postanowiła zawieźć nas w kilka miejsc które były ważne jeśli chodzi o jej męża.
Najpierw pojechaliśmy do skromnej posiadłości w Leyton, w której mieszkała razem z Clivem. "To jego pokój, zostawiłam go tak jak był, kiedy mieszkał tu Clive" - powiedziała, kiedy otworzyła drzwi do przestronnego pomieszczenia, który faktycznie wyglądało jakby nikt nic w nim nie ruszał od kilku lat. Ściany zdobiły fotografie Burra z tras po USA i Japonii, które Iron Maiden odbyli w 1981 i 1982 roku. W centralnym punkcie pokoju znajdował się również charakterystyczny display ze złotą płytą za album "The Number of the Beast". Prócz tego masa płyt cd i winyli z muzyką hard'n'heavy, dużo magazynów rockowych oraz pocztówek z całego świata. "Clive uwielbiał utrzymywać kontakt z fanami, był dla nich wspaniały, tak jak oni dla niego"- skomentowała pocztówki Mimi. Przed posiadłością stoją dwa garaże. W jednym z nich okazały, biały zestaw perkusyjny, dla każdego fana Iron Maiden w mig łatwy do rozpoznania. "Używał go podczas gry w Maiden a także już po rozstaniu z zespołem. Póki jego kondycja na to pozwalała, cały czas na nim ćwiczył" - opowiadała. Przed garażami stał natomiast przedmiot który jest prezentem od greckiego fana. Potężna, metalowa rzeźba, rozmiarów ok 2 metrów wysokości na 4 metry szerokości przedstawia zespół Iron Maiden za czasów wspomnianego "The Number of the Beast". "Stoi tu od lat, nikt nie potrafi tego przenieść. To prawdziwy heavy metal!" - śmiała się Mimi. "Chłopaki z Maiden zaoferowali że to zabiorą. Ale nie chciałam żeby to robili. To ciekawe, że po tylu latach cały czas mamy świetny kontakt, zwłaszcza ze Steve'em. Iron Maiden jest jak rodzina. Jeśli już raz się w tym gronie znajdziesz, to nie da się stąd tak po prostu odejść. Wszyscy wciąż trzymają się razem, aktualni i byli członkowie. Wciąż wspierają fundację Clive'a. Rod Smalwood [manager Ironów - przyp. autor] bardzo często podsyła jakieś gadżety na licytację. To wspaniali ludzie, pozostali normalni mimo tak ogromnego sukcesu jaki odnieśli".

POŚRÓD DRZEW I KWIATÓW


Fot. Miejsce pochówku Clive'a Burra.
Kolejny etap naszej podróży to wizyta na cmentarzu. Angielskie cmentarze to coś z goła odmiennego od naszych, Polskich nekropolii. To coś na kształt ogromnego parku, po którym możesz poruszać się samochodem. Pośród krzewów, drzew i kwiatów, małe, skromne tabliczki, ławeczki, praktycznie bez monumentów i pomników. Urna z prochami Clive'a znajduje się w niewielkiej alejce, nieopodal dużego dębu. Maleńka tabliczka, rozmiarów ok 10 cm x 8 cm, jest ledwie zauważalna w potoku kwiatów które są w okół niej rozsiane. To miejsce bardzo intymne, emanujące rodzinną miłością. Nieopodal, znajdują się również prochy rodziców Clive'a. "Matka Clive'a miała Polskie korzenie, pochodziła z Głogowa. W czasie wojny wyemigrowała jednak do Anglii, gdzie poznała męża, no i już tam została" - opowiadała Mimi, wiedząc że jestem z Polski. Wizyta na miejscu pochówku Clive'a była dla mnie dużym przeżyciem, zwłaszcza że kiedy w 2013 roku dotarła do mnie informacja że perkusista zmarł, bardzo żałowałem że nie dane mi było poznać go osobiście. Teraz przynajmniej mogłem złożyć mu hołd przy jego mogile.

Fot. Lipa Clive'a w Alei Pamięci
Ostatnim przystankiem naszej wycieczki była Aleja Pamięci, położona przy jednym z londyńskich kościołów. Prowadzi do niej kilka wąskich uliczek. "Nie jestem za dobrym kierowcą. Clive za to jeździł świetnie. Tak jak grał na perkusji, tak samo prowadził samochód: z wyczuciem, bardzo pewnie. Jeździł w wielu miejscach, w Europie, w Stanach, w Japonii, i nigdy nie miał z tym problemu. Ja gubię się nawet tutaj, choć mieszkam tu od tylu lat!" - opowiadała po drodze Mimi. W Alei Pamięci, przyjaciele perkusisty zasadzili ku jego pamięci lipę szerokolistną. Takie same drzewo pamięci Clive'a zostało posadzone również w Paryżu i Nowym Jorku. To bardzo ciekawa tradycja, mająca podobno swoje korzenie w czasach średniowiecznych. Teraz jednak jest oczywiście zdecydowanie trudniej o dobre miejsce na zasadzenie takiego drzewa. Tu dzięki dobrej woli parafii i przyjaciół Burra, było to możliwe. Mimi powiedziała mi: "To sprawia że pamięć o Clive będzie trwać długie lata. To i muzyka którą po sobie pozostawił. Bardzo mi go brakuje..."

_____
* West Ham United to niezwykle ważny klub w historii Iron Maiden. Założyciel zespołu, Steve Harris jest wielkim kibicem tej drużyny, na scenie wciąż nosi klubowe barwy, w tym opaski na ręce i szal, tzw barwówkę. Clive Burr również należał do grona kibiców klubu. Oryginalny stadion West Ham, Boleyn Ground został rozebrany w 2017 roku, a klub przeniósł się na wybudowany na potrzeby Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku, London Olympic Stadium. 

** Materiał z "The Soundhouse Tapes", nagrany w sylwestrową noc 1978/79 w londyńskim Spaceward Studios, miał tak naprawdę dwie odsłony. W pierwszej połowie roku 1979 istniał po prostu jako "Demo ze Spaceward" i w takiej formie, na szpulowej taśmie był rozprowadzany wśród klubów, DJ-ów i lokalnych promotorów. Był jednak na tyle dobry, że Harris i spółka zdecydowali się go wydać w formie limitowanej do 5000 sztuk płyty winylowej. Nazwa mini-albumu wzięła się od popularnej imprezy prowadzonej przez DJ Neala Kaya ("Heavy Metal Soundhouse"), który puszczał na niej kawałki Ironów z demo i promował zespół wśród bywalców swojej "dyskoteki". Znamienne, że "The Soundhouse Tapes" posiadało o jeden utwór mniej niż oryginalne demo - muzycy zespołu zrezygnowali z oficjalnego upubliczniania ballady "Strange World". Utwór ten, oficjalnie, ujrzał światło dzienne dopiero w 1996 roku, jako ekskluzywny bonus do pierwszego The Best Of Maidenów, "The Best of the Beast". Winylowa, czteropłytowa, edycja tegoż wydawnictwa zawierała również pozostałe nagrania z legendarnej taśmy demo ze Spaceward. Oryginalne wydanie "The Soundhouse Tapes" jest obecnie istnym białym krukiem jeśli chodzi o wydawnictwa Iron Maiden a jego ceny osiągają dość zawrotne kwoty. W tym miejscu należy zwrócić uwagę na oszustów, którzy rozprowadzają bootlegowe edycje tejże płyty a także jej wersje na CD. Na tym nośniku "The Soundhouse Tapes" zaistniało oficjalnie tylko raz, jako prezent dla członków fan-clubu IM, którzy wzięli udział w specjalnie organizowanym konkursie. Nakład winylowej repliki tego wydawnictwa był limitowany do 666 kopii i jest dziś, tak samo jak winylowa płyta-matka, kolekcjonerskim rarytasem.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Be A Part of Legacy

Iron Maiden, Kraków, Tauron Arena, 27.07.2018


Nawiązując do wstępu z poprzedniego artykułu - żaden kataklizm się nie wydarzył i 5 show Iron Maiden w moim życiu stał się faktem. Weekend w Krakowie był niesamowity i pełen emocji i na pewno zapamiętam go na bardzo, bardzo długo. 

Iron Maiden przyjechało do Krakowa w ramach przekrojowej trasy "Legacy of the Beast Tour", która zalążek ma w grze komórkowej o tym samym tytule. Zestaw hitów + scenografia odnosząca się do scen z gry - tak w uproszczeniu można by było przedstawić introdukcję do tego show. W dużym uproszczeniu.

Ciężko wymagać od zespołu który jest obecny na scenie nieprzerwanie od 40 lat, zaskoczeń czy innowacji. Jednak Ironi w zasadzie od zawsze uciekali od wszelkich standaryzacji i szufladek, na maksa wykorzystując potencjał który drzemie w każdym, kto tworzy ich ekipę. A śmiało można stwierdzić, że Iron Maiden to nie tylko szóstka muzyków, to także cały management, technicy, scenografowie, marketingowcy - jednym słowem: kolektyw. I ten kolektyw wciąż bardzo mocno pracuje na to, żeby Iron Maiden nie było tylko grupką stetryczałych panów odcinających kupony i odgrywających największe hity na żywo, ale żeby wokół tej nazwy wciąż się działo, żeby zespół wciąż przyciągał, wciąż zniewalał, wciąż zaskakiwał i wciąż inspirował kolejne pokolenia.

Kiedy kilka minut po 21, przy dźwiękach rozpoczynającego się "Aces High", prosto na mnie  wyleciał realnej wielkości Spitfire (prawdziwy, a nie jakiś tam z ekranu), serce zabiło mi zdecydowanie szybciej. Brawurowe wykonania "Where Eagles Dare" i "2 Minutes to Midnight" na pewno nie wpłynęły na uspokojenie tętna. Dopiero kiedy Bruce Dickinson wygłosił krótką przemowę o wolności, która była jednocześnie introdukcją do epickiej wersji "The Clansman", można było chwilę odetchnąć. Chwilę, bo utwór bardzo szybko wszedł na pełne obroty. Zespół zgrabnie podzielił swój set tematycznie - pierwsze utwory spajał wspólny mianownik wojny i walki. Stąd też scena przybrana była w wojskowe maskownice, kolczaste druty i barykady, a technicy wychodzili na scenę w wojskowym rynsztunku. Wiązankę wojennych przebojów zakończył wykonany z niebywałym wykopem "The Trooper", podczas którego Dickinson chwycił w dłonie Polską flagę, czym spowodował ogromny aplauz licznie zgromadzonej w Tauron Arenie publiczności. W trakcie utworu na scenę wkroczył także 3 metrowy Eddie w przebraniu angielskiego kawalerzysty - dokładnie taki sam, jaki widnieje na okładce singla rzeczonego utworu. Maskotka zespołu stoczyła obowiązkowy pojedynek z Brucem na szable, a także poprzeszkadzała trochę gitarzystom. Ci z kolei, zabrzmieli w piątkowy wieczór wybornie, selektywnie i odpowiednio ciężko zarazem. Gitarowe pojedynki Adriana Smitha i Dave'a Murraya zawsze były esencją stylu Iron Maiden, ale na żywo, podczas koncertowego żywiołu, miałem wrażenie że wypadają jeszcze bardziej smakowicie. Dwójce gitarzystów wtórował dzielnie Janick Gers, który również miał kilka swoich momentów. Pełen uznania jestem również dla Nicko McBraina, który mimo swojego wieku, wciąż bardzo solidnie napędza rytmiczną machinę brytyjskiego zespołu oraz zaskakuje potężnym brzmieniem swoich bębnów. Wszędobylski basista i lider zespołu, Steve Harris, dwoił się i troił, będąc raz po jednej stronie sceny, raz po drugiej, a to podchodząc blisko do stanowiska perkusyjnego, a to biegnąc wprost na krakowski tłum.

Kiedy panowie rozpoczęli "Revelations", trzeci już numer z klasycznego "Piece of Mind", scena zamieniła się w rozświetloną katedrę, pełną witraży, kandelabrów i gotyckich zdobień. Widok zapierał dech w piersiach. Był to też znak, że zespół wkroczył w drugą część setu która wypełniona była utworami nawiązującymi do tematów religijno-duchowych. Scena-katedra była idealnym miejscem na kolejne kreacje Bruce'a Dickinsona, który co utwór zmieniał charakteryzację: koncert rozpoczął w czapce pilotce, potem zabawiał się w żołnierza, kaznodzieję, barda, proroka a nawet... mnicha. Podczas "Sign of the Cross" dźwigał na górę sceny świecący krzyż, podczas "Fear of the Dark" przywdział maskę i kapelusz a w trakcie brawurowego wykonania kolejnego klasyka, "Flight of Icarus", strzelał w stronę olbrzymiego Ikara, zawieszonego z tyłu sceny, miotaczem ognia. Dickinson generalnie sprawiał wrażenie strasznie zaangażowanego w komplet gadżetów które zostały mu udostępnione na potrzeby spektaklu Iron Maiden. Ważne jednak, że tak samo zaangażowany był w śpiew, który w piątkowy wieczór w Krakowie prezentował się bez zarzutu. Bruce na koniec wieńczącego koncert "Run to the Hills" postanowił za pomocą dynamitu wysadzić całą scenę w powietrze. Tauron Arena rozbłysła płomieniami a zespół jeszcze długo rzucał ze sceny kolejne gadżety w postaci kostek, frotek, pałek czy naciągów perkusyjnych. 


Ilość rekwizytów, przygotowanie sceny i starannie ułożona setlista świadczyła o tym, że każdy z 20,000 osób zgromadzonych w Tauron Arenie doświadczył nie tyle zwykłego rockowego koncertu, ale starannie wyreżyserowanego, heavy metalowego spektaklu, w którym muzyka stała na równi z oprawą, wspaniale z nią korespondowała i tworzyła jedną, wielką całość. W tym miejscu należy się właśnie ukłon całej ekipie która pracuje nad tym, aby ten spektakl wyglądał dokładnie tak jak wygląda. Dodając do tego wspaniałe zgranie zespołu i swego rodzaju świeżość którą prezentowali, spokojnie można stwierdzić że Iron Maiden to unikat na skalę światową i jeśli kiedyś nadejdzie ten okropny dzień w którym przestaną grać, świat straci jeden ze swoich największych, muzycznych cudów. O ile nie największy.

Tymczasem życzę sobie i Wam szybkiego powrotu zespołu do Europy i do Polski, bo kolejny koncert Ironów na naszej ziemi, to absolutna jazda obowiązkowa w kalendarzu każdego, szanującego się, fana rocka.

* * *

Znamienne że Maidenowy weekend w Krakowie, to nie tylko koncert i przed koncertowa gorączka. Kilka dni przed gigiem do szerszego grona fanów dotarła informacja o konkretnym miejscu w którym zatrzymali się muzycy. Fani okupowali wejście do hotelu od wczesnych godzin porannych aż do późnych godzin nocnych. Sami muzycy wydawali się nieco zakłopotani tą sytuacją, gdyż nie spodziewali się że podczas standardowego wyjścia na zwiedzanie miasta, będą musieli przebić się przez kilkudziesięcioosobowy tłum wielbicieli. Niektórzy z nich konsekwentnie unikali konfrontacji z fanami szukając alternatywnych wyjść z hotelu, inni z kolei z podniesioną przyłbicą podejmowali rękawice i wychodzili do fanów. Największy szacunek należy się liderowi grupy, Steve'owi Harrisowi który w sobotnie, upalne popołudnie, w wiatrołapie hotelu, przez pełne 45 minut podpisywał płyty i fotografował się z każdym, kto tylko tego chciał. Przez rzeczony wiatrołap przewinęło się ponad 100 osób i każdy z nich mógł chociaż przez te kilka sekund obcować z legendarnym basistą i założycielem Iron Maiden. Nicko McBrain i Janick Gers również pokazali się na chwilę fanom, jednak dość służbistyczna (z kilkoma wyjątkami) ochrona, konsekwentnie utrudniała dłuższą sesję. Nieliczni szczęśliwcy byli jednak bogatsi o kolejne fotki i autografy. Ta sytuacja dowodzi jednego i w zasadzie w pewien sposób tłumaczy, dlaczego Ironi zaszli tak daleko. Harris, McBrain, Gers, Smith, Murray i Dickinson pozostali normalnymi ludźmi, którzy nie obstawiają się gwardią własnych ochroniarzy, którzy nie chowają się za przyciemnianymi szybami swoich prywatnych limuzyn. Poza sceną są normalnymi ludźmi, którzy, tak jak ich fani, oddali się swojej największej pasji: muzyce. Między innymi to stanowi o wyjątkowości tego zespołu i dokładnie to sprawia, że już na zawsze Iron Maiden pozostanie najważniejszym zespołem mojego życia.

UP THE IRONS!


czwartek, 26 lipca 2018

555

Tak się składa, że jutro, czyli 27 lipca, zaliczę - jeśli oczywiście żaden kataklizm nie stanie mi na drodze - swój piąty koncert Iron Maiden. Zespołu, który inspiruje mnie od wielu lat, zespołu którego pierwsze dźwięki usłyszałem gdy miałem 12 lat, zespołu który był ze mną w chwilach złych, dobrych, smutnych, radosnych, zespołu który prawdopodobnie pozostanie ze mną do końca moich dni. 

Mogę powiedzieć o sobie, że jestem zdroworozsądkowym fanem, choć wielu z moich znajomych uważa że jestem pierdolnięty na ich punkcie. Nie jeżdżę jednak za zespołem po całym globie, zaliczając jak największą liczbę koncertów, nie biegam za członkami zespołu po ich rodzinnych miejscowościach ani nie wystaje pod ich posiadłościami. Od 7 lat koncert Ironów w moim kraju jest jednak czymś obowiązkowym, tak jak posiadanie pełnej dyskografii na półce. Spotkanie i autografy wszystkich członków to póki co niespełnione marzenie, albo marzenie niespełnione w całości, wszak zarówno Bruce Dickinson jak i Steve Harris złożyli swoje podpisy na moich kopiach Ironowych klasyków. 
Jako że w Krakowie zobaczę Maiden po raz 5, postanowiłem podzielić się z Wami 5 historiami, które dotyczą 5 albumów brytyjskiej grupy, które znaczą dla mnie najwięcej. Dodam, że spojrzenie jest bardzo subiektywne, podyktowane w wielkiej mierze emocjami, wspomnieniami, a nie tylko samą zawartością owych wydawnictw. Zresztą, po przeczytaniu, zrozumiecie...

THE BOOK OF SOULS (2015)


Zacznę od końca. "The Book of Souls" to album który prawdopodobnie jest najczęściej przesłuchanym przeze mnie albumem ever. Płyty tej słuchałem w każdej możliwej sytuacji: w domu, w samochodzie, w autobusie, w pracy. Moja żona miała swego czasu już tej płyty serdecznie dość i z tego co wiem, nie przeszło jej to po dziś dzień.
Emocje które towarzyszyły oczekiwaniu na ten krążek były ogromne. Z założenia, czekałem aż będę miał dostęp do oryginalnego CD i długo pozostawałem głuchy na wszelkiego rodzaju wycieki i nieoficjalne downloady. Jednak pamiętam, że na 5 dni przed premierą uległem, za sprawą przypadkowo odtworzonego początku "Empire of the Clouds", czyli numeru który zamyka cały album. Klawiszowy wstęp urzekł mnie swoją lekkością i mistyką, na tyle, że zdecydowałem się złamać i przesłuchać całe wydawnictwo. Nie będzie w tym krzty przesady, jeśli powiem że były to jedne z najpiękniejszych chwil mojego muzycznego życia, w których to emocje, gęsia skórka i podniecenie mieszały się z błogością i uczuciem spełnienia. Ironi pokazali na "Księdze Dusz" jak operować emocjami, jak przy pomocy prostych środków opowiedzieć historie które na długo zapadną w pamięć. Wrześniowe spacery wzdłuż rzeki z tą płytą w słuchawkach mogły się dla mnie nie kończyć na 3 lata od premiery wciąż mnie urzeka i wciąż wywołuje podobne emocje. To niesamowite że zespół istniejący na rynku od ponad 40 lat wciąż potrafi tak zagrać, tak zabrzmieć, tak tworzyć. I to, że facet po 30-stce może poczuć się za sprawą muzyki swoich idoli znów jak nastolatek.


THE FINAL FRONTIER (2010)

 "The Final Frontier", mimo iż nie jest krążkiem wybitnym, jest dla mnie ważny z jednego, prostego powodu: to dzięki tej płycie ponownie zakochałem się w Iron Maiden. 
Pamiętam że zaczęło się od niechcenia, na zasadzie "sprawdźmy co zrobili nowego". Nie wiązałem z odtworzeniem utworu z YouTube wielkich nadziei, spodziewałem się raczej że włączę i wyłączę po kilku minutach. Ale to był numer pt "Starblind".
Był taki moment w moim życiu, kiedy zafascynowany punkiem i grunge'm straciłem na chwilę zainteresowanie klasycznym graniem. W 2006 roku zignorowałem nawet premierę "A Matter of Life and Death", kosztem kolejnych odkryć z punkowej sceny. Jednak kiedy punk po początkowej fascynacji zaczynał po prostu nużyć a grunge wydawał się być zbyt miałki, trzeba było powrócić do starych, sprawdzonych idoli.
Siedziałem jak zaczarowany, z tym charakterystycznym uśmiechem na twarzy i gęsią skórką. A za chwilę z kolejki odtworzył się "The Talisman", a potem "When the Wild Winds Blow". I już wiedziałem że ponownie kocham ten band, że znowu jest to moja ulubiona kapela ever, że za chwilę pobiegnę do sklepu i że znów będę kupował każde wydawnictwo na której okładce będzie widniał ten szkaradny stwór zwany Eddiem. Po dziś dzień "The Final Frontier" jest płytą do której wracam często i którą słucham z przyjemnością. Kilka miesięcy później dane mi było po raz pierwszy usłyszeć Iron Maiden na żywo, w ramach trasy promującej "Ostatnią Granicę". Równie piękne uczucie.


BRAVE NEW WORLD (2000)

 Okres po reunion jeśli chodzi o Ironów to dość kontrowersyjny temat wśród fanów. Wielu z nich zarzuca zespołowi zbytnie rozwlekanie kompozycji i brak podążania sprawdzonym schematem prostych i chwytliwych kompozycji. Ja natomiast z lubością odtwarzam krążki po reunion, w których znajduję to co lubię w Ironach najbardziej: liryczność, szaleństwo, piękne melodie i zadziorne riffy, szybkie solówki i fascynujące, akustyczne fragmenty. "Brave New World" to bodajże najdoskonalszy i najbardziej obszerny zbiór moich ulubionych, rockowych melodii. Powroty do tej płyty są zawsze fascynujące a niemalże od 18 lat odkrywam ją na nowo. Ta płyta posiada również utwór który śmiało znalazłby się w TOP3 mojego prywatnego rankingu najlepszych kawałków heavy metalowych wszechczasów. Chodzi o "Out of the Silent Planet", kawałek którego riffy a przede wszystkim totalny refren, są zdolne wyrywać drzewa z korzeniami.
Na okładce mojego egzemplarza "Brave New World", 2 lata temu swoje podpisy złożyli Bruce Dickinson i Steve Harris, czym ostatecznie podkreślili wyjątkowość tego albumu. 


LIVE AFTER DEATH (1985)

Nie ma co ukrywać, gdyby nie ten album, nie byłbym fanem Iron Maiden. O moim losie zadecydował przypadek. Kolega chciał, żebym przegrał mu płytę na kasetę - miałem takie możliwości bo mój tata dysponował solidnym sprzętem. Tą płytą było właśnie "Live After Death". Na początku przyciągnęła mnie okładka, nieco kiczowata, ale emanująca mocą - rażony piorunem truposz ożywa i zrywa się z okowów śmierci. Gdzieś obok kot z aureolką, jakieś stwory, błyskawice i przemykająca z kosą śmierć. Mieszanka grozy, horroru i kiczu była zarazem odrażająca jak i zaskakująco przyjemna dla oka. A potem z płyty popłynęły krzyki, piski i gwizdy uwiecznionej publiczności, mówione intro, i... 
Energia muzyki była wręcz zatrważająca. Od "Aces High", poprzez brawurowo zagrany "The Trooper" aż po "The Number of the Beast", "Hallowed Be Thy Name" czy przede wszystkim "Flight of Icarus" ta płyta była jak trzęsienie ziemi, przetaczająca się nawałnica. Wciąż jak słucham tych nagrań, nie mogę uwierzyć w obłędny wokal Bruce'a Dickinsona, w perfekcyjne riffy i solówki Adriana Smitha i Dave'a Murraya, w ten kapitalny, wszędobylski bass Steve'a Harrisa i gęstą a zarazem czujną grę Nicko McBraina. Ten dwupłytowy elementarz heavy metalu to obowiązkowa jazda dla wszystkich którzy chcą poznać Iron Maiden i sam styl w ogóle. Płytę przegrałem również dla siebie, a kasetę zakatowałem chyba na amen. Potem sięgałem już sam po wszystko co było sygnowane charakterystycznym, kanciastym logotypem kapeli, poznawałem kolejne klasyki, zakochiwałem się w nowych utworach, ale jednocześnie, wracałem do koncertówki z Long Beach Arena. To wciąż jest czysta esencja, orgazmiczna podróż do gwiazd, która zmieniła moje muzyczne życie i zdeterminowała je na wiele przyszłych lat. 


POWERSLAVE (1984)

 Ostatni krążek w zestawieniu a zarazem krążek z którym wiąże się jedna z najlepszych historii z mojego nastoletniego życia.
Było lato 2001 roku. Jako gnojek który ciułał grosz za groszem, śliniłem się do świeżej dostawy Ironowych remasterów w pobliskim Empiku. "Powerslave" był wtedy w przystępnej cenie, bodajże 42 zł - wszystkie inne płyty kosztowały od 52 w górę. Znałem ten krążek z przegrywanej taśmy, dość wątpliwej już jakości. Trułem dupę o tej płycie i jej lokalizacji każdemu kogo spotkałem na swojej drodze: mamie, tacie, wujkowi, cioci, babci, dziadkowi, kolegom z podwórka, sąsiadom i ich dziecom. Dziadek jako jedyny się nade mną zlitował: "dołożę Ci brakującą kwotę, o ile wcześniej pójdziesz do fryzjera". Dziadek był spoko gościem, ale był konserwatywny niekiedy aż do bólu. Długie włosy kojarzyły mu się z czymś brudnym, nie przystającym chłopakowi w wieku 14 lat. A ja akurat zapuszczałem włosy, bo heavy metal coraz bardziej mnie kręcił i cała ta subkultura długowłosych bogów metalu była czymś z czym chciałem się utożsamiać. To był jeden z największych i najtrudniejszych wyborów i dylematów moralnych, przed jakimi stanąłem w swoim, nie tylko nastoletnim, życiu. 
 
 Egzemplarz "Powerslave" z nieistniejącego już salonu Empik wciąż stoi u mnie na półce i wciąż nader często kręci się u mnie w odtwarzaczu, przypominając mi beztroskie chwile, początki mojej muzycznej, metalowej drogi, dziadka i to jak płacił w Empiku za płytę w jedno- i dwu- groszówkach. Pikanterii do historii tegoż wydawnictwa dodaje fakt, że w 2016 roku, podpisał go osobiście sam Steve Harris. Muzycznie to oczywiście czysta potęga, perfekcyjne brzmienie, genialne kompozycje i śpiew Dickinsona, który kruszy skały. Do tego najbardziej majestatyczna okładka w historii muzyki rozrywkowej i obraz, na który mógłbym gapić się godzinami, zastanawiając się dokąd podążają te wszystkie postaci, które na nim widnieją.

Fot. Autor i Steve Harris, listopad 2016







Znamienne, że wybranie tych 5 najważniejszych, Maidenowych płyt, spośród 132 innych egzemplarzy które stoją  na mojej półce w przegródce pod literką "I" wcale nie było takie trudne. Nie zrozumcie mnie źle: uwielbiam monumentalne "Seventh Son of a Seventh Son", przepadam za brzmieniem "Somewhere in Time", rozpływam się nad surowością "Killers" a nawet doceniam mrok i posępność "The X-Factor". Ale jeśli pewnego dnia do drzwi mojego mieszkania miałby zapukać komornik i powiedzieć: "rekwiruję pana płyty kompaktowe, może Pan zostawić tylko 5 sztuk", to zostawiłbym wymienione wyżej tytuły, bo to po prostu nieodłączny kawałek mojego życia i ogromny ładunek wspomnień i emocji. Chciałbym kiedyś opowiedzieć o tym Panom z Iron Maiden - może bym ich bardzo nie zanudził?


środa, 21 marca 2018

Czy mogę igrać z obłędem?

Jeśli ktoś chce się poczuć dostatecznie staro, to zdecydowanie jest to artykuł dla niego. Jeden z muzycznych portali właśnie przypomniał mi, że od wydania pierwszego singla zwiastującego monumentalny album Iron Maiden, "Seventh Son of a Seventh Son" minęło... 30 lat. 


Okres wokół albumu "Seventh Son of a Seventh Son" był jednym z najwspanialszych i najbardziej owocnych w całej historii istnienia zespołu. Z latami 1988-1989 konkurować może tylko chwalebny czas płyty "Powerslave" z przełomu 1984 i 1985 roku. I, żeby nie było, nie jest to tylko moja subiektywna opinia. To raczej historyczny fakt.

"Seventh Son..." to legenda heavy metalu, album bez którego trudno wyobrazić sobie świat ciężkiej muzyki. To swego rodzaju paradoks, bo akurat siódmy album Iron Maiden to jeden wielki eksperyment, tak brzmieniowy jak i kompozycyjny. Z klasycznie rozumianym heavy metalem ma raczej na bakier.

Pierwsze dźwięki "Can I Play With Madness", czyli utworu który miał za zadanie promować nadchodzący album, zdecydowanie potwierdzają stylistyczną (re)woltę. Charakterystyczne wielogłosy Bruce'a Dickinsona to wprawdzie nic nowego, ale śpiewane a'capella jako intro utworu wprowadzały fanów w niemałą dezorientację. Bardziej syczące niż kąśliwe riffy gitar Adriana Smitha i Dave Murraya, wszechobecny klang basu Steve'a Harrisa i dziwnie płasko brzmiąca perkusja Nicko McBraina dopełniały całości - Maiden nie brzmiało nigdy... tak źle? Czy tak dobrze?

 Oddać trzeba Ironom, że krok był to odważny, zwłaszcza biorąc pod uwagę realia sceny metalowej u schyłku lat 80-tych. Metal stawał się coraz bardziej agresywny, Ironi łagodnieli, może nie muzycznie, ale na pewno brzmieniowo. "Can I Play With Madness" nie odkrywał co prawda wszystkich kart i nie zdradzał słuchaczom co czeka ich jeśli chodzi o pozostałe 7 utworów z albumu, ale na pewno dawał niezłe pojęcie jeśli chodzi o ewolucję, która dokonała się w głowach piątki muzyków. Zresztą, sami członkowie zespołu przyznawali, że weszli na rejony których dotychczas nie eksplorowali. Dickinson w wywiadzie dla Kerrang! w kwietniu 1988 roku, wspominał że "po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na takie otwarcie piosenki - harmonią wokalną. To intro stworzyliśmy z myślą o graniu na żywo, więc nie możemy się doczekać kiedy wykonamy to na koncercie". Co ciekawe, po wielu latach, entuzjazm Iron Maiden co do tego wokalnego patentu nie gasł. W wywiadzie dla brazylijskiego portalu muzycznego, Harris tłumaczył: "ludzie spodziewają się, że zsamplujemy początek utworu bo tak będzie łatwiej. A my co noc wykonujemy ten fragment na żywo, chóralnie z fanami. To wciąż przyprawia mnie o ciarki!" - ekscytował się lider formacji.

Nietypowy singel zespołu narodził się jako akustyczna ballada, przyniesiona na próbę przez gitarzystę Adriana Smitha. "Początkowo nazywało się to 'On The Wings of an Eagles' i była spokojną, urokliwą balladą" - opowiadał Smith na łamach Total Metal w 1989 roku. "Bruce jednak napisał do tego dość dynamiczny tekst o byciu na skraju szaleństwa, a Steve, jak to Steve, podkręcił tempo i dodał to przełamanie w środku utworu. No i to by było na tyle jeśli chodzi o balladę!" - kończy z uśmiechem gitarzysta. Jak to w latach 80-tych bywało, każdy singel powinien mieć teledysk. "Can I Play With Madness" doczekało się jednego z najciekawszych klipów Iron Maiden w historii, którego fabuła przeprowadza nas przez tajemnicze podziemia średniowiecznego zamku aż do krypty w której czai się Eddie, maskotka zespołu. Dla każdego szanującego się fana Maiden, obowiązkowa pozycja do obejrzenia. Śmiem twierdzić że takich klipów już się niestety nie robi.



"Can I Play With Madness" pojawił się w sklepach 20 marca 1988 roku w postaci małej płyty winylowej oraz, po raz pierwszy, na nowym nośniku, płycie kompaktowej*. Utworowi singlowemu towarzyszył oczywiście B-side, w postaci nieco prześmiewczego utworu "Black Bart Blues". Był to akurat typowy zabieg Iron Maiden, gdyż już wcześniej na drugiej stronie singla zamieszczane były utwory które były swego rodzaju pastiszami. Szkoda że kultura B-side'ów na singlach odeszła w niepamięć wraz z postępującą cyfryzacją. Harris i koledzy byli mistrzami jeśli chodzi o atrakcyjne strony B singli i kontynuowali zabawę jeszcze długi czas, mimo zmieniających się trendów. Wracając do "Black Bart Blues", nosi on miano niedokończonego pomysłu, riffu który z założenia miał być czymś więcej, ale koniec końców posłużył jako prowadzący motyw w utworze zrobionym jedynie częściowo na poważnie. Prawie 6 minut utworu wypełnia, niemal po połowie, solidne heavy metalowe granie w średnim tempie oraz wygłupy Dickinsona i McBraina, zakładam że z niemałym udziałem producenta, Martina Bircha.

Ciekawostką jest, że 2 lata po wydaniu, "Can I Play With Madness" doczekał się wznowienia, jako integralna część boxu wspominkowego "First Ten Years", który zawierał zbiór wszystkich (no, prawie wszystkich) małych płyt które kiedykolwiek ukazały się pod szyldem Iron Maiden** . Na płycie dzielił miejsce z drugim singlem wykrojonym z albumu "Seventh Son of a Seventh Son", czyli "The Evil That Men Do". "Can I Play..." wrócił jeszcze po latach w 2012 roku na czarny krążek, pod postacią 7 calowego winyla, w serii reedycji klasycznych singli z lat 80-tych. Piosenka często pojawiała się w wersjach live na albumach koncertowych - swój debiut miała przy okazji albumu "Maiden England" z 1989 roku***, potem gościła jeszcze na płytach "Live at Donington" (1993), "A Real Live One" (1993) i "Death on the Road" (2005).

Po latach, płyta "Seventh Son of a Seventh Son" to monument wśród płyt z gatunku heavy metal. Żelazna klasyka, pozycja którą powinien znać każdy szanujący się fan ciężkiego grania. Album w czasie kiedy się ukazał odniósł olbrzymi sukces, czego potwierdzeniem była kasowa trasa koncertowa oraz fakt, że "Can I Play With Madness" był pierwszym z aż czterech wydanych z niej singli. Sami twórcy nader chętnie wracali do utworów z 1988 roku - podczas kolejnych tras koncertowych utwory z "Seventh Son..." stanowiły żelazny element repertuaru zespołu, a w 2012 roku były gwoździem programu na wspominkowej trasie "Maiden England World Tour". "Can I Play With Madness" oczywiście znalazło się w setliście i to każdego z ponad 100 koncertów które Iron Maiden zagrało od marca 2012 do sierpnia 2014. A historia wciąż trwa...



__
 * Nie dajcie się oszukać! "Can I Play With Madness" serio był pierwszym oficjalnie wydanym singlem Ironów na płycie kompaktowej. Na ebay można aktualnie znaleźć kompaktowe wersje singli z wcześniejszej płyty "Somewhere in Time" (1986), ale ich autentyczność jest ciężka do potwierdzenia. Rzetelnie opracowany i wydany w 2001 roku przewodnik po dyskografii zespołu "Iron Maiden Companion" jasno mówi, że zarówno "Wasted Years" jak i "Stranger in a Strange Land" ukazały się jedynie w formie 7'' i 12'' singli winylowych.

** Dziwnym trafem Iron Maiden nigdy nie zdecydowało się na wznowienie pierwszej małej płyty, czyli legendarnego "The Soundhouse Tapes" (całość nagrań ukazała się jedynie na winylowej wersji składanki "Best of the Beast" z 1996 roku). Kolejną pomijaną pozycją w ich dyskografii jest ciekawy koncertowy singel "Live +One!!", tak jak "Soundhouse..." nagrany w czasach kiedy wokalistą grupy był jeszcze Paul Di' Anno

*** "Maiden England" na CD pierwotnie wydane zostało w 1989 roku jako dodatek do koncertowego VHS i zawierało okrojoną wersję koncertu z NEC Arena w Birmingham. Dopiero w 2012 roku zespół wznowił to wydawnictwo i uzupełnił o wcześniej nie publikowane utwory. Ciekawostką jest że odnowiona wersja "Maiden England" otrzymała całkiem nową okładkę autorstwa Herve Monjauda. Wznowienie ukazało się w formie 2CD, 3LP i DVD.

40 LAT BESTII - cz. 1

40 lat temu światło dzienne ujrzało ponadczasowe dzieło zatytułowane "The Number of the Beast". Okrągła rocznica skłania do reflek...