poniedziałek, 30 września 2019

"Nie oglądam się wstecz"

Zbiór rozmów z Blaze'm Bayleyem.

Muzyczna droga Blaze'a Bayleya nigdy nie była usłana różami. Niekończące się pasmo wzlotów i upadków ukształtowało jednak niezłomny charakter wokalisty, który każde potknięcie potrafił przekuć w mniejszy lub większy sukces.


Jego ostatni koncert na lubelskiej ziemi*, który odbył się 26 września w klubie Graffiti był wspaniałym przykładem na to, że Blaze znów leci na skrzydłach chwały i jest silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Wspomagany przez rodzinną, koncertową machinę Appletone'ów, dał w czwartek kapitalny show, podsumowując zrobioną ze sporym rozmachem trylogię "Inifnite Entaglement" i uzupełniając ją nieśmiertelnymi evergreenami Iron Maiden. To było moje szóste spotkanie z Blazem. Jednak, ze względu na formę wokalisty, najmniej intensywne. Blaze oszczędzał głos na dwie noce w Brnie, podczas którego miał nagrywać koncertowe dvd. Ze względu na to, nie rozmawiał z nikim prawie w ogóle, a jeśli już się komunikował, to tylko i wyłącznie używając gestów i min. Postanowiłem jednak udostępnić Wam wybór moich dawnych rozmów z Blaze'm, przeprowadzonych w latach 2011-2018, podczas których sporo zdradził mi na temat swojej filozofii, podejścia do rynku muzycznego oraz opowiedział kilka historii z lat, kiedy stał na czele największego heavy metalowego zespołu świata.

Fot. Blaze Bayley podczas ostatniego koncertu w Graffiti
WMOI: Blaze, swoją przygodę z Polską publicznością rozpocząłeś w 1995 kiedy to trasa "The X Factour" zawitała na Torwar w Warszawie. Jak wspominasz tamtą wizytę?

Blaze Bayley: Och, to było wspaniałe doświadczenie. Wcześniej podróżowałem zwykle tylko po Wielkiej Brytanii, więc możliwość poznania ludzi z różnych Państw była świetnym przeżyciem. Pamiętam że Polscy fani zgotowali nam wtedy naprawdę gorące powitanie, mimo iż byłem nowy w zespole nie czułem jakiejś niechęci z ich strony a samo zainteresowanie koncertem było naprawdę ogromne: była telewizja, prasa, wywiady, konferencje prasowe! Świetnie się wtedy czułem.

WMOI: Z Iron Maiden wróciłeś do Polski w 1998 roku, podczas trasy "Virtual XI".

BB: Tak, graliśmy wtedy w takiej wielkiej sportowej hali, do której wróciłem potem już z własnym zespołem (chodzi o Katowicki "Spodek" - przyp. red.). To też był niesamowity koncert, zwłaszcza że czułem się wtedy w Iron Maiden już bardzo swobodnie i nawiązanie relacji z publicznością przychodziło mi znacznie łatwiej niż te 3 lata wcześniej.

WMOI: Skoro jesteśmy przy temacie Iron Maiden... Na YouTube można trafić na film z jednego z koncertów, podczas którego zdarzył się przykry incydent z fanami. Z nagrania wynika, że bardzo Cię coś wtedy rozwścieczyło, pamiętasz tę sytuację?

BB: Och, tak, to było podczas trasy w Południowej Ameryce, chyba w Chile w 1996 roku. Pewien koleś z publiczności, przez większość koncertu próbował mnie rozpraszać, coś wykrzykiwał, gestykulował. W końcu zaczął na mnie pluć. Nie wytrzymałem, dokończyłem utwór i powiedziałem co o nim myślę. Pamiętam że Steve (Harris, lider formacji - przyp. red.) też się wtedy nieźle wkurzył. Delikwenta wyprowadziła ochrona, ale zdecydowanie popsuł nam wtedy wieczór. Na szczęście takie incydenty nie zdarzały się zbyt często, więc większość koncertów przebiegała bez przykrych niespodzianek.
Fot. Autor z Blazem - 28 września 2011
WMOI: Czy z perspektywy czasu żałujesz, że Twoja przygoda z Iron Maiden trwała tak krótko?

BB: Nie podchodzę do tego w ten sposób. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że mogłem być częścią tak wspaniałego zespołu jak Iron Maiden. To naprawdę była wielka szansa, którą wykorzystałem najlepiej jak umiałem. Wciąż czuję się bardzo dumny z tego co zrobiłem wtedy z chłopakami i z tego że dane mi było to w ogóle zrobić. Napisaliśmy razem masę świetnych utworów, które są wciąż bardzo lubiane przez fanów, co jest po prostu wspaniałe. Ale wiesz, nie oglądam się wstecz, idę przed siebie. Jestem teraz 100% skupiony na obecnych działaniach, trasie, nagraniach. Nie rozpamiętuje tego co było, patrzę w przód, na to co jest i co będzie. A wygląda na to, że wiele jeszcze przede mną.


WMOI: Ostatnie wydawnictwo kompilacyjne Iron Maiden, "From Fear To Eternity" zawiera utworu z Twojego okresu, ale w wersjach live, z Bruce'm Dickinson'em na wokalu. Jak na to się zapatrujesz? Uważasz że to fair?

BB: To ich sprawa. Nie jestem już w zespole, więc nie mogę być z tego powodu zły. To jest ich decyzja. Kiedy wychodziła składanka "Best of the Beast" w 1996 roku, kilka kawałków oryginalnie nagranych przez Bruce'a zostało zastąpionych wersjami live ze mną za mikrofonem. Nie widzę więc nic zdrożnego w sytuacji odwrotnej. 

WMOI: W tym roku mija 25 lat od kiedy wstąpiłeś w szeregi Maiden. Odbyło się już kilka koncertów podczas których wykonywałeś wyłącznie kawałki z płyt "The X Factor" oraz "Virtual XI", pojawiła się również okolicznościowa koszulka z grafiką nawiązującą do tego pierwszego albumu...

BB: Tak, czułem się w obowiązku dać coś takiego fanom. Grafika została zaaprobowana również przez Roda (managera Iron Maiden - przyp. red.), który bardzo się ucieszył że coś takiego jest w przygotowaniu. Zbiegło się to też z wydaniem reedycji tych albumów, wiec fajnie że tak się stało.
WMOI: Nie jest tajemnicą, że od jakiegoś czasu trzymasz się z daleka od dużych wytwórni i agencji koncertowych. Z czego to wynika?

BB: W pewnym momencie zorientowałem się, że wytwórnie ograniczają moją swobodę. Nie mogłem wydać albumu albo pojechać w trasę, bo nie szło to w parze z planami wydawniczymi wytwórni. Strasznie mnie to ograniczało, bo jestem przecież artystą, swoją muzyką wyrażam siebie, dlaczego ma mnie ktokolwiek blokować, tylko dlatego że akurat moje plany nie pokrywają się z jego planami? Często bywało też tak, że musiałem dzielić się pieniędzmi z agencją, która wysyłała mnie w trasę, co również bywało dość niekorzystne, ani dla mnie ani dla moich muzyków. Dałem sobie z tym spokój. Mam teraz grono ludzi - przyjaciół, którym ufam i wiem, że mnie nie oszukają ani nie ograbią. Pomagają mi, a w dodatku są świetnymi muzykami i kolesiami, w ich gronie czuję się naprawdę wspaniale. Dzięki nim mam również pełną swobodę jeśli chodzi o nagrywanie i granie koncertów. Mogę robić na co mam ochotę i żadne absurdalne kontrakty nie krępują moich ruchów. Jestem wolny.

WMOI: W związku z tą zmianą, grasz teraz jednak również i w małych klubach. Nie jest to dla Ciebie frustrujące, zwłaszcza mając w perspektywie fakt, że występowałeś swego czasu przed 20 tysięczną publicznością?

BB: Tak jak już mówiłem, nie patrzę wstecz. Bardzo cenię sobie kontakt z fanami, a w takich małych miejscach, mogę być nich bardzo blisko. Moi fani są bardzo fanatyczni, dają mi wielką siłę żeby nadal grać i tworzyć. Bez nich nie byłoby mnie. Każda okazja do spotkania z nimi jest czymś wielkim dla mnie i nie dbam o to, czy pod sceną jest ich 50 czy 50 000. Po każdym koncercie wychodzę do nich, aby porozmawiać, podpisać płyty, zrobić sobie pamiątkową fotkę. Widzę jak wiele radości dają im te spotkania, ale tyle samo dają one również i mi. Więc odpowiadając na Twoje pytanie: nie, nie ma mowy o żadnej frustracji. Jestem szczęściarzem że mam tak wielu wiernych fanów na całym świecie.
Fot. Blaze w Klubie Graffiti - 28 września 2011

WMOI: Promujesz aktualnie ostatnią część trylogii "Infinite Entaglement". Co dalej?

BB: Podsumowaniem trylogii będzie płyta koncertowa. Nie mam jeszcze sprecyzowanej wizji co dalej - mówię tu o temacie i wyglądzie kolejnego albumu. Wiem na pewno że chciałbym trochę przewietrzyć setlistę, bo jest wciąż sporo kawałków których nie grałem podczas ostatnich tras, a są bardzo ważną częścią trylogii. To samo tyczy się kawałków Maiden - jest tak wiele dobrych utworów których nie gramy kosztem odwiecznego "The Clansman" czy "Man On The Edge"... Chciałbym powrócić do "Como Estais Amigos", do "Judgement Of Heaven", może do "Lightning Strikes Twice". Opcji jest dużo, trzeba się będzie nad nimi zastanowić.

WMOI: Pogadajmy na koniec o kilku unikatowych nagraniach z Twojej kariery. Jako bonus do dvd "A Night That Would Not Die" dodany był utwór pt. "Endless Sleep". Dlaczego ten numer znalazł się tylko jako bonus do dvd?

BB: To mój ukłon w stronę fanów, którzy zdecydowali się kupić to wydawnictwo. To bardzo osobisty numer, czułem więc że ten kawałek powinien mieć również swoje wyjątkowe miejsce na wydawnictwie, być na swój sposób unikatowy. Z tego co wiem, fani docenili ten fakt.

WMOI: Z Ironami nagrałeś 3 kawałki których byłeś współkompozytorem, ale znalazły się one jedynie na stronach B singli. Pamiętasz, dlaczego tak się stało?

BB: Steve miał inną wizję albumu - wszystkie kawałki zostały napisane podczas sesji do "The X Factor" ale nie pasowały do koncepcji całości. Ale płyta i bez nich jest świetna, nie wydaje mi się żeby ich obecność cokolwiek zmieniła **.

__
* Dotychczas odbyło się 6 koncertów Blaze'a Bayleya w Lublinie:
28.09.2011 - Klub Graffiti - Promise And Terror World Tour
04.04.2012 - Klub Graffiti - King Of Metal Tour
06.04.2013 - Klub Graffiti - Acoustic Tour
01.04.2014 - Klub Graffiti - Soundtracks Of My Life Tour
06.05.2018 - Klub Graffiti - Tour Of Eagle Spirit Part I
26.09.2019 - Klub Graffiti - Tour Of Eagle Spirit Part II
W kolekcjonerskim obiegu istnieją dwa bootlegi z koncertów z 2011 i 2018 roku zatytułowane "Heavy Metal Polish Motherfuckers From Hell" oraz "Heavy Metal Polish Motherfuckers From Hell... Revisited".

** Mowa o utworach "Justice of the Peace", "Judgement Day" oraz "I Live My Way", które znalazły się na różnych wersjach singla "Man On The Edge" oraz zebrane zostały na singlu CD "Justice of the Peace" który był dodawany jako dodatek do włoskiego magazynu "Thunder". Wartość tego wydawnictwa podnosi fakt, że jest to jedyne oficjalne wydanie CD na którym gości "I Live My Way" - utwór dotychczas ukazał się jedynie na winylowej wersji "Man On The Edge". Zbiór niepłytowych nagrań studyjnych Blaze'a z Maiden uzupełniają jeszcze covery "My Generation" The Who oraz "Doctor, Doctor" UFO, które znalazły się na singlu "Lord of the Flies" i powtórzyły się rok później na singlu "Virus".

piątek, 2 sierpnia 2019

Od fanów dla fanów: CSC Series

Fani to ogromna siła Iron Maiden. To że jeżdżą za zespołem w najdalsze miejsca na mapie to jedno. To że kupują płyty, koszulki i gadżety to drugie. Ale działalność fanów Maiden wykracza daleko poza te dwa, wydawałoby się podstawowe "obowiązki".

Grecki FC ostatnimi czasy wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów a zwłaszcza tych, którzy lubują się w kolekcjonowaniu "rzadkich" tytułów z dyskografii Iron Maiden. Dzięki ich ciężkiej pracy wyszła ekskluzywna seria CSC, która w swoim pierwszym i drugim rzucie, zawiera 24 płyty CD będące replikami najważniejszych, rzadkich singli i promówek "Żelaznej Dziewicy" z lat 1979 - 1985. Wszystkie repliki są bardzo starannie odwzorowane i zawierają detale pokroju oryginalnych nacięć na kopertach, japońskich pasków OBI, wkładek, cenników czy nawet... kartek świątecznych. Postanowiłem zadać sobie trochę trudu i przybliżyć Wam tą wspaniałą serię, rozmawiając z jej głównym pomysłodawcą, Ionem.

WMOI: Cześć Ion! Super że zgodziłeś się na ten wywiad. Powiedz mi na początek, co było główną ideą aby wystartować z projektem CSC?

Fot. Replika japońskiego wydania "Aces High" z
odwzorowanymi detalami pokroju paska OBI oraz
japońskojęzycznej wkładki informacyjnej.
Ion: Och, ten pomysł zrodził się w naszych głowach już dawno temu! Kiedy wychodził słynny box "The First Ten Years", razem z moim przyjacielem czuliśmy się bardzo zawiedzeni podejściem wydawnictwa do sprawy. Wydawało nam się, że to jakaś kpina ze spuścizny zespołu. Oczywiście, mówię tutaj o samym wyborze wydawnictw, bo każdy wie że był on dość mocno okrojony i pomijał kilka istotnych singli*. Wtedy też pomyśleliśmy, że można by to zrobić zdecydowanie lepiej. Jednak pomysł musiał się uleżeć a musisz wiedzieć że chcieliśmy to zrobić bardzo dokładnie, a zebranie wszystkich materiałów zajęło dość dużo czasu. Mieliśmy co prawda nadzieję że w kolejnych latach zespół jednak wznowi te single tak jak trzeba, ale niestety, znudziło nas to czekanie i wzięliśmy sprawy w swoje ręce :)

WMOI: Jaki był klucz doboru singli? Przypuszczam że nie było to łatwe, bo jednak istnieje wiele różnych wydań danego tytułu.

Ion: Cóż, wiedzieliśmy że ta seria musi być czymś specjalnym, na swój sposób ekskluzywnym. Chcieliśmy wydać po raz pierwszy na CD single które wcześniej ukazały się tylko na płycie winylowej, tak samo jak niektóre promówki które wcześniej bywały tylko częścią jakichś kompilacji. Pomyśleliśmy że CSC, czyli Complete Singles Collection będzie idealną nazwą dla tej serii i odzwierciedli niemal w 100% naszą ideę.

WMOI: Mimo to, wydaje się że niektóre wydania zostały przez Was pominięte. Wspomnę tylko o oryginalnie wydanym przez Capitol singlu "Cross Eyed Mary" z 1983 roku, promówce "Caught Somewhere In Time" wydanej na 7'' singlu w RPA czy koreańskich singlach z niebieskimi okładkami. Zdecydowaliście że nie są to wydania na tyle godne uwagi?

Ion: Wiesz, generalnie to mamy dostęp do wszystkich wydań i detali jakie tylko możemy potrzebować, bo wspólnymi siłami mamy jedną z najlepszych kolekcji na świecie (śmiech). Ale nie tędy droga. Trzeba na początku zrozumieć to, że gdybyśmy wydawali repliki wszystkiego jak leci, byłoby to nieźle zwariowane i dziwne zarazem. Druga rzecz to to, że wspomniane przez Ciebie wydawnictwa nie są specjalnie znaczące jeśli spojrzeć na nie przez pryzmat historii grupy. To  że były wydane w małych nakładach i aktualnie osiągają zawrotne ceny na ebayu to już inna sprawa! (śmiech). Prócz tego aspektu, chcieliśmy też aby muzyczna zawartość tych singli miała sens, nie chcieliśmy zbyt mocno powtarzać repertuaru - na dłuższą metę nie miałoby to większego sensu. Jeszcze jedna sprawa to taka, że wszystkie te wydawnictwa o których wspomniałeś, nie są zbyt atrakcyjne jeśli chodzi o sposób ich wydania. Niebieskie okładki z Korei, czy zielona, cienka koperta peruwiańskiego "The Trooper" to rzeczy zrobione oryginalnie na tanich materiałach. Gdybyśmy chcieli je odtworzyć, myślę że mogłoby to napsuć trochę krwi tym którzy spodziewają się czegoś ciekawego po tej serii, a dostaliby słabej jakości okładki. Dlatego też postawiliśmy na publikacje, które będą w swojej formie bardziej interesujące i efektowne - przykładowo zrezygnowaliśmy z ubogiego wydania "Cross Eyed Mary", która to piosenka i tak powtarza się na replice "The Trooper", ale dzięki temu zrobiliśmy miejsce na promówkę "Flash Of The Blade".
Fot. Replika wenezuelskiego wydania płyty "Maiden Japan".

WMOI: Seria CSC ukazała się w mocno limitowanym nakładzie 100 sztuk. Wiele z tytułów z pierwszej serii, obejmującej lata 1979-1981 jest już wyprzedana. Czy chodził Wam po głowie temat wznowienia tej serii?

Ion: Może na początek nadmienię, że nasz projekt nie był pomyślany jako komercyjna rzecz i nie mieliśmy w planach tego sprzedawać. Tak naprawdę chcieliśmy zrobić tylko po 30 sztuk i rozprowadzić to we własnym gronie. Pomijam już to, że ten projekt nie jest oficjalny i generalnie to nie mamy zgody żeby te płyty sprzedawać. Szybko jednak okazało się, że jeśli chcemy zrobić to tak porządnie jak to sobie założyliśmy, koszta będą znacznie wyższe niż to było planowane. Nie wchodziło w grę cyfrowe drukowanie okładek, albowiem całkowicie nie oddawało to realnej kolorystki oryginalnych wydawnictw. Dlatego też zdecydowaliśmy się podnieść nakład, tak aby móc skorzystać z lepszych i bardziej dokładnych urządzeń drukarskich oraz możliwie jak najdokładniej odtworzyć oryginalny materiał. Skanowanie, prace graficzne, przygotowanie do druku było bardzo czasochłonne i swoje kosztowało, ale nie uznawaliśmy w tej kwestii żadnych półśrodków. Dlatego też zdecydowaliśmy, że musimy mieć kilka osób które będą sprzedawać płyty wśród innych fanów, tak aby koszty produkcji mogły się w jakiś sposób zwrócić. Tak więc po 30 kopii zostało rozprowadzonych za darmo wśród osób które były zaangażowane w projekt i pomagały na różnych jego etapach, pozostałe 70 kopii zostało wprowadzone do zewnętrznego obrotu. Odpowiadając natomiast na Twoje pytanie: nie planujemy w najbliższym czasie wznawiać tych tytułów, właśnie ze względu na wyżej wymienione powody. Gdyby był to projekt czysto komercyjny, zapewne byśmy to uczynili bo zainteresowanie jest ogólnie spore. Na szczęście jak ktoś bardzo mocno szuka, jest w stanie ustrzelić kilka tytułów, które wciąż są dostępne.

WMOI: Seria CSC jest bardzo szczegółowo odwzorowana. Ciężko było stawić czoła tym detalom?

Ion: O tak. Przyznam nawet, że niektóre rzeczy musieliśmy uprościć ze względu na techniczne ograniczenia. Zwracamy szczególną uwagę na jakość druku, ale czasem na przeszkodzie stoi jakość oryginalnych materiałów. Graficy pracują ciężko, ale nawet po 3 latach od ukazania się pierwszej serii, wciąż borykamy się z problemami których nie możemy przeskoczyć. Podeszliśmy do sprawy na tyle fanatycznie, że chcemy za każdym razem odwzorować daną realizację 1:1, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorystykę poszczególnych elementów. Przez takie podejście, kilkukrotnie się zdarzało że musieliśmy zniszczyć dane wydruki i zrobić je jeszcze raz, bo znacznie różniły się od oryginałów. Tak zdarzyło się na przykład przy wydaniu "Aces High" czy "Run To The Hills", ale też sporo trudności mieliśmy przy "Live +One". Zdajemy sobie sprawę że wciąż pewnie jest kilka niedociągnięć, ale nie są one na szczęście aż tak widoczne.

WMOI: Pierwsza seria CSC posiadała dodatkowo tekturowy box, ale w przypadku drugiej serii zrezygnowaliście z niego. Możesz powiedzieć co było powodem że zarzuciliście temat boxu?

Fot. Box do pierwszej serii płyt CSC.
Ion: O nie, nie, nie zarzuciliśmy tematu boxu! Z boxem jest jednak temat dość problematyczny, dużo kosztowało nas zrealizowanie go dla pierwszej serii, było po drodze mnóstwo problemów z jego realizacją. Kupiliśmy swego czasu specjalne nożyki do wycięcia boxu, ale zostały one skradzione! Musieliśmy przenieść produkcje do innej drukarni, co znacznie wywindowało w górę koszty realizacji. Niemniej jednak, jestem przekonany że wrócimy do tematu realizacji tych boxów, zwłaszcza że ciągle dostajemy zapytania: "kiedy będzie box?" (śmiech). Wiesz, czasami musimy zrobić przerwy między jedną a drugą serią, ale faktem jest, że w końcu będziemy musieli się na poważnie zabrać za temat tego cholernego boxa! (śmiech) Póki co jednak jesteśmy w trakcie realizacji trzeciej serii płyt, więc box musi jeszcze chwilę poczekać.

WMOI: Ano właśnie! Niebawem wychodzi trzecia seria płyt. Zdradzisz mi trochę więcej detali na jej temat? Jaką erę z historii Iron Maiden będzie ona obejmować? Jakie tytuły będzie zawierała?

Ion: Ooo nie, nie ma sensu wykładać wszystkich kart na stół! Niespodzianki są fajne! (śmiech) Jeśli natomiast chodzi o erę którą obejmować będzie ta seria, to dojedziemy zapewne do 1990 roku i okresu płyty "No Prayer For The Dying".

WMOI: A jak Polscy fani mogą zaopatrzeć się w płyty z serii CSC?

Ion: Tak jak wspomniałem na początku, nasz projekt jest projektem fanowskim i dedykowanym wyłącznie dla fanów i jedynie kilka osób wspomaga nas w dystrybucji. Tak czy inaczej, każdy kto jest zainteresowany, może skontaktować się ze mną osobiście i wtedy przekieruję go do odpowiedniej osoby która pomoże mu zdobyć konkretny tytuł. Warto jednak zaznaczyć, że aktualnie raczej nie ma szans żeby udało się skolekcjonować całą serię, wiele z tytułów jest kompletnie wyprzedana. Wciąż pytają mnie o nie kolekcjonerzy z różnych stron świata, to niesamowite jak pozytywną reakcję wywołały płyty z naszej serii! Co ciekawe, jeden z nas pokazał tę serię Charliemu Benante, bębniarzowi Anthraxu, a ten był pod wielkim wrażeniem naszej pracy. Obiecał nam nawet fotkę z kilkoma egzemplarzami i podesłać autograf, ale niestety tego nie zrobił - to nie fair!
Fot. Replika płyty z wywiadami "On Their Own Words",
oryginalnie wydanej jako dodatek do japońskiej, winylowej
wersji albumu "Somewhere In Time".

WMOI: Dużo singli które ukazały się na przełomie wieków były wydawane jako picture diski, mam na myśli takie tytuły jak "The Wicker Man", "The Angel And The Gambler" czy "Different World". Zastanawiam się, jak podejdziecie do kwestii tych wydawnictw, jeśli zdecydujecie się objąć swoją serią również i ten okres działalności Iron Maiden?

Ion: No tak, to ciekawa kwestia. Generalnie naszym podstawowym założeniem jest zrobić wydawnictwa które będą jakościowo i technicznie bliskie oryginałom, więc musimy mieć na uwadze możliwości i być po prostu realistami. Naszym głównym założeniem było w sumie zrealizować wydawnictwa do 1992, ale tak jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się że dalibyśmy radę stawić też czoła nieco nowszym realizacjom.

WMOI: Dzięki Ion za ten wywiad. Mam nadzieję że dzięki niemu, kilka płyt z Waszej serii zagości u Polskich fanów. Trzymam kciuki za dalsze wydawnictwa!

Ion: Dzięki! Ogólnie to chciałem podziękować w tym miejscu wszystkim którzy nas wspierają, którzy interesują się naszą serią i którzy kupują te płyty! Wiem że to nie jest zbyt tani temat, głównie ze względu że to nie jest masowa produkcja, ale staramy się aby każda płyta była atrakcyjna i unikalna, w hołdzie dla tak wielkiego bandu jakim jest Iron Maiden!

* * *

Dotychczas w ramach CSC Series ukazały się następujące tytuły:

CSC1: The Soundhouse Tapes
CSC2: Running Free (wersja UK)
CSC3: Sanctuary (wersja UK)
CSC4: Prowler (wersja japońska z dodatkowym insertem)
CSC5: Women In Uniform (wersja UK)
CSC6: Women In Uniform (wersja niemiecka)
CSC7: Live!! +One (wersja japońska z OBI i dodatkowym insertem)
CSC8: Twilight Zone / Wrathchild (wersja francuska)
CSC9: Purgatory (wersja UK)
CSC10: Wrathchild (wersja japońska z dodatkowym insertem)
CSC11: Maiden Japan (wersja amerykańska)
CSC12: Maiden Japan (wersja wenezuelska)
CSC13: Run To The Hills = A Corre A Las Colinas (wersja hiszpańska)
CSC14: The Number Of The Beast (wersja UK)
CSC15: Flight Of Icarus (wersja niemiecka)
CSC16: The Trooper (wersja portugalska)
CSC17: Where Eagles Dare (promówka hiszpańska)
CSC18: Flash Of The Blade (promówka USA z papierową naklejką)
CSC19: 2 Minutes To Midnight (wersja japońska)
CSC20: 2 Minuters To Midnight (wersja nowozelandzka)
CSC21: Aces High (wersja japońska z OBI)
CSC22: Running Free (Live, wersja japońska z OBI)
CSC23: Run To The Hills (Live, wersja europejska z kartką świąteczną)
CSC24: Run To The Hills (Live, wersja argentyńska)
CSC25: On Their Own Words (japońska płyta-dodatek z wywiadami)
CSC26: Wasted Years (wersja kanadyjska)
CSC27: Stranger In A Strange Land (wersja UK z plakatem)
CSC28: Stranger In A Strange Land (wersja japońska)

W tym miejscu wielkie podziękowania dla Vlada za pomoc w zorganizowaniu tego wywiadu!

__
* Faktycznie, we wspomnianym boxie "The First Ten Years", nie wiedzieć czemu, pominięto dwa istotne tytuły z oryginalnej dyskografii zespołu (promówki to oddzielny temat). Nie uwzględniono tu debiutanckiej EP "The Soundhouse Tapes" oraz koncertowego "Live!! +One". O ile nieobecność tego drugiego można tłumaczyć jego wydaniem jedynie na rynkach Greckim i Japońskim, tak pominięcie "The Soundhouse Tapes" wydaje się być dość dziwnym zabiegiem. Niemniej "The First Ten Years" wciąż cieszy się sporym zainteresowaniem kolekcjonerów i można go upolować w dość sensownej cenie na eBay.





czwartek, 18 kwietnia 2019

Przed Burzą: The Soundhouse Tapes

Debiutancki album Iron Maiden ujrzał światło dzienne 14 kwietnia 1980 roku. Jednak każdy kto choć trochę głębiej wszedł w historię legendarnego zespołu z Londynu wie, że nie było to tak naprawdę pierwsze wydawnictwo płytowe jakie zrealizowali Steve Harris i spółka. 

Realia Londynu na przełomie lat 70-tych i 80-tych wcale nie były zbyt wesołe, zwłaszcza dla długowłosych muzyków, którzy w swoim założeniu kultywowali tradycje takich zespołów jak UFO, Deep Purple czy Thin Lizzy. Formacja Steve'a Harrisa, mimo sporej popularności w kilku rodzinnych dzielnicach Londynu, poza ich granicami była bardzo mało znana. Wiadomo było, że porządnie nagrane demo, pomoże im zabookować koncerty w innych rejonach miasta i na jego obrzeżach. Sylwestrowa noc 1978/79 miała za chwilę okazać się przełomowa dla "Żelaznej Dziewicy".

Fot. Iron Maiden z Paul'em Cairns'em (w środku).
Zespół zarezerwował 24 godzinną sesję w Spaceward Studios, niedrogim acz profesjonalnym studiu nagraniowym, do którego często zmierzali młodzi muzycy aby nagrać debiutanckie albumy lub taśmy demo. Sylwestrowa noc była idealna na nagrania, ze względu na tańsze koszty wynajmu studia i stosunkowy brak konkurencji w tym terminie. Skład Iron Maiden w tamtym czasie stanowili prócz basisty Steve'a Harrisa, wokalista Paul Di'Anno, gitarzysta Dave Murray, perkusista Doug Sampson oraz drugi gitarzysta Paul Cairns. Udział tego drugiego był przez długi czas wątpliwy. Obecnie jednak, jest już jasne że Cairns był wtedy w Spaceward i nagrywał z Ironami. Świadczy o tym stara fotografia z 1 stycznia 1979, zrobiona przed studiem, a także wspominki byłych członków zespołu, min. Sampsona (wywiad z nim możecie przeczytać na blogu). Sam gitarzysta również chętnie przyznaje się do tego faktu za pośrednictwem portali społecznościowych. Oficjalna biografia Ironów, wydana w pierwszym swoim nakładzie w 1998 roku, wspomina co prawda o osobie Cairns'a, ale nie wiąże go z pierwszymi nagraniami zespołu. Jeśli polegać na opowieściach Douga Sampsona, Cairns był członkiem Iron Maiden przez bardzo krótki okres czasu i kiedy zespół postanowił wydać oficjalnie swoje demo, był już poza składem i dlatego nie został wspomniany na kopercie.

W takim czy innym składzie, zespół zrealizował w Spaceward cztery nagrania: "Prowler", "Iron Maiden", "Invasion" oraz wspomniany już "Strange World". Wg relacji Harrisa, sesja przebiegła bardzo sprawnie i większość numerów została nagrana za pierwszym razem. Po latach, kawałki te mają swoją moc, choć ich produkcja pozostawia wiele do życzenia i, istotnie, brzmią jak klasyczne demo. "Prowler" nie ma jeszcze tego dzikiego drive który zyskał na pierwszej długogrającej płycie, "Iron Maiden" z kolei razi nieco swoją prostotą, choć do bólu ostry i buntowniczy wokal Di'Anno nawet po latach robi wrażenie. Słychać też, że Doug Sampson był perkusistą z całkowicie innej szkoły grania, niż jego następca, Clive Burr, który znacznie urozmaicił perkusyjne partie utworów - te na demówce ze Spaceward brzmią miejscami dość kwadratowo, choć zdecydowanie mają swój urok.

Fot. Wersja CD z 2001 roku.
Losy utworów z tej sesji są dość ciekawe. Pierwotnie ekipa Steve'a Harrisa zrobiła kilka kasetowych kopii aby porozsyłać je po klubach muzycznych w różnych dzielnicach Londynu. Ręcznie opisana kopia jednej z takich kaset, sprzedana została na aukcji internetowej w 2014 roku za ok 560 funtów. Odzew na muzykę Maidenów okazał się ogromny, a popularności zespołowi przyniósł niejaki Neal Kay, DJ który prowadził własną rockową dyskotekę nazwaną "Heavy Metal Soundhouse". Ironi słyszeli wiele dobrego o tym miejscu, ale kiedy zanieśli Kay'owi swoją taśmę z nadzieją na możliwość zagrania tam koncertu, ten odłożył ją na stertę innych nie obiecując kompletnie nic. 2 tygodnie później, londyński DJ oszalał na punkcie 4 utworów z niepozornej taśmy i puszczał je non stop podczas swoich imprez, głosząc dobrą nowinę. Kay był jednym z pierwszych, którzy oficjalnie uznali Iron Maiden za przyszłe gwiazdy rocka, choć sami muzycy traktowali to wówczas w kategorii uprzejmego żartu. Oczywiście wkrótce Ironi zagrali na żywo w "Soundhouse" a ich sława zaczęła przedostawać się, niczym huragan, w kolejne zakątki Londynu.

Fot. Nieoficjalna wersja CD z
autografem Douga Sampsona.


Jako że utwory z dema zyskiwały coraz większą popularność za pośrednictwem drogi pantoflowej,  oczywistym krokiem było wypuszczenie ich na oficjalnym i jedynym słusznym nośniku, czyli siedmiocalowej płycie winylowej. "The Soundhouse Tapes", nazwane na cześć miejsca w którym zostało objawione światu, ujrzało oficjalnie światło dzienne 9 listopada 1979 roku i zawierało... tylko 3 utwory. Zespół zrezygnował ze "Strange World", tłumacząc to ograniczeniami siedmiocalówki, choć po latach Steve Harris przyznał, że to właśnie ten numer miał najwięcej niedociągnięć natury techniczno-wykonawczej. Możliwe też, że chodziło o osobę wspomnianego Paula Cairns'a, który zagrał tam główne solo, ale w listopadzie 1979 nie był już członkiem zespołu. Opatrzona pomarańczową kopertą z koncertowym zdjęciem Di'Anno oraz ręcznie napisanym komentarzem Neal'a Kay'a na rewersie płytka, rozeszła się w mgnieniu oka, choć jej nakład - 5 000 sztuk - wcale do najmniejszych nie należał. W grudniu 1979 roku zespół podpisał kontrakt z EMI na wydanie debiutanckiego długograja. Wszystko co wydarzyło się potem, jest już dobrze znaną historią.

Temat "The Soundhouse Tapes" wrócił po latach, w roku 1996, kiedy Iron Maiden wydawało składankę "Best of the Beast", celebrując 20 lecie istnienia. Na kompilacji w wersji CD znalazły się dwa nagrania ze Spaceward ("Iron Maiden" i "Strange World"), natomiast wersja winylowa posiadała wszystkie utwory z sylwestrowej sesji. Co ciekawe, w 2001 i 2002 roku dostępna była, pierwszy raz w oficjalnej dystrybucji, wersja CD "The Soundhouse Tapes", limitowana do 6666 sztuk. Mógł ją otrzymać każdy, kto zebrał 6 naklejek z Eddiem, ukrytych w reedycjach albumów Maiden i wysłał do wytwórni Sony wraz z kwotą 6,66 funtów. W zamian otrzymywał paczkę z CD. Płytka wydana była z zachowaniem szacunku do oryginalnej wersji 7'', opakowana jedynie w tekturowy cardboard. Obecnie egzemplarz tamtej repliki kosztuje w okolicach 100-150 funtów i można go, przy odrobinie szczęścia, upolować na ebay. Trzeba jednak uważać! Bliźniaczą wersję pochodzącą z nieoficjalnego źródła i w zasadzie różniącą się jedynie ledwie zauważalnym szczegółem, wypuszczono w okolicy 2012 roku. Ta bywa do ustrzelenia za +/- 30 funtów i trzeba przyznać, że wykonana jest dość porządnie. Ciekawą alternatywą dla tych wersji CD jest jeszcze tzw. vinyl replica z fanklubowej serii CSC. Grecki FC zdecydował się swego czasu wydać na czarnych, winylowych CD-r unikatowe single i EPki Maiden, wszystko limitowane do 100 kopii per tytuł. Pierwszą pozycją w katalogu było właśnie "The Soundhouse Tapes", które zostało tak wiernie odwzorowane, że wewnątrz kartonowej koperty znalazł się nawet replikowany cennik merchandise'u z 1979 roku a płytkę CD zdobył pomarańczowy, papierowy label. Całej serii CSC poświęcony zostanie wkrótce oddzielny artykuł, bo jest to rzecz unikatowa z kolekcjonerskiego punktu widzenia.

Fot. Część kolekcji Maxymovycha - oryginalne
siedmiocalówki
Jeśli chodzi o oryginalnie, winylowe wydanie "The Soundhouse Tapes" z 1979 roku, jest ono aktualnie białym krukiem dla kolekcjonerów - egzemplarz w dobrym stanie, osiąga na ebayu kwoty w granicach nawet 1500 funtów. Ta wersja wśród kolekcjonerskiej społeczności darzona jest miejscami niewyobrażalnym wręcz kultem. Niektórzy z nich oprawiają to wydawnictwo w przeszklone displaye i wieszają na ścianie (ostatnio taki display poszedł na aukcji ebay za kwotę 3 000 funtów), inni zaś, jak chociażby Kenny Maxymovych, starają się mieć jak najwięcej kopii tegoż wydawnictwa. Maxymovych posiada obecnie około 40 egzemplarzy legendarnej siedmiocalówki.

Oczywiście w sieci można natrafić na masę wydań pirackich, nierzadko wzbogaconych o bonusowe utwory z b-side'ów singli czy rzadkich nagrań koncertowych - ma to rzecz jasna swój urok, ale nie ma za wiele wspólnego z formatem oryginalnej wersji. Podróbek winylowych, na różnego rodzaju kolorowych płytach nie sposób zliczyć - co raz wypływają nowe wersje siedmiocalówek, a niektóre dość udanie imitują oryginalne wydanie. Znamienne, że nawet te nieoficjalne wariacje wokół "The Soundhouse Tapes" wciąż wzbudzają wielkie emocje wśród fanów. To tylko potwierdza, jak ważnym wydawnictwem jest ta niepozorna, pomarańczowa siedmiocalówka.



poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Oficjalne biografie to stek bzdur!

Rozmowa z Dougiem Sampsonem, Chopem Pitmanem i Tonym Hattonem.

Wszystko zaczęło się w Październiku, w deszczowym Londynie. Spotkanie z Chopem Pitmanem i Tonym Hattonem było krótkie acz treściwe, podlane sowicie Ironowym "Trooperem". Obiecałem im, że następnym razem spotkamy się w Polsce. Słowa dotrzymałem.
Zespół Airforce, którego członkami są Chop, Tony i Doug Sampson, perkusista Iron Maiden z lat 1977-1979, to wciąż aktywny muzycznie świadek rodzącego się heavy metalu. Zawitali do Lublina, na pierwszy ever, ekskluzywny koncert dla Polskiego Radia. Była to oczywiście wspaniała okazja, aby podpytać członków zespołu, a głównie Douga, o kilka nie do końca jasnych wątków z historii Żelaznej Dziewicy.

World Made of Iron: Panowie, Waszym najnowszym wydawnictwem jest singel "Band of Brothers", który nagraliście z pierwszym, oryginalnym wokalistą Iron Maiden, Paulem Dayem. Jak doszło do tej współpracy?

Tony Hatton: Paul miał się pojawić w Londynie podczas organizowanego 20 stycznia "Cart Day" w pubie Cart & Horses, czyli miejscu w którym Iron Maiden zagrał pierwszy koncert w karierze. Pomyśleliśmy, że gdyby Paul przyjechał nieco wcześniej, fajnie by było coś razem stworzyć. Zaprosiliśmy więc początkowo Paula do wykonania z nami kilku kawałków live, a potem stwierdziliśmy że świetnie by było zrealizować wspólnie jakieś nagranie. Paul ochoczo przystał na ten pomysł i w efekcie mamy "Band of Brothers".

WMOI: "Band of Brothers" nagraliście w studiu Barnyard w Essex, które należy do Steve'a Harrisa.

Doug Sampson:
Tak, Steve i Chop wciąż bardzo się przyjaźnią, więc Chop załatwił nagranie w Essex. To było oczywiście świetne przeżycie i fajny akcent historyczny - pierwszy wokalista Iron Maiden oraz były perkusista tegoż zespołu nagrywają w studiu u Steve'a!

fot. Dave Sullivan, Terry Rance, Paul Day i Steve Harris
WMOI: Z tego co kojarzę, przed Świętami Bożego Narodzenia, doszło do spotkania Steve'a z Paulem Dayem?

Chop Pitman: Tak, spotkał się niemalże cały pierwszy line-up Iron Maiden. Byli tam Steve, Paul, Dave Sullivan i Terry Rance. Zabrakło jedynie Rona Matthewsa, ale z tego co kojarzę, Ron trochę odcina się od tematu. Wciąż ma jakiś żal z tamtych lat, nie wiadomo dokładnie o co chodzi, możliwe że Ron sam już tego nie pamięta (śmiech).

WMOI: To dość ciekawe, że Iron Maiden, pomimo olbrzymiego sukcesu jaki odnieśli, wciąż pamięta o ludziach którzy tworzyli zespół we wczesnych latach.

Doug: O tak, to zdecydowanie wspaniała rzecz. Prócz kilku wyjątków, większość byłych muzyków trzyma kontakt ze Steve'em czy Dave'em. Oni pozostali normalnymi ludźmi. Często się spotykamy, oczywiście jeśli pozwala na to logistyka. Steve mieszka na Bahamach, ale czasem bywa w Londynie i wpadamy do siebie pogadać o starych czasach. 

WMOI: Wspomniałeś o wyjątkach od reguły. Nie tak dawno były wokalista Iron Maiden, Dennis Wilcock pozwał zespół o wykorzystanie jego utworów bez przyznania mu praw autorskich. Znacie tę historię?

Doug: Tak i uważam że totalne nieporozumienie. Dennis po 40 latach przypomniał sobie że to jego kawałki. Dla mnie to totalna żenada. Kiedy przychodziłem do zespołu w 1977 roku i graliśmy numery typu "Prowler" czy "Iron Maiden", nikt nie zaprzątał sobie głowy tym, kto stworzył daną partię czy riff. Wiadomo było że większość numerów tworzyli wspólnie Steve i Dave, ale ciężko powiedzieć w jakich to było proporcjach. Możliwe, że Wilcock dodał kiedyś coś od siebie, ale tak samo ja mógłbym mówić że przejście czy jakiś beat perkusyjny jest mojego autorstwa. I też mógłbym iść z tym do sądu, ale uważam że byłoby to totalnie bez klasy. W tamtych czasach nikt nie wyobrażał sobie, że za 40 lat te kawałki będą legendarne i że będą znane niemalże w każdym zakątku świata. Więc dochodzenie swoich praw do tych numerów po ponad 40 latach jest absurdalne i całkowicie bezzasadne, zwłaszcza że chłopaki bardzo ciężko pracowali na swój sukces.

WMOI: Wielu muzyków którzy współtworzyli zespół w latach 70-tych i 80-tych bazuje aktualnie na starych utworach Maiden, odgrywając je po pubach i klubach. Ty Doug, wraz z Airforce nie macie w swoim repertuarze ani jednego kawałka Maiden. 

Doug: Tak, bo nie można żyć tylko przeszłością. Oczywiście jestem dumny że byłem częścią Iron Maiden i wciąż lubię się tym chwalić. Nigdy nie zamierzałem się odcinać od swoich dokonań z Ironami, ale też nigdy nie chciałem też polegać tylko na nich. Nie czułbym się dobrze opierając całą swoją muzyczną egzystencję na tym, co stworzyłem ponad 40 lat temu. Jestem muzykiem, więc naturalnym moim wyborem jest rozwój, robienie nowych utworów, nagrywanie płyt i tak dalej. Nie czuję potrzeby odtwarzać co wieczór utworów które grałem w latach 80-tych, zwłaszcza że mam teraz swój zespół który ma wiele świetnych kawałków do zagrania. Maiden to ważna część mojego życia, w końcu nie wiadomo jakby się ono potoczyło dalej, gdyby nie problemy zdrowotne przez które musiałem opuścić zespół. Mam bardzo duży szacunek do tamtych czasów ale też do późniejszych dokonań zespołu, bo zrobili przecież masę fantastycznych rzeczy po moim odejściu. Z drugiej strony strony, chciałbym zaznaczyć że nie mam problemu z tym, że niektórzy opierają swój repertuar o piosenki Maiden z czasów kiedy byli w składzie. Jest to świetna sprawa dla fanów, np taki Dennis Stratton robi to kapitalnie i na pewno dla fanów to wielkie przeżycie zobaczyć go w akcji jak gra "Phantom of the Opera".
fot. Airforce podczas spotkania Q&A w Lublinie

WMOI: Naprawdę nigdy nie korciło Cię, żeby zagrać na bis np takiego "Prowlera"?

Doug: Nie. Zagrałem to wiele razy w życiu i naprawdę nie potrzebuje aktualnie do tego wracać, zwłaszcza w Airforce, w którym stawiamy na autorski repertuar. Jeśli mamy już grać cudze kompozycje, to wolimy zagrać Judas Priest albo Accept, który obaj z Chopem uwielbiamy. Być może kiedyś zagram jeszcze "Prowlera", może w jakimś mieszanym składzie, wraz z innym, byłym muzykiem Iron Maiden?

WMOI: Prócz byłych muzyków, trzymacie również stały kontakt z takimi ludźmi jak Dave Lights czy Steve "Loopy" Loonhouse, czyli oryginalnymi członkami ekipy technicznej "Killer Crew".

Chop: Tak, wszyscy oni mieszkają w Londynie i spotykamy się na imprezach lub po prostu przy piwie w barze. Oni też mają wiele kapitalnych historii do opowiedzenia, Loopy wydał nawet jakiś czas temu książkę o swoich przygodach które przeżył pracując jako technik perkusyjny w Iron Maiden. Świetna książka!

WMOI: Doug, charakterystyczną rzeczą dla Iron Maiden zawsze był rozbudowany zestaw perkusyjny, którego używał zarówno Twój następca, Clive Burr, jak i aktualny bębniarz, Nicko McBrain. Pamiętasz kto zapoczątkował tą sceniczną modę? Ty?

Doug: Hmmm, nie wydaje mi się żeby to była jakaś 'sceniczna moda'. Kiedy grałem w Ironach, używałem raczej standardowego zestawu, czyli 3 podwieszane tomy, studnia, werbel, stopa i talerze. Nie przypominam sobie żeby było tego więcej. Wiesz, to były takie czasy kiedy do dyspozycji mieliśmy jedynie średniej wielkości ciężarówkę, w którą musiał zmieścić się sprzęt, ekipa techniczna i muzycy. Siłą rzeczy nie było zbyt wiele miejsca na jakieś bardziej rozbudowane instrumentarium, a musisz wiedzieć że na każdym koncercie jaki graliśmy, zawsze używaliśmy własnego sprzętu, nigdy nic nie pożyczaliśmy. Vic Vella, nasz kierowca zawsze krzyczał: "po jaką cholerę Wam tyle sprzętu!?!?!". Wydaje mi się jednak, że każdy z perkusistów Maiden miał pełną dowolność co do sprzętu na jakim grał i nie było to podyktowane jakąkolwiek wizją, ani managementu, ani Steve'a Harrisa. Skoro Clive używał takiego dużego zestawu, widocznie tak lubił i tak mu było wygodnie.

WMOI: Znałeś się z Clive'em Burrem zanim dołączył do Maiden?

Doug: Nie, co ciekawe, poznaliśmy się dopiero kiedy obaj byliśmy już poza zespołem! Kiedy ja odszedłem z zespołu, trochę się wycofałem, musiałem uporządkować swoje sprawy zdrowotne, Clive natomiast wszedł wtedy na pełnej parze do rozpędzającego się pociągu Maiden i przez 3 lata nie miał zbyt wiele czasu na kontakty towarzyskie, bo był cały czas w rozjazdach. Spotkaliśmy się dopiero ok. 1985 roku, w studiu w którym obaj nagrywaliśmy materiał do swoich aktualnych projektów. Bardzo się polubiliśmy i od czasu do czasu spotykaliśmy się aby pogadać o starych czasach.

WMOI: W Londynie od kilku lat organizowany jest Burr Fest, czyli festiwal pamięci Clive'a. Z Airforce bierzecie tam regularnie udział.

Chop: To wspaniała inicjatywa, zwłaszcza że zrzesza byłych muzyków Maiden, którzy w większości pamiętają Clive'a nie tyle z zespołu, co z czasów przed dołączeniem do niego. Na Burr Fest grali już Dennis Stratton, Paul Di'Anno, Bufallo Fish z Terrym Wapramem na gitarze, Thunderstick czy jedyny pełnoprawny klawiszowiec w historii Iron Maiden, Tony Moore. Takie imprezy są potrzebne, bo upamiętniają wspaniałego człowieka jakim był Clive i pozwalają fanom na poznanie historii ich ulubionego zespołu od podszewki.

fot. Doug Sampson podczas koncertu w Radiu Lublin 
WMOI: Legenda głosi, że podczas nagrywania "The Soundhouse Tapes", czyli pierwszego oficjalnego wydawnictwa Iron Maiden, prócz Ciebie, Steve'a, Dave'a i Paula Di'Anno brał w nim udział jeszcze gitarzysta Paul Cairns. Doug, czy możesz to potwierdzić?

Doug: Tak, faktycznie tak było. Paul nagrał partię drugiej gitary we wszystkich 4 kawałkach i solo w "Strange World".

WMOI: Dlaczego więc nie ma o tym wzmianki ani na kopercie płyty ani w oficjalnej biografii Iron Maiden "Run to the Hills"?

Doug: Och, oficjalne biografie to zawsze jest stek bzdur! (śmiech). Podobno gdzieś napisali że pracuję jako operator wózka widłowego, a ja nawet nie mam na to papierów! Co do Paula Cairnsa, sprawa jest prosta. To były czasy, kiedy skład Maiden wciąż nie mógł się ustabilizować, Paul Cairns był w zespole raptem miesiąc lub dwa, ale trafił akurat na sesję nagraniową w Spaceward. Zrobił swoją robotę, po czym odszedł z zespołu. "The Soundhouse Tapes" wydane zostało kilka miesięcy później, kiedy skład faktycznie był czteroosobowy, więc koperta płyty przedstawiała aktualną sytuację personalną. Kiedy płyta była w tłoczni, w tym czasie dołączył jeszcze Tony Parsons, który też nie miał farta i nie załapał się na kopertę (śmiech). Trzeba pamiętać że w tamtym okresie wszystko działo się naprawdę szybko i obecnie ciężko to wszystko idealnie umiejscowić na osi czasu. Zmiany personalne, kontrakt z EMI, nagrania pierwszej płyty, koncerty, składanki... Może komuś uda się to kiedyś poukładać, ale to ciężkie zadanie, bo nawet mi mieszają się te wątki. Myślę że nawet Steve tego wszystkiego już nie pamięta! Niemniej jednak, faktem jest że Paul Cairns nagrywał z Iron Maiden w studiu Spaceward. Zresztą, słuchając tej płyty bardzo łatwo wychwycić, że partie drugiej gitary nie należą do Dave'a Murraya. Całkowicie inny styl gry.

WMOI: Druga ciekawa legenda dotycząca tamtych czasów mówi, że sesja nagraniowa albumu "Iron Maiden" rozpoczęła się jeszcze z Tobą w składzie. Zachowały się jakieś nagrania z tego okresu? Czy Twoje ścieżki zostały wymazane i zastąpione nagraniami Clive'a?

Doug: To było trochę inaczej. Kiedy Iron Maiden podpisało kontrakt z EMI, zespół szukał producenta który zrobiłby z nami pierwszą płytę. Zostało więc nagranych kilka demówek ze mną w różnych studiach i z różnymi producentami. Istnieje wersja "Running Free" z moim udziałem, ale to straszne gówno, ze względu na fatalną produkcję i jakość nagrania - nigdy nie ukazało się to oficjalnie, ale wiem że krąży po internecie w fanowskim obiegu. Kilka nagrań z tego okresu poszukiwań zostało upublicznionych na składance Metal for Muthas ("Sanctuary" i "Wrathchild" - przyp. red.) oraz na stronie B singla "Running Free" (mowa o utworze "Burning Ambition" - przyp. red.)

WMOI: Obecnie "Świetym Graalem" dla fanów Iron Maiden wydaje się demo z 1977 roku, którego fragmenty upublicznił Thunderstick. Słyszałeś te nagrania?

Doug: Tak, ale to raczej ciekawostka niż coś czego faktycznie warto posłuchać. To nagrania poczynione zaraz przed rozpadem zespołu, z kiepsko dysponowanym Dennisem Wilkock'iem, bez Dave'a Murraya i z Thunderstickiem na bębnach, który utrzymał się w zespole chyba z 2 tygodnie. To bardzo mierne wykonania kawałków które potem składaliśmy od nowa do kupy, po tym jak dołączyłem do zespołu. Zdaję sobie sprawę że dla fanów to zapewne bardzo duża ciekawostka, ale uwierzcie mi że poza wartością historyczną, muzycznie to kompletny niewypał. 

WMOI: Nie zachowało się zbyt wiele nagrań koncertowych z okresu Twojej bytności w zespole, ale na Ebayu można dorwać bootleg z Ruskin Arms z października 1979 z Twoim udziałem.

Doug: Słyszałem o tym. Jednak jakość nie jest powalająca, to raczej coś dla najbardziej zagorzałych fanów. Wiem że istnieje jeszcze kilka nagrań z okresu kiedy bębniłem w Ironach, ale sam nie posiadam nic co byłoby warte upublicznienia.

WMOI: No dobra, to skoro już jesteśmy przy czasach dawnych. Chop, jak to było z tym pożyczaniem wzmacniacza Steve'owi? Faktycznie uratowałeś Iron Maiden przed niebytem?

Chop: Haha, tak! (śmiech) Znałem się ze Steve'em od dziecka, mieszkaliśmy obok siebie. Kiedyś przyszedł do mnie i powiedział że ma zaklepany koncert w Cart & Horses ze swoim nowym zespołem, ale nie ma dobrego sprzętu! Chop, ratuj! (śmiech) Ja akurat miałem sporo gitarowych gratów, więc powiedziałem: ok, coś zmontujemy. Skończyło się na tym, że Steve Harris grał na basie podłączony do gitarowego pieca. Brzmiał jednak całkiem nieźle. 

WMOI: Skoro znałeś się tak dobrze ze Stevem, dlaczego nigdy nie zostałeś gitarzystą Iron Maiden?

Chop: Nie byłem wystarczająco dobry. Po prostu. Byłem kiedyś u nich na przesłuchaniu, ale nie zażarło. Wiesz, ciężko było dorównać do Dave'a Murraya, spójrz tylko na ich historię, jak wielu gitarzystów przewinęło się przez skład Maiden na przestrzeni lat - to wyjaśnia w zasadzie wszystko. Grać u boku Dave'a to wielkie wyróżnienie ale i wielkie wyzwanie, bo to naprawdę świetny gitarzysta. Zdarzało mi się jammować ze Steve'm, Dave'm czy Adrianem, ale nie grałem z nimi kawałków Maiden.

środa, 27 marca 2019

Tam gdzie wszystko się zaczęło...

Z wizytą w kolebce heavy metalu.


Zapewne każdy zespół, nie tylko metalowy, ma jakieś charakterystyczne miejsce, które może określić jako swój "punk początkowy". Garaż gdzie grali pierwsze próby, mieszkanie lidera, sala koncertowa w której dali swój pierwszy występ ever. Legenda brytyjskiego heavy metalu, Iron Maiden swoje pierwsze kroki na scenie stawiał na Maryland Point w Londynie, w mieszczącym się w dzielnicy Stratford pubie "Cart & Horses".


fot. Autor pod wejściem do klubu.

"Cart & Horses" stoi w Londynie już ponad 100 lat. Przez większość czasu był utożsamiany z miejscem spotkań kibiców West Ham United*, którzy przed meczem studzili swoje emocje chłodnym piwem, a po meczu, w zależności od tego czy zakończył się wygraną czy przegraną 'Hammersów', świętowali lub zapijali smutki. Jednak w roku 1976 roku, grupka młodych, długowłosych anglików z gitarami, na zawsze zmieniła bieg historii małego lokalu w Stratford. Basista Steve Harris, gitarzyści Terry Rance i Dave Sullivan, perkusista Ron Matthews oraz wokalista Paul Mario Day - zespół Iron Maiden zagrał tu swój pierwszy koncert. Jeśli wierzyć słowom wieloletniego przyjaciela Harrisa, Chopa Pitmana, pierwszy koncert Ironów mógł zakończyć się katastrofą i w ogóle nie dojść do skutku - wzmacniacz Harrisa, tuż przed rozpoczęciem show, odmówił posłuszeństwa. Na szczęście Pitman mieszkał nieopodal i zdołał w dość szybkim czasie pożyczyć wzmacniacz Steve'owi. Chop nie wiedział jeszcze wtedy, że uratował nie tylko ten koncert, ale cały heavy metal. Cały gig zakończył się sporym sukcesem i od tej pory Maiden regularnie koncertowali na Stratford, aż w końcu pub stał się dla nich, a precyzyjniej mówiąc dla wciąż rosnącej grupy ich fanów, po prostu za mały.

Dzisiejsze "Cart & Horses" to święte miejsce fanów Iron Maiden. Lokal prowadzony obecnie przez fana włoskiego pochodzenia, Kastro Pergioniego, to swoiste muzeum wczesnych lat Ironów. Ściany przyozdobione są zdjęciami z wczesnych lat twórczości zespołu, okładkami płyt i singli oraz instrumentami - nierzadko oryginalnie używanymi przez Ironów w przeszłości na scenie. Lokal chętnie jest odwiedzany nie tylko przez fanów z całego świata, ale także przez byłych muzyków i współpracowników zespołu. Zresztą, kierownik pubu skrupulatnie dba o to, żeby "Cart & Horses" tętniło życiem i utrzymywało historię przy życiu, organizując tu spotkania typu Q&A oraz koncerty. Na przestrzeni kilku lat, prócz wielu cover bandów Iron Maiden, zagrali tu chociażby Doug Sampson ze swoim zespołem AirForce, Terry Wapram z Buffalo Fish, Dennis Stratton czy w końcu wspomniany Paul Mario Day, powracając na scenę w Stratford po prawie 40 latach, natomiast na spotkania Q&A udało się ściągnąć min. Paula Di'Anno i Steve'a "Loopy" Loonhouse'a. 

"Jesteś fanem Maiden?" - zagaił mnie barman, kiedy popijałem spokojnie butelkę sygnowanego logiem Iron Maiden piwa "Trooper". "Pewnie że tak!" - odparłem zgodnie z prawdą. Kolejną godzinę spędziliśmy na wymianie historii i uwag dotyczących naszego ukochanego zespołu. "Każdy z nas tutaj to fan Maiden. Ciężko nie kochać tego zespołu, pracując w takim miejscu jak to" - opowiadał mi, otwierając w międzyczasie kolejną butelkę Maidenowego ale'a. Znamienne, że kiedy powiedziałem że przyjechałem tu z Polski, nie był jakoś specjalnie zaskoczony. "Odwiedzają nas tu fani z całego świata, praktycznie codziennie. Jesteśmy dla nich swego rodzaju mekką" - śmiał się. 

"Cart & Horses" opuszczałem z dużym smutkiem. Spędziłem tam 3 wieczory muzycznych uniesień i przepełnione niesamowitymi doznaniami historycznymi. Na odchodne Kastro podarował mi pamiątkową koszulkę z logiem pubu i wypisanymi na niej wszystkimi nazwiskami muzyków, którzy kiedykolwiek tworzyli zespół Iron Maiden. Uiściłem również swój wpis w pamiątkowej księdze gości pubu i zakupiłem pamiątkowy otwieracz do piwa. 

Polecam każdemu, kto czuję się związany z nazwą Iron Maiden, wizytę w tym lokalu. Nie chodzi już tylko o względy historyczne (typu pisuar do którego zapewne sikał w 1976 roku Steve Harris). "Cart & Horses" to po prostu lokal przepełniony wszechobecnym duchem Iron Maiden, w którym każdy fan legendarnej brytyjskiej formacji poczuje się jak w domu.  

__
* Fani West Ham, mimo stylistycznej wolty pubu, wciąż chętnie spotykają się w "Cart & Horses" przed meczami swojej drużyny. Istnieje nawet specjalna grupa kibiców, West Ham Metalheads, która łączy obie swoje miłości, czyli piłkę nożną i ciężkie brzmienia.




wtorek, 23 października 2018

Z wizytą u Clive'a Burr'a.

Do Londynu wybrałem się w sprawach biznesowych: spotkać się z klientami i porozmawiać o przyszłości. Jednak wieczorem, gdy biznesowe rozmowy cichły, miałem niepowtarzalną okazję poznać nieco lepiej miasto, w którym najlepszy zespół heavy metalowy wszechczasów, Iron Maiden, stawiał swoje pierwsze kroki.

Do Londynu dotarłem w niedzielę, późnym wieczorem. Przywitał mnie oczywiście legendarny angielski deszcz, bardzo typowy dla tej pory roku. Zatrzymałem się na Romford Road, w dzielnicy Stratford. 10 minut do nowego stadionu West Ham United* i jakieś 5 minut do... "Cart & Horses". Temu lokalowi poświęcę nieco więcej miejsca w kolejnym wpisie, natomiast tu jedynie odnotuje że jest to legendarny pub mieszczący się na Maryland Road, w którym to Ironi zagrali swój pierwszy koncert ever. To właśnie tam we wtorkowy wieczór miałem okazję porozmawiać z Chopem Pitmanem i Tony Hattonem, odpowiednio gitarzystą i basistą heavy metalowego zespołu AirForce, w którym to na bębnach gra niejaki Doug Sampson. Sampson to perkusista, który zagrał na legendarnej "The Soundhouse Tapes", czyli pierwszym wydawnictwie Ironów z 1979 roku**. Sympatyczni Brytyjczycy opowiedzieli mi kilka ciekawych anegdot i historii z przeszłości oraz udzielili krótkiego wywiadu - ten postaram się opublikować niebawem na blogu. Nasza rozmowa zeszła także na temat byłych członków Maiden, w tym na osobę nieodżałowanego perkusisty, Clive'a Burra, którego grę można podziwiać na trzech pierwszych albumach Maiden: "Iron Maiden" z 1980 roku, "Killers' z 1981 i słynnym "The Number of the Beast" z 1982. Clive niestety zmarł w 2013 roku, przegrywając walkę z chorobą z którą zmagał się przez wiele lat. "Chciałbyś odwiedzić Clive'a?" - zapytał wprost Chop. Pewnie! Okazało się że Chop był przyjacielem perkusisty przez wiele lat, dobrze znał się również z jego żoną, Mimi. Wykonał do niej połączenie aby upewnić się w którym dokładnie miejscu pochowany jest Clive, a ta zamiast tego, zaproponowała spotkanie i krótką wycieczkę następnego dnia.

PRAWDZIWY HEAVY METAL


Fot. Clive i jego legendarny biały zestaw.
Mimi to drobna Angielka, która jak się okazało, walczy z tą samą chorobą z którą zmagał się jej mąż, czyli ze Stwardnieniem Rozsianym. Jej stan jest jednak znacznie lepszy a stadium choroby nie aż tak bardzo zaawansowane jak to było u Clive'a. Mimi postanowiła zawieźć nas w kilka miejsc które były ważne jeśli chodzi o jej męża.
Najpierw pojechaliśmy do skromnej posiadłości w Leyton, w której mieszkała razem z Clivem. "To jego pokój, zostawiłam go tak jak był, kiedy mieszkał tu Clive" - powiedziała, kiedy otworzyła drzwi do przestronnego pomieszczenia, który faktycznie wyglądało jakby nikt nic w nim nie ruszał od kilku lat. Ściany zdobiły fotografie Burra z tras po USA i Japonii, które Iron Maiden odbyli w 1981 i 1982 roku. W centralnym punkcie pokoju znajdował się również charakterystyczny display ze złotą płytą za album "The Number of the Beast". Prócz tego masa płyt cd i winyli z muzyką hard'n'heavy, dużo magazynów rockowych oraz pocztówek z całego świata. "Clive uwielbiał utrzymywać kontakt z fanami, był dla nich wspaniały, tak jak oni dla niego"- skomentowała pocztówki Mimi. Przed posiadłością stoją dwa garaże. W jednym z nich okazały, biały zestaw perkusyjny, dla każdego fana Iron Maiden w mig łatwy do rozpoznania. "Używał go podczas gry w Maiden a także już po rozstaniu z zespołem. Póki jego kondycja na to pozwalała, cały czas na nim ćwiczył" - opowiadała. Przed garażami stał natomiast przedmiot który jest prezentem od greckiego fana. Potężna, metalowa rzeźba, rozmiarów ok 2 metrów wysokości na 4 metry szerokości przedstawia zespół Iron Maiden za czasów wspomnianego "The Number of the Beast". "Stoi tu od lat, nikt nie potrafi tego przenieść. To prawdziwy heavy metal!" - śmiała się Mimi. "Chłopaki z Maiden zaoferowali że to zabiorą. Ale nie chciałam żeby to robili. To ciekawe, że po tylu latach cały czas mamy świetny kontakt, zwłaszcza ze Steve'em. Iron Maiden jest jak rodzina. Jeśli już raz się w tym gronie znajdziesz, to nie da się stąd tak po prostu odejść. Wszyscy wciąż trzymają się razem, aktualni i byli członkowie. Wciąż wspierają fundację Clive'a. Rod Smalwood [manager Ironów - przyp. autor] bardzo często podsyła jakieś gadżety na licytację. To wspaniali ludzie, pozostali normalni mimo tak ogromnego sukcesu jaki odnieśli".

POŚRÓD DRZEW I KWIATÓW


Fot. Miejsce pochówku Clive'a Burra.
Kolejny etap naszej podróży to wizyta na cmentarzu. Angielskie cmentarze to coś z goła odmiennego od naszych, Polskich nekropolii. To coś na kształt ogromnego parku, po którym możesz poruszać się samochodem. Pośród krzewów, drzew i kwiatów, małe, skromne tabliczki, ławeczki, praktycznie bez monumentów i pomników. Urna z prochami Clive'a znajduje się w niewielkiej alejce, nieopodal dużego dębu. Maleńka tabliczka, rozmiarów ok 10 cm x 8 cm, jest ledwie zauważalna w potoku kwiatów które są w okół niej rozsiane. To miejsce bardzo intymne, emanujące rodzinną miłością. Nieopodal, znajdują się również prochy rodziców Clive'a. "Matka Clive'a miała Polskie korzenie, pochodziła z Głogowa. W czasie wojny wyemigrowała jednak do Anglii, gdzie poznała męża, no i już tam została" - opowiadała Mimi, wiedząc że jestem z Polski. Wizyta na miejscu pochówku Clive'a była dla mnie dużym przeżyciem, zwłaszcza że kiedy w 2013 roku dotarła do mnie informacja że perkusista zmarł, bardzo żałowałem że nie dane mi było poznać go osobiście. Teraz przynajmniej mogłem złożyć mu hołd przy jego mogile.

Fot. Lipa Clive'a w Alei Pamięci
Ostatnim przystankiem naszej wycieczki była Aleja Pamięci, położona przy jednym z londyńskich kościołów. Prowadzi do niej kilka wąskich uliczek. "Nie jestem za dobrym kierowcą. Clive za to jeździł świetnie. Tak jak grał na perkusji, tak samo prowadził samochód: z wyczuciem, bardzo pewnie. Jeździł w wielu miejscach, w Europie, w Stanach, w Japonii, i nigdy nie miał z tym problemu. Ja gubię się nawet tutaj, choć mieszkam tu od tylu lat!" - opowiadała po drodze Mimi. W Alei Pamięci, przyjaciele perkusisty zasadzili ku jego pamięci lipę szerokolistną. Takie same drzewo pamięci Clive'a zostało posadzone również w Paryżu i Nowym Jorku. To bardzo ciekawa tradycja, mająca podobno swoje korzenie w czasach średniowiecznych. Teraz jednak jest oczywiście zdecydowanie trudniej o dobre miejsce na zasadzenie takiego drzewa. Tu dzięki dobrej woli parafii i przyjaciół Burra, było to możliwe. Mimi powiedziała mi: "To sprawia że pamięć o Clive będzie trwać długie lata. To i muzyka którą po sobie pozostawił. Bardzo mi go brakuje..."

_____
* West Ham United to niezwykle ważny klub w historii Iron Maiden. Założyciel zespołu, Steve Harris jest wielkim kibicem tej drużyny, na scenie wciąż nosi klubowe barwy, w tym opaski na ręce i szal, tzw barwówkę. Clive Burr również należał do grona kibiców klubu. Oryginalny stadion West Ham, Boleyn Ground został rozebrany w 2017 roku, a klub przeniósł się na wybudowany na potrzeby Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku, London Olympic Stadium. 

** Materiał z "The Soundhouse Tapes", nagrany w sylwestrową noc 1978/79 w londyńskim Spaceward Studios, miał tak naprawdę dwie odsłony. W pierwszej połowie roku 1979 istniał po prostu jako "Demo ze Spaceward" i w takiej formie, na szpulowej taśmie był rozprowadzany wśród klubów, DJ-ów i lokalnych promotorów. Był jednak na tyle dobry, że Harris i spółka zdecydowali się go wydać w formie limitowanej do 5000 sztuk płyty winylowej. Nazwa mini-albumu wzięła się od popularnej imprezy prowadzonej przez DJ Neala Kaya ("Heavy Metal Soundhouse"), który puszczał na niej kawałki Ironów z demo i promował zespół wśród bywalców swojej "dyskoteki". Znamienne, że "The Soundhouse Tapes" posiadało o jeden utwór mniej niż oryginalne demo - muzycy zespołu zrezygnowali z oficjalnego upubliczniania ballady "Strange World". Utwór ten, oficjalnie, ujrzał światło dzienne dopiero w 1996 roku, jako ekskluzywny bonus do pierwszego The Best Of Maidenów, "The Best of the Beast". Winylowa, czteropłytowa, edycja tegoż wydawnictwa zawierała również pozostałe nagrania z legendarnej taśmy demo ze Spaceward. Oryginalne wydanie "The Soundhouse Tapes" jest obecnie istnym białym krukiem jeśli chodzi o wydawnictwa Iron Maiden a jego ceny osiągają dość zawrotne kwoty. W tym miejscu należy zwrócić uwagę na oszustów, którzy rozprowadzają bootlegowe edycje tejże płyty a także jej wersje na CD. Na tym nośniku "The Soundhouse Tapes" zaistniało oficjalnie tylko raz, jako prezent dla członków fan-clubu IM, którzy wzięli udział w specjalnie organizowanym konkursie. Nakład winylowej repliki tego wydawnictwa był limitowany do 666 kopii i jest dziś, tak samo jak winylowa płyta-matka, kolekcjonerskim rarytasem.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Be A Part of Legacy

Iron Maiden, Kraków, Tauron Arena, 27.07.2018


Nawiązując do wstępu z poprzedniego artykułu - żaden kataklizm się nie wydarzył i 5 show Iron Maiden w moim życiu stał się faktem. Weekend w Krakowie był niesamowity i pełen emocji i na pewno zapamiętam go na bardzo, bardzo długo. 

Iron Maiden przyjechało do Krakowa w ramach przekrojowej trasy "Legacy of the Beast Tour", która zalążek ma w grze komórkowej o tym samym tytule. Zestaw hitów + scenografia odnosząca się do scen z gry - tak w uproszczeniu można by było przedstawić introdukcję do tego show. W dużym uproszczeniu.

Ciężko wymagać od zespołu który jest obecny na scenie nieprzerwanie od 40 lat, zaskoczeń czy innowacji. Jednak Ironi w zasadzie od zawsze uciekali od wszelkich standaryzacji i szufladek, na maksa wykorzystując potencjał który drzemie w każdym, kto tworzy ich ekipę. A śmiało można stwierdzić, że Iron Maiden to nie tylko szóstka muzyków, to także cały management, technicy, scenografowie, marketingowcy - jednym słowem: kolektyw. I ten kolektyw wciąż bardzo mocno pracuje na to, żeby Iron Maiden nie było tylko grupką stetryczałych panów odcinających kupony i odgrywających największe hity na żywo, ale żeby wokół tej nazwy wciąż się działo, żeby zespół wciąż przyciągał, wciąż zniewalał, wciąż zaskakiwał i wciąż inspirował kolejne pokolenia.

Kiedy kilka minut po 21, przy dźwiękach rozpoczynającego się "Aces High", prosto na mnie  wyleciał realnej wielkości Spitfire (prawdziwy, a nie jakiś tam z ekranu), serce zabiło mi zdecydowanie szybciej. Brawurowe wykonania "Where Eagles Dare" i "2 Minutes to Midnight" na pewno nie wpłynęły na uspokojenie tętna. Dopiero kiedy Bruce Dickinson wygłosił krótką przemowę o wolności, która była jednocześnie introdukcją do epickiej wersji "The Clansman", można było chwilę odetchnąć. Chwilę, bo utwór bardzo szybko wszedł na pełne obroty. Zespół zgrabnie podzielił swój set tematycznie - pierwsze utwory spajał wspólny mianownik wojny i walki. Stąd też scena przybrana była w wojskowe maskownice, kolczaste druty i barykady, a technicy wychodzili na scenę w wojskowym rynsztunku. Wiązankę wojennych przebojów zakończył wykonany z niebywałym wykopem "The Trooper", podczas którego Dickinson chwycił w dłonie Polską flagę, czym spowodował ogromny aplauz licznie zgromadzonej w Tauron Arenie publiczności. W trakcie utworu na scenę wkroczył także 3 metrowy Eddie w przebraniu angielskiego kawalerzysty - dokładnie taki sam, jaki widnieje na okładce singla rzeczonego utworu. Maskotka zespołu stoczyła obowiązkowy pojedynek z Brucem na szable, a także poprzeszkadzała trochę gitarzystom. Ci z kolei, zabrzmieli w piątkowy wieczór wybornie, selektywnie i odpowiednio ciężko zarazem. Gitarowe pojedynki Adriana Smitha i Dave'a Murraya zawsze były esencją stylu Iron Maiden, ale na żywo, podczas koncertowego żywiołu, miałem wrażenie że wypadają jeszcze bardziej smakowicie. Dwójce gitarzystów wtórował dzielnie Janick Gers, który również miał kilka swoich momentów. Pełen uznania jestem również dla Nicko McBraina, który mimo swojego wieku, wciąż bardzo solidnie napędza rytmiczną machinę brytyjskiego zespołu oraz zaskakuje potężnym brzmieniem swoich bębnów. Wszędobylski basista i lider zespołu, Steve Harris, dwoił się i troił, będąc raz po jednej stronie sceny, raz po drugiej, a to podchodząc blisko do stanowiska perkusyjnego, a to biegnąc wprost na krakowski tłum.

Kiedy panowie rozpoczęli "Revelations", trzeci już numer z klasycznego "Piece of Mind", scena zamieniła się w rozświetloną katedrę, pełną witraży, kandelabrów i gotyckich zdobień. Widok zapierał dech w piersiach. Był to też znak, że zespół wkroczył w drugą część setu która wypełniona była utworami nawiązującymi do tematów religijno-duchowych. Scena-katedra była idealnym miejscem na kolejne kreacje Bruce'a Dickinsona, który co utwór zmieniał charakteryzację: koncert rozpoczął w czapce pilotce, potem zabawiał się w żołnierza, kaznodzieję, barda, proroka a nawet... mnicha. Podczas "Sign of the Cross" dźwigał na górę sceny świecący krzyż, podczas "Fear of the Dark" przywdział maskę i kapelusz a w trakcie brawurowego wykonania kolejnego klasyka, "Flight of Icarus", strzelał w stronę olbrzymiego Ikara, zawieszonego z tyłu sceny, miotaczem ognia. Dickinson generalnie sprawiał wrażenie strasznie zaangażowanego w komplet gadżetów które zostały mu udostępnione na potrzeby spektaklu Iron Maiden. Ważne jednak, że tak samo zaangażowany był w śpiew, który w piątkowy wieczór w Krakowie prezentował się bez zarzutu. Bruce na koniec wieńczącego koncert "Run to the Hills" postanowił za pomocą dynamitu wysadzić całą scenę w powietrze. Tauron Arena rozbłysła płomieniami a zespół jeszcze długo rzucał ze sceny kolejne gadżety w postaci kostek, frotek, pałek czy naciągów perkusyjnych. 


Ilość rekwizytów, przygotowanie sceny i starannie ułożona setlista świadczyła o tym, że każdy z 20,000 osób zgromadzonych w Tauron Arenie doświadczył nie tyle zwykłego rockowego koncertu, ale starannie wyreżyserowanego, heavy metalowego spektaklu, w którym muzyka stała na równi z oprawą, wspaniale z nią korespondowała i tworzyła jedną, wielką całość. W tym miejscu należy się właśnie ukłon całej ekipie która pracuje nad tym, aby ten spektakl wyglądał dokładnie tak jak wygląda. Dodając do tego wspaniałe zgranie zespołu i swego rodzaju świeżość którą prezentowali, spokojnie można stwierdzić że Iron Maiden to unikat na skalę światową i jeśli kiedyś nadejdzie ten okropny dzień w którym przestaną grać, świat straci jeden ze swoich największych, muzycznych cudów. O ile nie największy.

Tymczasem życzę sobie i Wam szybkiego powrotu zespołu do Europy i do Polski, bo kolejny koncert Ironów na naszej ziemi, to absolutna jazda obowiązkowa w kalendarzu każdego, szanującego się, fana rocka.

* * *

Znamienne że Maidenowy weekend w Krakowie, to nie tylko koncert i przed koncertowa gorączka. Kilka dni przed gigiem do szerszego grona fanów dotarła informacja o konkretnym miejscu w którym zatrzymali się muzycy. Fani okupowali wejście do hotelu od wczesnych godzin porannych aż do późnych godzin nocnych. Sami muzycy wydawali się nieco zakłopotani tą sytuacją, gdyż nie spodziewali się że podczas standardowego wyjścia na zwiedzanie miasta, będą musieli przebić się przez kilkudziesięcioosobowy tłum wielbicieli. Niektórzy z nich konsekwentnie unikali konfrontacji z fanami szukając alternatywnych wyjść z hotelu, inni z kolei z podniesioną przyłbicą podejmowali rękawice i wychodzili do fanów. Największy szacunek należy się liderowi grupy, Steve'owi Harrisowi który w sobotnie, upalne popołudnie, w wiatrołapie hotelu, przez pełne 45 minut podpisywał płyty i fotografował się z każdym, kto tylko tego chciał. Przez rzeczony wiatrołap przewinęło się ponad 100 osób i każdy z nich mógł chociaż przez te kilka sekund obcować z legendarnym basistą i założycielem Iron Maiden. Nicko McBrain i Janick Gers również pokazali się na chwilę fanom, jednak dość służbistyczna (z kilkoma wyjątkami) ochrona, konsekwentnie utrudniała dłuższą sesję. Nieliczni szczęśliwcy byli jednak bogatsi o kolejne fotki i autografy. Ta sytuacja dowodzi jednego i w zasadzie w pewien sposób tłumaczy, dlaczego Ironi zaszli tak daleko. Harris, McBrain, Gers, Smith, Murray i Dickinson pozostali normalnymi ludźmi, którzy nie obstawiają się gwardią własnych ochroniarzy, którzy nie chowają się za przyciemnianymi szybami swoich prywatnych limuzyn. Poza sceną są normalnymi ludźmi, którzy, tak jak ich fani, oddali się swojej największej pasji: muzyce. Między innymi to stanowi o wyjątkowości tego zespołu i dokładnie to sprawia, że już na zawsze Iron Maiden pozostanie najważniejszym zespołem mojego życia.

UP THE IRONS!


40 LAT BESTII - cz. 1

40 lat temu światło dzienne ujrzało ponadczasowe dzieło zatytułowane "The Number of the Beast". Okrągła rocznica skłania do reflek...