czwartek, 18 kwietnia 2019

Przed Burzą: The Soundhouse Tapes

Debiutancki album Iron Maiden ujrzał światło dzienne 14 kwietnia 1980 roku. Jednak każdy kto choć trochę głębiej wszedł w historię legendarnego zespołu z Londynu wie, że nie było to tak naprawdę pierwsze wydawnictwo płytowe jakie zrealizowali Steve Harris i spółka. 

Realia Londynu na przełomie lat 70-tych i 80-tych wcale nie były zbyt wesołe, zwłaszcza dla długowłosych muzyków, którzy w swoim założeniu kultywowali tradycje takich zespołów jak UFO, Deep Purple czy Thin Lizzy. Formacja Steve'a Harrisa, mimo sporej popularności w kilku rodzinnych dzielnicach Londynu, poza ich granicami była bardzo mało znana. Wiadomo było, że porządnie nagrane demo, pomoże im zabookować koncerty w innych rejonach miasta i na jego obrzeżach. Sylwestrowa noc 1978/79 miała za chwilę okazać się przełomowa dla "Żelaznej Dziewicy".

Fot. Iron Maiden z Paul'em Cairns'em (w środku).
Zespół zarezerwował 24 godzinną sesję w Spaceward Studios, niedrogim acz profesjonalnym studiu nagraniowym, do którego często zmierzali młodzi muzycy aby nagrać debiutanckie albumy lub taśmy demo. Sylwestrowa noc była idealna na nagrania, ze względu na tańsze koszty wynajmu studia i stosunkowy brak konkurencji w tym terminie. Skład Iron Maiden w tamtym czasie stanowili prócz basisty Steve'a Harrisa, wokalista Paul Di'Anno, gitarzysta Dave Murray, perkusista Doug Sampson oraz drugi gitarzysta Paul Cairns. Udział tego drugiego był przez długi czas wątpliwy. Obecnie jednak, jest już jasne że Cairns był wtedy w Spaceward i nagrywał z Ironami. Świadczy o tym stara fotografia z 1 stycznia 1979, zrobiona przed studiem, a także wspominki byłych członków zespołu, min. Sampsona (wywiad z nim możecie przeczytać na blogu). Sam gitarzysta również chętnie przyznaje się do tego faktu za pośrednictwem portali społecznościowych. Oficjalna biografia Ironów, wydana w pierwszym swoim nakładzie w 1998 roku, wspomina co prawda o osobie Cairns'a, ale nie wiąże go z pierwszymi nagraniami zespołu. Jeśli polegać na opowieściach Douga Sampsona, Cairns był członkiem Iron Maiden przez bardzo krótki okres czasu i kiedy zespół postanowił wydać oficjalnie swoje demo, był już poza składem i dlatego nie został wspomniany na kopercie.

W takim czy innym składzie, zespół zrealizował w Spaceward cztery nagrania: "Prowler", "Iron Maiden", "Invasion" oraz wspomniany już "Strange World". Wg relacji Harrisa, sesja przebiegła bardzo sprawnie i większość numerów została nagrana za pierwszym razem. Po latach, kawałki te mają swoją moc, choć ich produkcja pozostawia wiele do życzenia i, istotnie, brzmią jak klasyczne demo. "Prowler" nie ma jeszcze tego dzikiego drive który zyskał na pierwszej długogrającej płycie, "Iron Maiden" z kolei razi nieco swoją prostotą, choć do bólu ostry i buntowniczy wokal Di'Anno nawet po latach robi wrażenie. Słychać też, że Doug Sampson był perkusistą z całkowicie innej szkoły grania, niż jego następca, Clive Burr, który znacznie urozmaicił perkusyjne partie utworów - te na demówce ze Spaceward brzmią miejscami dość kwadratowo, choć zdecydowanie mają swój urok.

Fot. Wersja CD z 2001 roku.
Losy utworów z tej sesji są dość ciekawe. Pierwotnie ekipa Steve'a Harrisa zrobiła kilka kasetowych kopii aby porozsyłać je po klubach muzycznych w różnych dzielnicach Londynu. Ręcznie opisana kopia jednej z takich kaset, sprzedana została na aukcji internetowej w 2014 roku za ok 560 funtów. Odzew na muzykę Maidenów okazał się ogromny, a popularności zespołowi przyniósł niejaki Neal Kay, DJ który prowadził własną rockową dyskotekę nazwaną "Heavy Metal Soundhouse". Ironi słyszeli wiele dobrego o tym miejscu, ale kiedy zanieśli Kay'owi swoją taśmę z nadzieją na możliwość zagrania tam koncertu, ten odłożył ją na stertę innych nie obiecując kompletnie nic. 2 tygodnie później, londyński DJ oszalał na punkcie 4 utworów z niepozornej taśmy i puszczał je non stop podczas swoich imprez, głosząc dobrą nowinę. Kay był jednym z pierwszych, którzy oficjalnie uznali Iron Maiden za przyszłe gwiazdy rocka, choć sami muzycy traktowali to wówczas w kategorii uprzejmego żartu. Oczywiście wkrótce Ironi zagrali na żywo w "Soundhouse" a ich sława zaczęła przedostawać się, niczym huragan, w kolejne zakątki Londynu.

Fot. Nieoficjalna wersja CD z
autografem Douga Sampsona.


Jako że utwory z dema zyskiwały coraz większą popularność za pośrednictwem drogi pantoflowej,  oczywistym krokiem było wypuszczenie ich na oficjalnym i jedynym słusznym nośniku, czyli siedmiocalowej płycie winylowej. "The Soundhouse Tapes", nazwane na cześć miejsca w którym zostało objawione światu, ujrzało oficjalnie światło dzienne 9 listopada 1979 roku i zawierało... tylko 3 utwory. Zespół zrezygnował ze "Strange World", tłumacząc to ograniczeniami siedmiocalówki, choć po latach Steve Harris przyznał, że to właśnie ten numer miał najwięcej niedociągnięć natury techniczno-wykonawczej. Możliwe też, że chodziło o osobę wspomnianego Paula Cairns'a, który zagrał tam główne solo, ale w listopadzie 1979 nie był już członkiem zespołu. Opatrzona pomarańczową kopertą z koncertowym zdjęciem Di'Anno oraz ręcznie napisanym komentarzem Neal'a Kay'a na rewersie płytka, rozeszła się w mgnieniu oka, choć jej nakład - 5 000 sztuk - wcale do najmniejszych nie należał. W grudniu 1979 roku zespół podpisał kontrakt z EMI na wydanie debiutanckiego długograja. Wszystko co wydarzyło się potem, jest już dobrze znaną historią.

Temat "The Soundhouse Tapes" wrócił po latach, w roku 1996, kiedy Iron Maiden wydawało składankę "Best of the Beast", celebrując 20 lecie istnienia. Na kompilacji w wersji CD znalazły się dwa nagrania ze Spaceward ("Iron Maiden" i "Strange World"), natomiast wersja winylowa posiadała wszystkie utwory z sylwestrowej sesji. Co ciekawe, w 2001 i 2002 roku dostępna była, pierwszy raz w oficjalnej dystrybucji, wersja CD "The Soundhouse Tapes", limitowana do 6666 sztuk. Mógł ją otrzymać każdy, kto zebrał 6 naklejek z Eddiem, ukrytych w reedycjach albumów Maiden i wysłał do wytwórni Sony wraz z kwotą 6,66 funtów. W zamian otrzymywał paczkę z CD. Płytka wydana była z zachowaniem szacunku do oryginalnej wersji 7'', opakowana jedynie w tekturowy cardboard. Obecnie egzemplarz tamtej repliki kosztuje w okolicach 100-150 funtów i można go, przy odrobinie szczęścia, upolować na ebay. Trzeba jednak uważać! Bliźniaczą wersję pochodzącą z nieoficjalnego źródła i w zasadzie różniącą się jedynie ledwie zauważalnym szczegółem, wypuszczono w okolicy 2012 roku. Ta bywa do ustrzelenia za +/- 30 funtów i trzeba przyznać, że wykonana jest dość porządnie. Ciekawą alternatywą dla tych wersji CD jest jeszcze tzw. vinyl replica z fanklubowej serii CSC. Grecki FC zdecydował się swego czasu wydać na czarnych, winylowych CD-r unikatowe single i EPki Maiden, wszystko limitowane do 100 kopii per tytuł. Pierwszą pozycją w katalogu było właśnie "The Soundhouse Tapes", które zostało tak wiernie odwzorowane, że wewnątrz kartonowej koperty znalazł się nawet replikowany cennik merchandise'u z 1979 roku a płytkę CD zdobył pomarańczowy, papierowy label. Całej serii CSC poświęcony zostanie wkrótce oddzielny artykuł, bo jest to rzecz unikatowa z kolekcjonerskiego punktu widzenia.

Fot. Część kolekcji Maxymovycha - oryginalne
siedmiocalówki
Jeśli chodzi o oryginalnie, winylowe wydanie "The Soundhouse Tapes" z 1979 roku, jest ono aktualnie białym krukiem dla kolekcjonerów - egzemplarz w dobrym stanie, osiąga na ebayu kwoty w granicach nawet 1500 funtów. Ta wersja wśród kolekcjonerskiej społeczności darzona jest miejscami niewyobrażalnym wręcz kultem. Niektórzy z nich oprawiają to wydawnictwo w przeszklone displaye i wieszają na ścianie (ostatnio taki display poszedł na aukcji ebay za kwotę 3 000 funtów), inni zaś, jak chociażby Kenny Maxymovych, starają się mieć jak najwięcej kopii tegoż wydawnictwa. Maxymovych posiada obecnie około 40 egzemplarzy legendarnej siedmiocalówki.

Oczywiście w sieci można natrafić na masę wydań pirackich, nierzadko wzbogaconych o bonusowe utwory z b-side'ów singli czy rzadkich nagrań koncertowych - ma to rzecz jasna swój urok, ale nie ma za wiele wspólnego z formatem oryginalnej wersji. Podróbek winylowych, na różnego rodzaju kolorowych płytach nie sposób zliczyć - co raz wypływają nowe wersje siedmiocalówek, a niektóre dość udanie imitują oryginalne wydanie. Znamienne, że nawet te nieoficjalne wariacje wokół "The Soundhouse Tapes" wciąż wzbudzają wielkie emocje wśród fanów. To tylko potwierdza, jak ważnym wydawnictwem jest ta niepozorna, pomarańczowa siedmiocalówka.



poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Oficjalne biografie to stek bzdur!

Rozmowa z Dougiem Sampsonem, Chopem Pitmanem i Tonym Hattonem.

Wszystko zaczęło się w Październiku, w deszczowym Londynie. Spotkanie z Chopem Pitmanem i Tonym Hattonem było krótkie acz treściwe, podlane sowicie Ironowym "Trooperem". Obiecałem im, że następnym razem spotkamy się w Polsce. Słowa dotrzymałem.
Zespół Airforce, którego członkami są Chop, Tony i Doug Sampson, perkusista Iron Maiden z lat 1977-1979, to wciąż aktywny muzycznie świadek rodzącego się heavy metalu. Zawitali do Lublina, na pierwszy ever, ekskluzywny koncert dla Polskiego Radia. Była to oczywiście wspaniała okazja, aby podpytać członków zespołu, a głównie Douga, o kilka nie do końca jasnych wątków z historii Żelaznej Dziewicy.

World Made of Iron: Panowie, Waszym najnowszym wydawnictwem jest singel "Band of Brothers", który nagraliście z pierwszym, oryginalnym wokalistą Iron Maiden, Paulem Dayem. Jak doszło do tej współpracy?

Tony Hatton: Paul miał się pojawić w Londynie podczas organizowanego 20 stycznia "Cart Day" w pubie Cart & Horses, czyli miejscu w którym Iron Maiden zagrał pierwszy koncert w karierze. Pomyśleliśmy, że gdyby Paul przyjechał nieco wcześniej, fajnie by było coś razem stworzyć. Zaprosiliśmy więc początkowo Paula do wykonania z nami kilku kawałków live, a potem stwierdziliśmy że świetnie by było zrealizować wspólnie jakieś nagranie. Paul ochoczo przystał na ten pomysł i w efekcie mamy "Band of Brothers".

WMOI: "Band of Brothers" nagraliście w studiu Barnyard w Essex, które należy do Steve'a Harrisa.

Doug Sampson:
Tak, Steve i Chop wciąż bardzo się przyjaźnią, więc Chop załatwił nagranie w Essex. To było oczywiście świetne przeżycie i fajny akcent historyczny - pierwszy wokalista Iron Maiden oraz były perkusista tegoż zespołu nagrywają w studiu u Steve'a!

fot. Dave Sullivan, Terry Rance, Paul Day i Steve Harris
WMOI: Z tego co kojarzę, przed Świętami Bożego Narodzenia, doszło do spotkania Steve'a z Paulem Dayem?

Chop Pitman: Tak, spotkał się niemalże cały pierwszy line-up Iron Maiden. Byli tam Steve, Paul, Dave Sullivan i Terry Rance. Zabrakło jedynie Rona Matthewsa, ale z tego co kojarzę, Ron trochę odcina się od tematu. Wciąż ma jakiś żal z tamtych lat, nie wiadomo dokładnie o co chodzi, możliwe że Ron sam już tego nie pamięta (śmiech).

WMOI: To dość ciekawe, że Iron Maiden, pomimo olbrzymiego sukcesu jaki odnieśli, wciąż pamięta o ludziach którzy tworzyli zespół we wczesnych latach.

Doug: O tak, to zdecydowanie wspaniała rzecz. Prócz kilku wyjątków, większość byłych muzyków trzyma kontakt ze Steve'em czy Dave'em. Oni pozostali normalnymi ludźmi. Często się spotykamy, oczywiście jeśli pozwala na to logistyka. Steve mieszka na Bahamach, ale czasem bywa w Londynie i wpadamy do siebie pogadać o starych czasach. 

WMOI: Wspomniałeś o wyjątkach od reguły. Nie tak dawno były wokalista Iron Maiden, Dennis Wilcock pozwał zespół o wykorzystanie jego utworów bez przyznania mu praw autorskich. Znacie tę historię?

Doug: Tak i uważam że totalne nieporozumienie. Dennis po 40 latach przypomniał sobie że to jego kawałki. Dla mnie to totalna żenada. Kiedy przychodziłem do zespołu w 1977 roku i graliśmy numery typu "Prowler" czy "Iron Maiden", nikt nie zaprzątał sobie głowy tym, kto stworzył daną partię czy riff. Wiadomo było że większość numerów tworzyli wspólnie Steve i Dave, ale ciężko powiedzieć w jakich to było proporcjach. Możliwe, że Wilcock dodał kiedyś coś od siebie, ale tak samo ja mógłbym mówić że przejście czy jakiś beat perkusyjny jest mojego autorstwa. I też mógłbym iść z tym do sądu, ale uważam że byłoby to totalnie bez klasy. W tamtych czasach nikt nie wyobrażał sobie, że za 40 lat te kawałki będą legendarne i że będą znane niemalże w każdym zakątku świata. Więc dochodzenie swoich praw do tych numerów po ponad 40 latach jest absurdalne i całkowicie bezzasadne, zwłaszcza że chłopaki bardzo ciężko pracowali na swój sukces.

WMOI: Wielu muzyków którzy współtworzyli zespół w latach 70-tych i 80-tych bazuje aktualnie na starych utworach Maiden, odgrywając je po pubach i klubach. Ty Doug, wraz z Airforce nie macie w swoim repertuarze ani jednego kawałka Maiden. 

Doug: Tak, bo nie można żyć tylko przeszłością. Oczywiście jestem dumny że byłem częścią Iron Maiden i wciąż lubię się tym chwalić. Nigdy nie zamierzałem się odcinać od swoich dokonań z Ironami, ale też nigdy nie chciałem też polegać tylko na nich. Nie czułbym się dobrze opierając całą swoją muzyczną egzystencję na tym, co stworzyłem ponad 40 lat temu. Jestem muzykiem, więc naturalnym moim wyborem jest rozwój, robienie nowych utworów, nagrywanie płyt i tak dalej. Nie czuję potrzeby odtwarzać co wieczór utworów które grałem w latach 80-tych, zwłaszcza że mam teraz swój zespół który ma wiele świetnych kawałków do zagrania. Maiden to ważna część mojego życia, w końcu nie wiadomo jakby się ono potoczyło dalej, gdyby nie problemy zdrowotne przez które musiałem opuścić zespół. Mam bardzo duży szacunek do tamtych czasów ale też do późniejszych dokonań zespołu, bo zrobili przecież masę fantastycznych rzeczy po moim odejściu. Z drugiej strony strony, chciałbym zaznaczyć że nie mam problemu z tym, że niektórzy opierają swój repertuar o piosenki Maiden z czasów kiedy byli w składzie. Jest to świetna sprawa dla fanów, np taki Dennis Stratton robi to kapitalnie i na pewno dla fanów to wielkie przeżycie zobaczyć go w akcji jak gra "Phantom of the Opera".
fot. Airforce podczas spotkania Q&A w Lublinie

WMOI: Naprawdę nigdy nie korciło Cię, żeby zagrać na bis np takiego "Prowlera"?

Doug: Nie. Zagrałem to wiele razy w życiu i naprawdę nie potrzebuje aktualnie do tego wracać, zwłaszcza w Airforce, w którym stawiamy na autorski repertuar. Jeśli mamy już grać cudze kompozycje, to wolimy zagrać Judas Priest albo Accept, który obaj z Chopem uwielbiamy. Być może kiedyś zagram jeszcze "Prowlera", może w jakimś mieszanym składzie, wraz z innym, byłym muzykiem Iron Maiden?

WMOI: Prócz byłych muzyków, trzymacie również stały kontakt z takimi ludźmi jak Dave Lights czy Steve "Loopy" Loonhouse, czyli oryginalnymi członkami ekipy technicznej "Killer Crew".

Chop: Tak, wszyscy oni mieszkają w Londynie i spotykamy się na imprezach lub po prostu przy piwie w barze. Oni też mają wiele kapitalnych historii do opowiedzenia, Loopy wydał nawet jakiś czas temu książkę o swoich przygodach które przeżył pracując jako technik perkusyjny w Iron Maiden. Świetna książka!

WMOI: Doug, charakterystyczną rzeczą dla Iron Maiden zawsze był rozbudowany zestaw perkusyjny, którego używał zarówno Twój następca, Clive Burr, jak i aktualny bębniarz, Nicko McBrain. Pamiętasz kto zapoczątkował tą sceniczną modę? Ty?

Doug: Hmmm, nie wydaje mi się żeby to była jakaś 'sceniczna moda'. Kiedy grałem w Ironach, używałem raczej standardowego zestawu, czyli 3 podwieszane tomy, studnia, werbel, stopa i talerze. Nie przypominam sobie żeby było tego więcej. Wiesz, to były takie czasy kiedy do dyspozycji mieliśmy jedynie średniej wielkości ciężarówkę, w którą musiał zmieścić się sprzęt, ekipa techniczna i muzycy. Siłą rzeczy nie było zbyt wiele miejsca na jakieś bardziej rozbudowane instrumentarium, a musisz wiedzieć że na każdym koncercie jaki graliśmy, zawsze używaliśmy własnego sprzętu, nigdy nic nie pożyczaliśmy. Vic Vella, nasz kierowca zawsze krzyczał: "po jaką cholerę Wam tyle sprzętu!?!?!". Wydaje mi się jednak, że każdy z perkusistów Maiden miał pełną dowolność co do sprzętu na jakim grał i nie było to podyktowane jakąkolwiek wizją, ani managementu, ani Steve'a Harrisa. Skoro Clive używał takiego dużego zestawu, widocznie tak lubił i tak mu było wygodnie.

WMOI: Znałeś się z Clive'em Burrem zanim dołączył do Maiden?

Doug: Nie, co ciekawe, poznaliśmy się dopiero kiedy obaj byliśmy już poza zespołem! Kiedy ja odszedłem z zespołu, trochę się wycofałem, musiałem uporządkować swoje sprawy zdrowotne, Clive natomiast wszedł wtedy na pełnej parze do rozpędzającego się pociągu Maiden i przez 3 lata nie miał zbyt wiele czasu na kontakty towarzyskie, bo był cały czas w rozjazdach. Spotkaliśmy się dopiero ok. 1985 roku, w studiu w którym obaj nagrywaliśmy materiał do swoich aktualnych projektów. Bardzo się polubiliśmy i od czasu do czasu spotykaliśmy się aby pogadać o starych czasach.

WMOI: W Londynie od kilku lat organizowany jest Burr Fest, czyli festiwal pamięci Clive'a. Z Airforce bierzecie tam regularnie udział.

Chop: To wspaniała inicjatywa, zwłaszcza że zrzesza byłych muzyków Maiden, którzy w większości pamiętają Clive'a nie tyle z zespołu, co z czasów przed dołączeniem do niego. Na Burr Fest grali już Dennis Stratton, Paul Di'Anno, Bufallo Fish z Terrym Wapramem na gitarze, Thunderstick czy jedyny pełnoprawny klawiszowiec w historii Iron Maiden, Tony Moore. Takie imprezy są potrzebne, bo upamiętniają wspaniałego człowieka jakim był Clive i pozwalają fanom na poznanie historii ich ulubionego zespołu od podszewki.

fot. Doug Sampson podczas koncertu w Radiu Lublin 
WMOI: Legenda głosi, że podczas nagrywania "The Soundhouse Tapes", czyli pierwszego oficjalnego wydawnictwa Iron Maiden, prócz Ciebie, Steve'a, Dave'a i Paula Di'Anno brał w nim udział jeszcze gitarzysta Paul Cairns. Doug, czy możesz to potwierdzić?

Doug: Tak, faktycznie tak było. Paul nagrał partię drugiej gitary we wszystkich 4 kawałkach i solo w "Strange World".

WMOI: Dlaczego więc nie ma o tym wzmianki ani na kopercie płyty ani w oficjalnej biografii Iron Maiden "Run to the Hills"?

Doug: Och, oficjalne biografie to zawsze jest stek bzdur! (śmiech). Podobno gdzieś napisali że pracuję jako operator wózka widłowego, a ja nawet nie mam na to papierów! Co do Paula Cairnsa, sprawa jest prosta. To były czasy, kiedy skład Maiden wciąż nie mógł się ustabilizować, Paul Cairns był w zespole raptem miesiąc lub dwa, ale trafił akurat na sesję nagraniową w Spaceward. Zrobił swoją robotę, po czym odszedł z zespołu. "The Soundhouse Tapes" wydane zostało kilka miesięcy później, kiedy skład faktycznie był czteroosobowy, więc koperta płyty przedstawiała aktualną sytuację personalną. Kiedy płyta była w tłoczni, w tym czasie dołączył jeszcze Tony Parsons, który też nie miał farta i nie załapał się na kopertę (śmiech). Trzeba pamiętać że w tamtym okresie wszystko działo się naprawdę szybko i obecnie ciężko to wszystko idealnie umiejscowić na osi czasu. Zmiany personalne, kontrakt z EMI, nagrania pierwszej płyty, koncerty, składanki... Może komuś uda się to kiedyś poukładać, ale to ciężkie zadanie, bo nawet mi mieszają się te wątki. Myślę że nawet Steve tego wszystkiego już nie pamięta! Niemniej jednak, faktem jest że Paul Cairns nagrywał z Iron Maiden w studiu Spaceward. Zresztą, słuchając tej płyty bardzo łatwo wychwycić, że partie drugiej gitary nie należą do Dave'a Murraya. Całkowicie inny styl gry.

WMOI: Druga ciekawa legenda dotycząca tamtych czasów mówi, że sesja nagraniowa albumu "Iron Maiden" rozpoczęła się jeszcze z Tobą w składzie. Zachowały się jakieś nagrania z tego okresu? Czy Twoje ścieżki zostały wymazane i zastąpione nagraniami Clive'a?

Doug: To było trochę inaczej. Kiedy Iron Maiden podpisało kontrakt z EMI, zespół szukał producenta który zrobiłby z nami pierwszą płytę. Zostało więc nagranych kilka demówek ze mną w różnych studiach i z różnymi producentami. Istnieje wersja "Running Free" z moim udziałem, ale to straszne gówno, ze względu na fatalną produkcję i jakość nagrania - nigdy nie ukazało się to oficjalnie, ale wiem że krąży po internecie w fanowskim obiegu. Kilka nagrań z tego okresu poszukiwań zostało upublicznionych na składance Metal for Muthas ("Sanctuary" i "Wrathchild" - przyp. red.) oraz na stronie B singla "Running Free" (mowa o utworze "Burning Ambition" - przyp. red.)

WMOI: Obecnie "Świetym Graalem" dla fanów Iron Maiden wydaje się demo z 1977 roku, którego fragmenty upublicznił Thunderstick. Słyszałeś te nagrania?

Doug: Tak, ale to raczej ciekawostka niż coś czego faktycznie warto posłuchać. To nagrania poczynione zaraz przed rozpadem zespołu, z kiepsko dysponowanym Dennisem Wilkock'iem, bez Dave'a Murraya i z Thunderstickiem na bębnach, który utrzymał się w zespole chyba z 2 tygodnie. To bardzo mierne wykonania kawałków które potem składaliśmy od nowa do kupy, po tym jak dołączyłem do zespołu. Zdaję sobie sprawę że dla fanów to zapewne bardzo duża ciekawostka, ale uwierzcie mi że poza wartością historyczną, muzycznie to kompletny niewypał. 

WMOI: Nie zachowało się zbyt wiele nagrań koncertowych z okresu Twojej bytności w zespole, ale na Ebayu można dorwać bootleg z Ruskin Arms z października 1979 z Twoim udziałem.

Doug: Słyszałem o tym. Jednak jakość nie jest powalająca, to raczej coś dla najbardziej zagorzałych fanów. Wiem że istnieje jeszcze kilka nagrań z okresu kiedy bębniłem w Ironach, ale sam nie posiadam nic co byłoby warte upublicznienia.

WMOI: No dobra, to skoro już jesteśmy przy czasach dawnych. Chop, jak to było z tym pożyczaniem wzmacniacza Steve'owi? Faktycznie uratowałeś Iron Maiden przed niebytem?

Chop: Haha, tak! (śmiech) Znałem się ze Steve'em od dziecka, mieszkaliśmy obok siebie. Kiedyś przyszedł do mnie i powiedział że ma zaklepany koncert w Cart & Horses ze swoim nowym zespołem, ale nie ma dobrego sprzętu! Chop, ratuj! (śmiech) Ja akurat miałem sporo gitarowych gratów, więc powiedziałem: ok, coś zmontujemy. Skończyło się na tym, że Steve Harris grał na basie podłączony do gitarowego pieca. Brzmiał jednak całkiem nieźle. 

WMOI: Skoro znałeś się tak dobrze ze Stevem, dlaczego nigdy nie zostałeś gitarzystą Iron Maiden?

Chop: Nie byłem wystarczająco dobry. Po prostu. Byłem kiedyś u nich na przesłuchaniu, ale nie zażarło. Wiesz, ciężko było dorównać do Dave'a Murraya, spójrz tylko na ich historię, jak wielu gitarzystów przewinęło się przez skład Maiden na przestrzeni lat - to wyjaśnia w zasadzie wszystko. Grać u boku Dave'a to wielkie wyróżnienie ale i wielkie wyzwanie, bo to naprawdę świetny gitarzysta. Zdarzało mi się jammować ze Steve'm, Dave'm czy Adrianem, ale nie grałem z nimi kawałków Maiden.

środa, 27 marca 2019

Tam gdzie wszystko się zaczęło...

Z wizytą w kolebce heavy metalu.


Zapewne każdy zespół, nie tylko metalowy, ma jakieś charakterystyczne miejsce, które może określić jako swój "punk początkowy". Garaż gdzie grali pierwsze próby, mieszkanie lidera, sala koncertowa w której dali swój pierwszy występ ever. Legenda brytyjskiego heavy metalu, Iron Maiden swoje pierwsze kroki na scenie stawiał na Maryland Point w Londynie, w mieszczącym się w dzielnicy Stratford pubie "Cart & Horses".


fot. Autor pod wejściem do klubu.

"Cart & Horses" stoi w Londynie już ponad 100 lat. Przez większość czasu był utożsamiany z miejscem spotkań kibiców West Ham United*, którzy przed meczem studzili swoje emocje chłodnym piwem, a po meczu, w zależności od tego czy zakończył się wygraną czy przegraną 'Hammersów', świętowali lub zapijali smutki. Jednak w roku 1976 roku, grupka młodych, długowłosych anglików z gitarami, na zawsze zmieniła bieg historii małego lokalu w Stratford. Basista Steve Harris, gitarzyści Terry Rance i Dave Sullivan, perkusista Ron Matthews oraz wokalista Paul Mario Day - zespół Iron Maiden zagrał tu swój pierwszy koncert. Jeśli wierzyć słowom wieloletniego przyjaciela Harrisa, Chopa Pitmana, pierwszy koncert Ironów mógł zakończyć się katastrofą i w ogóle nie dojść do skutku - wzmacniacz Harrisa, tuż przed rozpoczęciem show, odmówił posłuszeństwa. Na szczęście Pitman mieszkał nieopodal i zdołał w dość szybkim czasie pożyczyć wzmacniacz Steve'owi. Chop nie wiedział jeszcze wtedy, że uratował nie tylko ten koncert, ale cały heavy metal. Cały gig zakończył się sporym sukcesem i od tej pory Maiden regularnie koncertowali na Stratford, aż w końcu pub stał się dla nich, a precyzyjniej mówiąc dla wciąż rosnącej grupy ich fanów, po prostu za mały.

Dzisiejsze "Cart & Horses" to święte miejsce fanów Iron Maiden. Lokal prowadzony obecnie przez fana włoskiego pochodzenia, Kastro Pergioniego, to swoiste muzeum wczesnych lat Ironów. Ściany przyozdobione są zdjęciami z wczesnych lat twórczości zespołu, okładkami płyt i singli oraz instrumentami - nierzadko oryginalnie używanymi przez Ironów w przeszłości na scenie. Lokal chętnie jest odwiedzany nie tylko przez fanów z całego świata, ale także przez byłych muzyków i współpracowników zespołu. Zresztą, kierownik pubu skrupulatnie dba o to, żeby "Cart & Horses" tętniło życiem i utrzymywało historię przy życiu, organizując tu spotkania typu Q&A oraz koncerty. Na przestrzeni kilku lat, prócz wielu cover bandów Iron Maiden, zagrali tu chociażby Doug Sampson ze swoim zespołem AirForce, Terry Wapram z Buffalo Fish, Dennis Stratton czy w końcu wspomniany Paul Mario Day, powracając na scenę w Stratford po prawie 40 latach, natomiast na spotkania Q&A udało się ściągnąć min. Paula Di'Anno i Steve'a "Loopy" Loonhouse'a. 

"Jesteś fanem Maiden?" - zagaił mnie barman, kiedy popijałem spokojnie butelkę sygnowanego logiem Iron Maiden piwa "Trooper". "Pewnie że tak!" - odparłem zgodnie z prawdą. Kolejną godzinę spędziliśmy na wymianie historii i uwag dotyczących naszego ukochanego zespołu. "Każdy z nas tutaj to fan Maiden. Ciężko nie kochać tego zespołu, pracując w takim miejscu jak to" - opowiadał mi, otwierając w międzyczasie kolejną butelkę Maidenowego ale'a. Znamienne, że kiedy powiedziałem że przyjechałem tu z Polski, nie był jakoś specjalnie zaskoczony. "Odwiedzają nas tu fani z całego świata, praktycznie codziennie. Jesteśmy dla nich swego rodzaju mekką" - śmiał się. 

"Cart & Horses" opuszczałem z dużym smutkiem. Spędziłem tam 3 wieczory muzycznych uniesień i przepełnione niesamowitymi doznaniami historycznymi. Na odchodne Kastro podarował mi pamiątkową koszulkę z logiem pubu i wypisanymi na niej wszystkimi nazwiskami muzyków, którzy kiedykolwiek tworzyli zespół Iron Maiden. Uiściłem również swój wpis w pamiątkowej księdze gości pubu i zakupiłem pamiątkowy otwieracz do piwa. 

Polecam każdemu, kto czuję się związany z nazwą Iron Maiden, wizytę w tym lokalu. Nie chodzi już tylko o względy historyczne (typu pisuar do którego zapewne sikał w 1976 roku Steve Harris). "Cart & Horses" to po prostu lokal przepełniony wszechobecnym duchem Iron Maiden, w którym każdy fan legendarnej brytyjskiej formacji poczuje się jak w domu.  

__
* Fani West Ham, mimo stylistycznej wolty pubu, wciąż chętnie spotykają się w "Cart & Horses" przed meczami swojej drużyny. Istnieje nawet specjalna grupa kibiców, West Ham Metalheads, która łączy obie swoje miłości, czyli piłkę nożną i ciężkie brzmienia.




wtorek, 23 października 2018

Z wizytą u Clive'a Burr'a.

Do Londynu wybrałem się w sprawach biznesowych: spotkać się z klientami i porozmawiać o przyszłości. Jednak wieczorem, gdy biznesowe rozmowy cichły, miałem niepowtarzalną okazję poznać nieco lepiej miasto, w którym najlepszy zespół heavy metalowy wszechczasów, Iron Maiden, stawiał swoje pierwsze kroki.

Do Londynu dotarłem w niedzielę, późnym wieczorem. Przywitał mnie oczywiście legendarny angielski deszcz, bardzo typowy dla tej pory roku. Zatrzymałem się na Romford Road, w dzielnicy Stratford. 10 minut do nowego stadionu West Ham United* i jakieś 5 minut do... "Cart & Horses". Temu lokalowi poświęcę nieco więcej miejsca w kolejnym wpisie, natomiast tu jedynie odnotuje że jest to legendarny pub mieszczący się na Maryland Road, w którym to Ironi zagrali swój pierwszy koncert ever. To właśnie tam we wtorkowy wieczór miałem okazję porozmawiać z Chopem Pitmanem i Tony Hattonem, odpowiednio gitarzystą i basistą heavy metalowego zespołu AirForce, w którym to na bębnach gra niejaki Doug Sampson. Sampson to perkusista, który zagrał na legendarnej "The Soundhouse Tapes", czyli pierwszym wydawnictwie Ironów z 1979 roku**. Sympatyczni Brytyjczycy opowiedzieli mi kilka ciekawych anegdot i historii z przeszłości oraz udzielili krótkiego wywiadu - ten postaram się opublikować niebawem na blogu. Nasza rozmowa zeszła także na temat byłych członków Maiden, w tym na osobę nieodżałowanego perkusisty, Clive'a Burra, którego grę można podziwiać na trzech pierwszych albumach Maiden: "Iron Maiden" z 1980 roku, "Killers' z 1981 i słynnym "The Number of the Beast" z 1982. Clive niestety zmarł w 2013 roku, przegrywając walkę z chorobą z którą zmagał się przez wiele lat. "Chciałbyś odwiedzić Clive'a?" - zapytał wprost Chop. Pewnie! Okazało się że Chop był przyjacielem perkusisty przez wiele lat, dobrze znał się również z jego żoną, Mimi. Wykonał do niej połączenie aby upewnić się w którym dokładnie miejscu pochowany jest Clive, a ta zamiast tego, zaproponowała spotkanie i krótką wycieczkę następnego dnia.

PRAWDZIWY HEAVY METAL


Fot. Clive i jego legendarny biały zestaw.
Mimi to drobna Angielka, która jak się okazało, walczy z tą samą chorobą z którą zmagał się jej mąż, czyli ze Stwardnieniem Rozsianym. Jej stan jest jednak znacznie lepszy a stadium choroby nie aż tak bardzo zaawansowane jak to było u Clive'a. Mimi postanowiła zawieźć nas w kilka miejsc które były ważne jeśli chodzi o jej męża.
Najpierw pojechaliśmy do skromnej posiadłości w Leyton, w której mieszkała razem z Clivem. "To jego pokój, zostawiłam go tak jak był, kiedy mieszkał tu Clive" - powiedziała, kiedy otworzyła drzwi do przestronnego pomieszczenia, który faktycznie wyglądało jakby nikt nic w nim nie ruszał od kilku lat. Ściany zdobiły fotografie Burra z tras po USA i Japonii, które Iron Maiden odbyli w 1981 i 1982 roku. W centralnym punkcie pokoju znajdował się również charakterystyczny display ze złotą płytą za album "The Number of the Beast". Prócz tego masa płyt cd i winyli z muzyką hard'n'heavy, dużo magazynów rockowych oraz pocztówek z całego świata. "Clive uwielbiał utrzymywać kontakt z fanami, był dla nich wspaniały, tak jak oni dla niego"- skomentowała pocztówki Mimi. Przed posiadłością stoją dwa garaże. W jednym z nich okazały, biały zestaw perkusyjny, dla każdego fana Iron Maiden w mig łatwy do rozpoznania. "Używał go podczas gry w Maiden a także już po rozstaniu z zespołem. Póki jego kondycja na to pozwalała, cały czas na nim ćwiczył" - opowiadała. Przed garażami stał natomiast przedmiot który jest prezentem od greckiego fana. Potężna, metalowa rzeźba, rozmiarów ok 2 metrów wysokości na 4 metry szerokości przedstawia zespół Iron Maiden za czasów wspomnianego "The Number of the Beast". "Stoi tu od lat, nikt nie potrafi tego przenieść. To prawdziwy heavy metal!" - śmiała się Mimi. "Chłopaki z Maiden zaoferowali że to zabiorą. Ale nie chciałam żeby to robili. To ciekawe, że po tylu latach cały czas mamy świetny kontakt, zwłaszcza ze Steve'em. Iron Maiden jest jak rodzina. Jeśli już raz się w tym gronie znajdziesz, to nie da się stąd tak po prostu odejść. Wszyscy wciąż trzymają się razem, aktualni i byli członkowie. Wciąż wspierają fundację Clive'a. Rod Smalwood [manager Ironów - przyp. autor] bardzo często podsyła jakieś gadżety na licytację. To wspaniali ludzie, pozostali normalni mimo tak ogromnego sukcesu jaki odnieśli".

POŚRÓD DRZEW I KWIATÓW


Fot. Miejsce pochówku Clive'a Burra.
Kolejny etap naszej podróży to wizyta na cmentarzu. Angielskie cmentarze to coś z goła odmiennego od naszych, Polskich nekropolii. To coś na kształt ogromnego parku, po którym możesz poruszać się samochodem. Pośród krzewów, drzew i kwiatów, małe, skromne tabliczki, ławeczki, praktycznie bez monumentów i pomników. Urna z prochami Clive'a znajduje się w niewielkiej alejce, nieopodal dużego dębu. Maleńka tabliczka, rozmiarów ok 10 cm x 8 cm, jest ledwie zauważalna w potoku kwiatów które są w okół niej rozsiane. To miejsce bardzo intymne, emanujące rodzinną miłością. Nieopodal, znajdują się również prochy rodziców Clive'a. "Matka Clive'a miała Polskie korzenie, pochodziła z Głogowa. W czasie wojny wyemigrowała jednak do Anglii, gdzie poznała męża, no i już tam została" - opowiadała Mimi, wiedząc że jestem z Polski. Wizyta na miejscu pochówku Clive'a była dla mnie dużym przeżyciem, zwłaszcza że kiedy w 2013 roku dotarła do mnie informacja że perkusista zmarł, bardzo żałowałem że nie dane mi było poznać go osobiście. Teraz przynajmniej mogłem złożyć mu hołd przy jego mogile.

Fot. Lipa Clive'a w Alei Pamięci
Ostatnim przystankiem naszej wycieczki była Aleja Pamięci, położona przy jednym z londyńskich kościołów. Prowadzi do niej kilka wąskich uliczek. "Nie jestem za dobrym kierowcą. Clive za to jeździł świetnie. Tak jak grał na perkusji, tak samo prowadził samochód: z wyczuciem, bardzo pewnie. Jeździł w wielu miejscach, w Europie, w Stanach, w Japonii, i nigdy nie miał z tym problemu. Ja gubię się nawet tutaj, choć mieszkam tu od tylu lat!" - opowiadała po drodze Mimi. W Alei Pamięci, przyjaciele perkusisty zasadzili ku jego pamięci lipę szerokolistną. Takie same drzewo pamięci Clive'a zostało posadzone również w Paryżu i Nowym Jorku. To bardzo ciekawa tradycja, mająca podobno swoje korzenie w czasach średniowiecznych. Teraz jednak jest oczywiście zdecydowanie trudniej o dobre miejsce na zasadzenie takiego drzewa. Tu dzięki dobrej woli parafii i przyjaciół Burra, było to możliwe. Mimi powiedziała mi: "To sprawia że pamięć o Clive będzie trwać długie lata. To i muzyka którą po sobie pozostawił. Bardzo mi go brakuje..."

_____
* West Ham United to niezwykle ważny klub w historii Iron Maiden. Założyciel zespołu, Steve Harris jest wielkim kibicem tej drużyny, na scenie wciąż nosi klubowe barwy, w tym opaski na ręce i szal, tzw barwówkę. Clive Burr również należał do grona kibiców klubu. Oryginalny stadion West Ham, Boleyn Ground został rozebrany w 2017 roku, a klub przeniósł się na wybudowany na potrzeby Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku, London Olympic Stadium. 

** Materiał z "The Soundhouse Tapes", nagrany w sylwestrową noc 1978/79 w londyńskim Spaceward Studios, miał tak naprawdę dwie odsłony. W pierwszej połowie roku 1979 istniał po prostu jako "Demo ze Spaceward" i w takiej formie, na szpulowej taśmie był rozprowadzany wśród klubów, DJ-ów i lokalnych promotorów. Był jednak na tyle dobry, że Harris i spółka zdecydowali się go wydać w formie limitowanej do 5000 sztuk płyty winylowej. Nazwa mini-albumu wzięła się od popularnej imprezy prowadzonej przez DJ Neala Kaya ("Heavy Metal Soundhouse"), który puszczał na niej kawałki Ironów z demo i promował zespół wśród bywalców swojej "dyskoteki". Znamienne, że "The Soundhouse Tapes" posiadało o jeden utwór mniej niż oryginalne demo - muzycy zespołu zrezygnowali z oficjalnego upubliczniania ballady "Strange World". Utwór ten, oficjalnie, ujrzał światło dzienne dopiero w 1996 roku, jako ekskluzywny bonus do pierwszego The Best Of Maidenów, "The Best of the Beast". Winylowa, czteropłytowa, edycja tegoż wydawnictwa zawierała również pozostałe nagrania z legendarnej taśmy demo ze Spaceward. Oryginalne wydanie "The Soundhouse Tapes" jest obecnie istnym białym krukiem jeśli chodzi o wydawnictwa Iron Maiden a jego ceny osiągają dość zawrotne kwoty. W tym miejscu należy zwrócić uwagę na oszustów, którzy rozprowadzają bootlegowe edycje tejże płyty a także jej wersje na CD. Na tym nośniku "The Soundhouse Tapes" zaistniało oficjalnie tylko raz, jako prezent dla członków fan-clubu IM, którzy wzięli udział w specjalnie organizowanym konkursie. Nakład winylowej repliki tego wydawnictwa był limitowany do 666 kopii i jest dziś, tak samo jak winylowa płyta-matka, kolekcjonerskim rarytasem.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Be A Part of Legacy

Iron Maiden, Kraków, Tauron Arena, 27.07.2018


Nawiązując do wstępu z poprzedniego artykułu - żaden kataklizm się nie wydarzył i 5 show Iron Maiden w moim życiu stał się faktem. Weekend w Krakowie był niesamowity i pełen emocji i na pewno zapamiętam go na bardzo, bardzo długo. 

Iron Maiden przyjechało do Krakowa w ramach przekrojowej trasy "Legacy of the Beast Tour", która zalążek ma w grze komórkowej o tym samym tytule. Zestaw hitów + scenografia odnosząca się do scen z gry - tak w uproszczeniu można by było przedstawić introdukcję do tego show. W dużym uproszczeniu.

Ciężko wymagać od zespołu który jest obecny na scenie nieprzerwanie od 40 lat, zaskoczeń czy innowacji. Jednak Ironi w zasadzie od zawsze uciekali od wszelkich standaryzacji i szufladek, na maksa wykorzystując potencjał który drzemie w każdym, kto tworzy ich ekipę. A śmiało można stwierdzić, że Iron Maiden to nie tylko szóstka muzyków, to także cały management, technicy, scenografowie, marketingowcy - jednym słowem: kolektyw. I ten kolektyw wciąż bardzo mocno pracuje na to, żeby Iron Maiden nie było tylko grupką stetryczałych panów odcinających kupony i odgrywających największe hity na żywo, ale żeby wokół tej nazwy wciąż się działo, żeby zespół wciąż przyciągał, wciąż zniewalał, wciąż zaskakiwał i wciąż inspirował kolejne pokolenia.

Kiedy kilka minut po 21, przy dźwiękach rozpoczynającego się "Aces High", prosto na mnie  wyleciał realnej wielkości Spitfire (prawdziwy, a nie jakiś tam z ekranu), serce zabiło mi zdecydowanie szybciej. Brawurowe wykonania "Where Eagles Dare" i "2 Minutes to Midnight" na pewno nie wpłynęły na uspokojenie tętna. Dopiero kiedy Bruce Dickinson wygłosił krótką przemowę o wolności, która była jednocześnie introdukcją do epickiej wersji "The Clansman", można było chwilę odetchnąć. Chwilę, bo utwór bardzo szybko wszedł na pełne obroty. Zespół zgrabnie podzielił swój set tematycznie - pierwsze utwory spajał wspólny mianownik wojny i walki. Stąd też scena przybrana była w wojskowe maskownice, kolczaste druty i barykady, a technicy wychodzili na scenę w wojskowym rynsztunku. Wiązankę wojennych przebojów zakończył wykonany z niebywałym wykopem "The Trooper", podczas którego Dickinson chwycił w dłonie Polską flagę, czym spowodował ogromny aplauz licznie zgromadzonej w Tauron Arenie publiczności. W trakcie utworu na scenę wkroczył także 3 metrowy Eddie w przebraniu angielskiego kawalerzysty - dokładnie taki sam, jaki widnieje na okładce singla rzeczonego utworu. Maskotka zespołu stoczyła obowiązkowy pojedynek z Brucem na szable, a także poprzeszkadzała trochę gitarzystom. Ci z kolei, zabrzmieli w piątkowy wieczór wybornie, selektywnie i odpowiednio ciężko zarazem. Gitarowe pojedynki Adriana Smitha i Dave'a Murraya zawsze były esencją stylu Iron Maiden, ale na żywo, podczas koncertowego żywiołu, miałem wrażenie że wypadają jeszcze bardziej smakowicie. Dwójce gitarzystów wtórował dzielnie Janick Gers, który również miał kilka swoich momentów. Pełen uznania jestem również dla Nicko McBraina, który mimo swojego wieku, wciąż bardzo solidnie napędza rytmiczną machinę brytyjskiego zespołu oraz zaskakuje potężnym brzmieniem swoich bębnów. Wszędobylski basista i lider zespołu, Steve Harris, dwoił się i troił, będąc raz po jednej stronie sceny, raz po drugiej, a to podchodząc blisko do stanowiska perkusyjnego, a to biegnąc wprost na krakowski tłum.

Kiedy panowie rozpoczęli "Revelations", trzeci już numer z klasycznego "Piece of Mind", scena zamieniła się w rozświetloną katedrę, pełną witraży, kandelabrów i gotyckich zdobień. Widok zapierał dech w piersiach. Był to też znak, że zespół wkroczył w drugą część setu która wypełniona była utworami nawiązującymi do tematów religijno-duchowych. Scena-katedra była idealnym miejscem na kolejne kreacje Bruce'a Dickinsona, który co utwór zmieniał charakteryzację: koncert rozpoczął w czapce pilotce, potem zabawiał się w żołnierza, kaznodzieję, barda, proroka a nawet... mnicha. Podczas "Sign of the Cross" dźwigał na górę sceny świecący krzyż, podczas "Fear of the Dark" przywdział maskę i kapelusz a w trakcie brawurowego wykonania kolejnego klasyka, "Flight of Icarus", strzelał w stronę olbrzymiego Ikara, zawieszonego z tyłu sceny, miotaczem ognia. Dickinson generalnie sprawiał wrażenie strasznie zaangażowanego w komplet gadżetów które zostały mu udostępnione na potrzeby spektaklu Iron Maiden. Ważne jednak, że tak samo zaangażowany był w śpiew, który w piątkowy wieczór w Krakowie prezentował się bez zarzutu. Bruce na koniec wieńczącego koncert "Run to the Hills" postanowił za pomocą dynamitu wysadzić całą scenę w powietrze. Tauron Arena rozbłysła płomieniami a zespół jeszcze długo rzucał ze sceny kolejne gadżety w postaci kostek, frotek, pałek czy naciągów perkusyjnych. 


Ilość rekwizytów, przygotowanie sceny i starannie ułożona setlista świadczyła o tym, że każdy z 20,000 osób zgromadzonych w Tauron Arenie doświadczył nie tyle zwykłego rockowego koncertu, ale starannie wyreżyserowanego, heavy metalowego spektaklu, w którym muzyka stała na równi z oprawą, wspaniale z nią korespondowała i tworzyła jedną, wielką całość. W tym miejscu należy się właśnie ukłon całej ekipie która pracuje nad tym, aby ten spektakl wyglądał dokładnie tak jak wygląda. Dodając do tego wspaniałe zgranie zespołu i swego rodzaju świeżość którą prezentowali, spokojnie można stwierdzić że Iron Maiden to unikat na skalę światową i jeśli kiedyś nadejdzie ten okropny dzień w którym przestaną grać, świat straci jeden ze swoich największych, muzycznych cudów. O ile nie największy.

Tymczasem życzę sobie i Wam szybkiego powrotu zespołu do Europy i do Polski, bo kolejny koncert Ironów na naszej ziemi, to absolutna jazda obowiązkowa w kalendarzu każdego, szanującego się, fana rocka.

* * *

Znamienne że Maidenowy weekend w Krakowie, to nie tylko koncert i przed koncertowa gorączka. Kilka dni przed gigiem do szerszego grona fanów dotarła informacja o konkretnym miejscu w którym zatrzymali się muzycy. Fani okupowali wejście do hotelu od wczesnych godzin porannych aż do późnych godzin nocnych. Sami muzycy wydawali się nieco zakłopotani tą sytuacją, gdyż nie spodziewali się że podczas standardowego wyjścia na zwiedzanie miasta, będą musieli przebić się przez kilkudziesięcioosobowy tłum wielbicieli. Niektórzy z nich konsekwentnie unikali konfrontacji z fanami szukając alternatywnych wyjść z hotelu, inni z kolei z podniesioną przyłbicą podejmowali rękawice i wychodzili do fanów. Największy szacunek należy się liderowi grupy, Steve'owi Harrisowi który w sobotnie, upalne popołudnie, w wiatrołapie hotelu, przez pełne 45 minut podpisywał płyty i fotografował się z każdym, kto tylko tego chciał. Przez rzeczony wiatrołap przewinęło się ponad 100 osób i każdy z nich mógł chociaż przez te kilka sekund obcować z legendarnym basistą i założycielem Iron Maiden. Nicko McBrain i Janick Gers również pokazali się na chwilę fanom, jednak dość służbistyczna (z kilkoma wyjątkami) ochrona, konsekwentnie utrudniała dłuższą sesję. Nieliczni szczęśliwcy byli jednak bogatsi o kolejne fotki i autografy. Ta sytuacja dowodzi jednego i w zasadzie w pewien sposób tłumaczy, dlaczego Ironi zaszli tak daleko. Harris, McBrain, Gers, Smith, Murray i Dickinson pozostali normalnymi ludźmi, którzy nie obstawiają się gwardią własnych ochroniarzy, którzy nie chowają się za przyciemnianymi szybami swoich prywatnych limuzyn. Poza sceną są normalnymi ludźmi, którzy, tak jak ich fani, oddali się swojej największej pasji: muzyce. Między innymi to stanowi o wyjątkowości tego zespołu i dokładnie to sprawia, że już na zawsze Iron Maiden pozostanie najważniejszym zespołem mojego życia.

UP THE IRONS!


czwartek, 26 lipca 2018

555

Tak się składa, że jutro, czyli 27 lipca, zaliczę - jeśli oczywiście żaden kataklizm nie stanie mi na drodze - swój piąty koncert Iron Maiden. Zespołu, który inspiruje mnie od wielu lat, zespołu którego pierwsze dźwięki usłyszałem gdy miałem 12 lat, zespołu który był ze mną w chwilach złych, dobrych, smutnych, radosnych, zespołu który prawdopodobnie pozostanie ze mną do końca moich dni. 

Mogę powiedzieć o sobie, że jestem zdroworozsądkowym fanem, choć wielu z moich znajomych uważa że jestem pierdolnięty na ich punkcie. Nie jeżdżę jednak za zespołem po całym globie, zaliczając jak największą liczbę koncertów, nie biegam za członkami zespołu po ich rodzinnych miejscowościach ani nie wystaje pod ich posiadłościami. Od 7 lat koncert Ironów w moim kraju jest jednak czymś obowiązkowym, tak jak posiadanie pełnej dyskografii na półce. Spotkanie i autografy wszystkich członków to póki co niespełnione marzenie, albo marzenie niespełnione w całości, wszak zarówno Bruce Dickinson jak i Steve Harris złożyli swoje podpisy na moich kopiach Ironowych klasyków. 
Jako że w Krakowie zobaczę Maiden po raz 5, postanowiłem podzielić się z Wami 5 historiami, które dotyczą 5 albumów brytyjskiej grupy, które znaczą dla mnie najwięcej. Dodam, że spojrzenie jest bardzo subiektywne, podyktowane w wielkiej mierze emocjami, wspomnieniami, a nie tylko samą zawartością owych wydawnictw. Zresztą, po przeczytaniu, zrozumiecie...

THE BOOK OF SOULS (2015)


Zacznę od końca. "The Book of Souls" to album który prawdopodobnie jest najczęściej przesłuchanym przeze mnie albumem ever. Płyty tej słuchałem w każdej możliwej sytuacji: w domu, w samochodzie, w autobusie, w pracy. Moja żona miała swego czasu już tej płyty serdecznie dość i z tego co wiem, nie przeszło jej to po dziś dzień.
Emocje które towarzyszyły oczekiwaniu na ten krążek były ogromne. Z założenia, czekałem aż będę miał dostęp do oryginalnego CD i długo pozostawałem głuchy na wszelkiego rodzaju wycieki i nieoficjalne downloady. Jednak pamiętam, że na 5 dni przed premierą uległem, za sprawą przypadkowo odtworzonego początku "Empire of the Clouds", czyli numeru który zamyka cały album. Klawiszowy wstęp urzekł mnie swoją lekkością i mistyką, na tyle, że zdecydowałem się złamać i przesłuchać całe wydawnictwo. Nie będzie w tym krzty przesady, jeśli powiem że były to jedne z najpiękniejszych chwil mojego muzycznego życia, w których to emocje, gęsia skórka i podniecenie mieszały się z błogością i uczuciem spełnienia. Ironi pokazali na "Księdze Dusz" jak operować emocjami, jak przy pomocy prostych środków opowiedzieć historie które na długo zapadną w pamięć. Wrześniowe spacery wzdłuż rzeki z tą płytą w słuchawkach mogły się dla mnie nie kończyć na 3 lata od premiery wciąż mnie urzeka i wciąż wywołuje podobne emocje. To niesamowite że zespół istniejący na rynku od ponad 40 lat wciąż potrafi tak zagrać, tak zabrzmieć, tak tworzyć. I to, że facet po 30-stce może poczuć się za sprawą muzyki swoich idoli znów jak nastolatek.


THE FINAL FRONTIER (2010)

 "The Final Frontier", mimo iż nie jest krążkiem wybitnym, jest dla mnie ważny z jednego, prostego powodu: to dzięki tej płycie ponownie zakochałem się w Iron Maiden. 
Pamiętam że zaczęło się od niechcenia, na zasadzie "sprawdźmy co zrobili nowego". Nie wiązałem z odtworzeniem utworu z YouTube wielkich nadziei, spodziewałem się raczej że włączę i wyłączę po kilku minutach. Ale to był numer pt "Starblind".
Był taki moment w moim życiu, kiedy zafascynowany punkiem i grunge'm straciłem na chwilę zainteresowanie klasycznym graniem. W 2006 roku zignorowałem nawet premierę "A Matter of Life and Death", kosztem kolejnych odkryć z punkowej sceny. Jednak kiedy punk po początkowej fascynacji zaczynał po prostu nużyć a grunge wydawał się być zbyt miałki, trzeba było powrócić do starych, sprawdzonych idoli.
Siedziałem jak zaczarowany, z tym charakterystycznym uśmiechem na twarzy i gęsią skórką. A za chwilę z kolejki odtworzył się "The Talisman", a potem "When the Wild Winds Blow". I już wiedziałem że ponownie kocham ten band, że znowu jest to moja ulubiona kapela ever, że za chwilę pobiegnę do sklepu i że znów będę kupował każde wydawnictwo na której okładce będzie widniał ten szkaradny stwór zwany Eddiem. Po dziś dzień "The Final Frontier" jest płytą do której wracam często i którą słucham z przyjemnością. Kilka miesięcy później dane mi było po raz pierwszy usłyszeć Iron Maiden na żywo, w ramach trasy promującej "Ostatnią Granicę". Równie piękne uczucie.


BRAVE NEW WORLD (2000)

 Okres po reunion jeśli chodzi o Ironów to dość kontrowersyjny temat wśród fanów. Wielu z nich zarzuca zespołowi zbytnie rozwlekanie kompozycji i brak podążania sprawdzonym schematem prostych i chwytliwych kompozycji. Ja natomiast z lubością odtwarzam krążki po reunion, w których znajduję to co lubię w Ironach najbardziej: liryczność, szaleństwo, piękne melodie i zadziorne riffy, szybkie solówki i fascynujące, akustyczne fragmenty. "Brave New World" to bodajże najdoskonalszy i najbardziej obszerny zbiór moich ulubionych, rockowych melodii. Powroty do tej płyty są zawsze fascynujące a niemalże od 18 lat odkrywam ją na nowo. Ta płyta posiada również utwór który śmiało znalazłby się w TOP3 mojego prywatnego rankingu najlepszych kawałków heavy metalowych wszechczasów. Chodzi o "Out of the Silent Planet", kawałek którego riffy a przede wszystkim totalny refren, są zdolne wyrywać drzewa z korzeniami.
Na okładce mojego egzemplarza "Brave New World", 2 lata temu swoje podpisy złożyli Bruce Dickinson i Steve Harris, czym ostatecznie podkreślili wyjątkowość tego albumu. 


LIVE AFTER DEATH (1985)

Nie ma co ukrywać, gdyby nie ten album, nie byłbym fanem Iron Maiden. O moim losie zadecydował przypadek. Kolega chciał, żebym przegrał mu płytę na kasetę - miałem takie możliwości bo mój tata dysponował solidnym sprzętem. Tą płytą było właśnie "Live After Death". Na początku przyciągnęła mnie okładka, nieco kiczowata, ale emanująca mocą - rażony piorunem truposz ożywa i zrywa się z okowów śmierci. Gdzieś obok kot z aureolką, jakieś stwory, błyskawice i przemykająca z kosą śmierć. Mieszanka grozy, horroru i kiczu była zarazem odrażająca jak i zaskakująco przyjemna dla oka. A potem z płyty popłynęły krzyki, piski i gwizdy uwiecznionej publiczności, mówione intro, i... 
Energia muzyki była wręcz zatrważająca. Od "Aces High", poprzez brawurowo zagrany "The Trooper" aż po "The Number of the Beast", "Hallowed Be Thy Name" czy przede wszystkim "Flight of Icarus" ta płyta była jak trzęsienie ziemi, przetaczająca się nawałnica. Wciąż jak słucham tych nagrań, nie mogę uwierzyć w obłędny wokal Bruce'a Dickinsona, w perfekcyjne riffy i solówki Adriana Smitha i Dave'a Murraya, w ten kapitalny, wszędobylski bass Steve'a Harrisa i gęstą a zarazem czujną grę Nicko McBraina. Ten dwupłytowy elementarz heavy metalu to obowiązkowa jazda dla wszystkich którzy chcą poznać Iron Maiden i sam styl w ogóle. Płytę przegrałem również dla siebie, a kasetę zakatowałem chyba na amen. Potem sięgałem już sam po wszystko co było sygnowane charakterystycznym, kanciastym logotypem kapeli, poznawałem kolejne klasyki, zakochiwałem się w nowych utworach, ale jednocześnie, wracałem do koncertówki z Long Beach Arena. To wciąż jest czysta esencja, orgazmiczna podróż do gwiazd, która zmieniła moje muzyczne życie i zdeterminowała je na wiele przyszłych lat. 


POWERSLAVE (1984)

 Ostatni krążek w zestawieniu a zarazem krążek z którym wiąże się jedna z najlepszych historii z mojego nastoletniego życia.
Było lato 2001 roku. Jako gnojek który ciułał grosz za groszem, śliniłem się do świeżej dostawy Ironowych remasterów w pobliskim Empiku. "Powerslave" był wtedy w przystępnej cenie, bodajże 42 zł - wszystkie inne płyty kosztowały od 52 w górę. Znałem ten krążek z przegrywanej taśmy, dość wątpliwej już jakości. Trułem dupę o tej płycie i jej lokalizacji każdemu kogo spotkałem na swojej drodze: mamie, tacie, wujkowi, cioci, babci, dziadkowi, kolegom z podwórka, sąsiadom i ich dziecom. Dziadek jako jedyny się nade mną zlitował: "dołożę Ci brakującą kwotę, o ile wcześniej pójdziesz do fryzjera". Dziadek był spoko gościem, ale był konserwatywny niekiedy aż do bólu. Długie włosy kojarzyły mu się z czymś brudnym, nie przystającym chłopakowi w wieku 14 lat. A ja akurat zapuszczałem włosy, bo heavy metal coraz bardziej mnie kręcił i cała ta subkultura długowłosych bogów metalu była czymś z czym chciałem się utożsamiać. To był jeden z największych i najtrudniejszych wyborów i dylematów moralnych, przed jakimi stanąłem w swoim, nie tylko nastoletnim, życiu. 
 
 Egzemplarz "Powerslave" z nieistniejącego już salonu Empik wciąż stoi u mnie na półce i wciąż nader często kręci się u mnie w odtwarzaczu, przypominając mi beztroskie chwile, początki mojej muzycznej, metalowej drogi, dziadka i to jak płacił w Empiku za płytę w jedno- i dwu- groszówkach. Pikanterii do historii tegoż wydawnictwa dodaje fakt, że w 2016 roku, podpisał go osobiście sam Steve Harris. Muzycznie to oczywiście czysta potęga, perfekcyjne brzmienie, genialne kompozycje i śpiew Dickinsona, który kruszy skały. Do tego najbardziej majestatyczna okładka w historii muzyki rozrywkowej i obraz, na który mógłbym gapić się godzinami, zastanawiając się dokąd podążają te wszystkie postaci, które na nim widnieją.

Fot. Autor i Steve Harris, listopad 2016







Znamienne, że wybranie tych 5 najważniejszych, Maidenowych płyt, spośród 132 innych egzemplarzy które stoją  na mojej półce w przegródce pod literką "I" wcale nie było takie trudne. Nie zrozumcie mnie źle: uwielbiam monumentalne "Seventh Son of a Seventh Son", przepadam za brzmieniem "Somewhere in Time", rozpływam się nad surowością "Killers" a nawet doceniam mrok i posępność "The X-Factor". Ale jeśli pewnego dnia do drzwi mojego mieszkania miałby zapukać komornik i powiedzieć: "rekwiruję pana płyty kompaktowe, może Pan zostawić tylko 5 sztuk", to zostawiłbym wymienione wyżej tytuły, bo to po prostu nieodłączny kawałek mojego życia i ogromny ładunek wspomnień i emocji. Chciałbym kiedyś opowiedzieć o tym Panom z Iron Maiden - może bym ich bardzo nie zanudził?


środa, 21 marca 2018

Czy mogę igrać z obłędem?

Jeśli ktoś chce się poczuć dostatecznie staro, to zdecydowanie jest to artykuł dla niego. Jeden z muzycznych portali właśnie przypomniał mi, że od wydania pierwszego singla zwiastującego monumentalny album Iron Maiden, "Seventh Son of a Seventh Son" minęło... 30 lat. 


Okres wokół albumu "Seventh Son of a Seventh Son" był jednym z najwspanialszych i najbardziej owocnych w całej historii istnienia zespołu. Z latami 1988-1989 konkurować może tylko chwalebny czas płyty "Powerslave" z przełomu 1984 i 1985 roku. I, żeby nie było, nie jest to tylko moja subiektywna opinia. To raczej historyczny fakt.

"Seventh Son..." to legenda heavy metalu, album bez którego trudno wyobrazić sobie świat ciężkiej muzyki. To swego rodzaju paradoks, bo akurat siódmy album Iron Maiden to jeden wielki eksperyment, tak brzmieniowy jak i kompozycyjny. Z klasycznie rozumianym heavy metalem ma raczej na bakier.

Pierwsze dźwięki "Can I Play With Madness", czyli utworu który miał za zadanie promować nadchodzący album, zdecydowanie potwierdzają stylistyczną (re)woltę. Charakterystyczne wielogłosy Bruce'a Dickinsona to wprawdzie nic nowego, ale śpiewane a'capella jako intro utworu wprowadzały fanów w niemałą dezorientację. Bardziej syczące niż kąśliwe riffy gitar Adriana Smitha i Dave Murraya, wszechobecny klang basu Steve'a Harrisa i dziwnie płasko brzmiąca perkusja Nicko McBraina dopełniały całości - Maiden nie brzmiało nigdy... tak źle? Czy tak dobrze?

 Oddać trzeba Ironom, że krok był to odważny, zwłaszcza biorąc pod uwagę realia sceny metalowej u schyłku lat 80-tych. Metal stawał się coraz bardziej agresywny, Ironi łagodnieli, może nie muzycznie, ale na pewno brzmieniowo. "Can I Play With Madness" nie odkrywał co prawda wszystkich kart i nie zdradzał słuchaczom co czeka ich jeśli chodzi o pozostałe 7 utworów z albumu, ale na pewno dawał niezłe pojęcie jeśli chodzi o ewolucję, która dokonała się w głowach piątki muzyków. Zresztą, sami członkowie zespołu przyznawali, że weszli na rejony których dotychczas nie eksplorowali. Dickinson w wywiadzie dla Kerrang! w kwietniu 1988 roku, wspominał że "po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na takie otwarcie piosenki - harmonią wokalną. To intro stworzyliśmy z myślą o graniu na żywo, więc nie możemy się doczekać kiedy wykonamy to na koncercie". Co ciekawe, po wielu latach, entuzjazm Iron Maiden co do tego wokalnego patentu nie gasł. W wywiadzie dla brazylijskiego portalu muzycznego, Harris tłumaczył: "ludzie spodziewają się, że zsamplujemy początek utworu bo tak będzie łatwiej. A my co noc wykonujemy ten fragment na żywo, chóralnie z fanami. To wciąż przyprawia mnie o ciarki!" - ekscytował się lider formacji.

Nietypowy singel zespołu narodził się jako akustyczna ballada, przyniesiona na próbę przez gitarzystę Adriana Smitha. "Początkowo nazywało się to 'On The Wings of an Eagles' i była spokojną, urokliwą balladą" - opowiadał Smith na łamach Total Metal w 1989 roku. "Bruce jednak napisał do tego dość dynamiczny tekst o byciu na skraju szaleństwa, a Steve, jak to Steve, podkręcił tempo i dodał to przełamanie w środku utworu. No i to by było na tyle jeśli chodzi o balladę!" - kończy z uśmiechem gitarzysta. Jak to w latach 80-tych bywało, każdy singel powinien mieć teledysk. "Can I Play With Madness" doczekało się jednego z najciekawszych klipów Iron Maiden w historii, którego fabuła przeprowadza nas przez tajemnicze podziemia średniowiecznego zamku aż do krypty w której czai się Eddie, maskotka zespołu. Dla każdego szanującego się fana Maiden, obowiązkowa pozycja do obejrzenia. Śmiem twierdzić że takich klipów już się niestety nie robi.



"Can I Play With Madness" pojawił się w sklepach 20 marca 1988 roku w postaci małej płyty winylowej oraz, po raz pierwszy, na nowym nośniku, płycie kompaktowej*. Utworowi singlowemu towarzyszył oczywiście B-side, w postaci nieco prześmiewczego utworu "Black Bart Blues". Był to akurat typowy zabieg Iron Maiden, gdyż już wcześniej na drugiej stronie singla zamieszczane były utwory które były swego rodzaju pastiszami. Szkoda że kultura B-side'ów na singlach odeszła w niepamięć wraz z postępującą cyfryzacją. Harris i koledzy byli mistrzami jeśli chodzi o atrakcyjne strony B singli i kontynuowali zabawę jeszcze długi czas, mimo zmieniających się trendów. Wracając do "Black Bart Blues", nosi on miano niedokończonego pomysłu, riffu który z założenia miał być czymś więcej, ale koniec końców posłużył jako prowadzący motyw w utworze zrobionym jedynie częściowo na poważnie. Prawie 6 minut utworu wypełnia, niemal po połowie, solidne heavy metalowe granie w średnim tempie oraz wygłupy Dickinsona i McBraina, zakładam że z niemałym udziałem producenta, Martina Bircha.

Ciekawostką jest, że 2 lata po wydaniu, "Can I Play With Madness" doczekał się wznowienia, jako integralna część boxu wspominkowego "First Ten Years", który zawierał zbiór wszystkich (no, prawie wszystkich) małych płyt które kiedykolwiek ukazały się pod szyldem Iron Maiden** . Na płycie dzielił miejsce z drugim singlem wykrojonym z albumu "Seventh Son of a Seventh Son", czyli "The Evil That Men Do". "Can I Play..." wrócił jeszcze po latach w 2012 roku na czarny krążek, pod postacią 7 calowego winyla, w serii reedycji klasycznych singli z lat 80-tych. Piosenka często pojawiała się w wersjach live na albumach koncertowych - swój debiut miała przy okazji albumu "Maiden England" z 1989 roku***, potem gościła jeszcze na płytach "Live at Donington" (1993), "A Real Live One" (1993) i "Death on the Road" (2005).

Po latach, płyta "Seventh Son of a Seventh Son" to monument wśród płyt z gatunku heavy metal. Żelazna klasyka, pozycja którą powinien znać każdy szanujący się fan ciężkiego grania. Album w czasie kiedy się ukazał odniósł olbrzymi sukces, czego potwierdzeniem była kasowa trasa koncertowa oraz fakt, że "Can I Play With Madness" był pierwszym z aż czterech wydanych z niej singli. Sami twórcy nader chętnie wracali do utworów z 1988 roku - podczas kolejnych tras koncertowych utwory z "Seventh Son..." stanowiły żelazny element repertuaru zespołu, a w 2012 roku były gwoździem programu na wspominkowej trasie "Maiden England World Tour". "Can I Play With Madness" oczywiście znalazło się w setliście i to każdego z ponad 100 koncertów które Iron Maiden zagrało od marca 2012 do sierpnia 2014. A historia wciąż trwa...



__
 * Nie dajcie się oszukać! "Can I Play With Madness" serio był pierwszym oficjalnie wydanym singlem Ironów na płycie kompaktowej. Na ebay można aktualnie znaleźć kompaktowe wersje singli z wcześniejszej płyty "Somewhere in Time" (1986), ale ich autentyczność jest ciężka do potwierdzenia. Rzetelnie opracowany i wydany w 2001 roku przewodnik po dyskografii zespołu "Iron Maiden Companion" jasno mówi, że zarówno "Wasted Years" jak i "Stranger in a Strange Land" ukazały się jedynie w formie 7'' i 12'' singli winylowych.

** Dziwnym trafem Iron Maiden nigdy nie zdecydowało się na wznowienie pierwszej małej płyty, czyli legendarnego "The Soundhouse Tapes" (całość nagrań ukazała się jedynie na winylowej wersji składanki "Best of the Beast" z 1996 roku). Kolejną pomijaną pozycją w ich dyskografii jest ciekawy koncertowy singel "Live +One!!", tak jak "Soundhouse..." nagrany w czasach kiedy wokalistą grupy był jeszcze Paul Di' Anno

*** "Maiden England" na CD pierwotnie wydane zostało w 1989 roku jako dodatek do koncertowego VHS i zawierało okrojoną wersję koncertu z NEC Arena w Birmingham. Dopiero w 2012 roku zespół wznowił to wydawnictwo i uzupełnił o wcześniej nie publikowane utwory. Ciekawostką jest że odnowiona wersja "Maiden England" otrzymała całkiem nową okładkę autorstwa Herve Monjauda. Wznowienie ukazało się w formie 2CD, 3LP i DVD.

40 LAT BESTII - cz. 1

40 lat temu światło dzienne ujrzało ponadczasowe dzieło zatytułowane "The Number of the Beast". Okrągła rocznica skłania do reflek...